Teraz to chyba trzeba każdą wypowiedź pisemną zaczynać od informacji, że tego tekstu nie napisała żadna inteligencja sztuczna, tylko moja własna organiczna, co ją mam przeważnie w głowie, chociaż każdy wie, że różnie się to w człowieku, w zależności od rozmaitych uwarunkowań, rozmieszcza. Więc prawda jest taka, że sama to piszę, w pocie czoła, mogłabym powiedzieć, że się urabiam po łokcie i wręcz, że krwawica, ale bez przesady, ja to lubię robić.
Do tego, że się lubi pisać, strach się przyznawać, bo zaraz człowieka zwyzywają od grafomanek, ale co ja poradzę, przynajmniej jestem grafomanką analogową, a to coraz rzadsze. Wszyscy już chyba skomentowali raport z badania dna, przepraszam DNA, marki Polska, ale co ja poradzę, że też bym chciała, chociaż nie wiem, czy coś odkrywczego dorzucę do tego stosu kamieni, którym przysypana została najkrócej urzędująca ministra naszego tłumnego rządu. Ledwie trzy tygodnie z małym ogonkiem zajęło samozaoranie się koncepcji promowania naszej niestrudzenie wątpiącej w siebie ojczyzny, Polski, która JESZCZE nie zginęła oraz ma w sobie więcej, niż moglibyście się spodziewać.
Raport profesor Mróz-Gorgoń doprecyzował, czego konkretnie niespodziewanego ma Polska w sobie więcej: tradycyjnej chlebowości (ale tylko w chlebie żytnim, pszenica się w raporcie nie pojawia), polskiego płaskiz (cokolwiek by to miało być, zakładam, że chodzi o Mazowsze) oraz generalnej zielni, w której jak w oceanie łódka nasza brodzi, co wiemy od wieszcza, a nie z raportu, ale na szczęście jesteśmy wybitnymi erudytami.




