Na razie, jak na prawicę, temperatura starcia między Kaczyńskim i Morawieckim jest letnia. Widać, że obaj się dopiero rozkręcają. Nie wiem, jak to się będzie dalej rozlewać, ale wiem, co jest na końcu. Niemcy. Mateusz Morawiecki zostanie przez prezesa PiS „zgermanizowany”.
Wchodzę do sklepu, po prawej mam gazety, a tam czytam „Kaczyński o Morawieckim: Oszalał”. I zaraz się przyzwyczaję, ale jeszcze nie mogę. Politycy zmieniają barwy partyjne, w Polsce szczególnie często zresztą. Ciekawe, że im bardziej spolaryzowany kraj, tym częściej politycy transferują się do innych partii lub zakładają własne.
Może jak się już dwie partie ustawią tak sztywno wobec siebie, to wystarczy niewielkie odstępstwo, żeby zupełnie nie pasować. I mnie też cały czas coś nie pasuje w tym przejściu od „Morawiecki to najzdolniejszy człowiek w polskiej polityce, ode mnie też jest zdolniejszy” (wywiad dla Interii, grudzień 2021) do „Morawiecki służy szkodzącym Polsce” (Rzeczpospolita, 29 lipca 2026).
Morawiecki atakuje partię, której sześć lat był premierem. Kaczyński atakuje Morawieckiego, czyli swojego najdłużej urzędującego, a raczej reprezentującego go premiera. Do tego się dopiero trzeba przyzwyczaić.
A wszystko znowu przez to, iż Kaczyński ma tak, że chętnie poszefuje partii, ale rządzić to już mu się nie chce. I za każdym razem musi sobie znaleźć Marcinkiewicza, Szydło albo Morawieckiego, żeby przychodzili wcześnie rano do roboty za niego. Stąd potem takie paradoksy, jak ten, gdy Morawiecki zaczyna „ujawniać”, które decyzje były jego, a które nie jego. Nie jego to te, przez które tamtemu, jeszcze dobremu PiS znacząco spadło (aborcja i pomysł z przymusowymi szczepieniami). Na co dzień trzeba było z kamienną twarzą mówić coś, o czym się świetnie wie, że — i że wszyscy inni też to wiedzą — jest odwrotnie. A teraz można z tej powszechnej — również wtedy przecież — wiedzy skorzystać. Morawiecki ma prawo powiedzieć: to nie ja, to tamten. A Kaczyński, który niczego nie podpisywał, może powiedzieć dokładnie to samo.
Dlatego to Morawiecki musi latać po sądach i się tłumaczyć, zresztą już ma zarzuty, a demiurg całego systemu Kaczyński może spać do południa. Bo nawet tam, gdzie Morawiecki mógłby donieść na Kaczyńskiego, musiałby najpierw przyznać się sam. Jak pójdą do kicia, to razem. Ale jeśli Morawiecki ma odejść w otchłań polityczną, to też razem. I jeśli Kaczyński ma kiedyś wrócić do władzy, to bez głosów Morawieckiego ma to być niemożliwe. To są ich wewnętrzne kalkulacje. Z zewnątrz wywołuje to jeden wielki dysonans poznawczy.
Do ustalenia pozostaje temperatura ataku. Na razie, jak na prawicę, jest letnia. Kaczyński głównie odwołuje się do stanu umysłu swojego byłego premiera („Myślenie racjonalne zostało co najmniej poważnie ograniczone”, „pan premier jest w jakimś dziwnym stanie. […] Daj Boże, żebym się mylił”). Morawiecki krytykuje Kaczyńskiego, ale tak, żeby nie robić przykrości. Właściwie ma dwa zarzuty: że nie postawił na Morawieckiego, tylko na tamtych, i że radykalizacja partii jej nie służy. No i ta aborcja. Widać, że obaj się dopiero rozkręcają. Stan umysłu jest odwracalny, ale zdrada już nie. Nie wiem, jak to się będzie dalej rozlewać, ale wiem, co jest na końcu. Niemcy.
Tylko patrzeć, jak Morawiecki się Kaczyńskiemu zgermanizuje. Etapami zapewne. Najpierw coś takiego: „Pan Morawiecki przez dwadzieścia lat służył zagranicznym bankom. Zarobił w nich kilkanaście milionów złotych. Nie mam prawa powiedzieć, że jest agentem — nie mam dowodów. Ale w tym środowisku się obracał. Nikt, kto wychował się w kulturze niemieckiego zarządu, nie może naprawdę bronić polskiej racji stanu”. Potem coś ostrzejszego: „Pytam pana Morawieckiego: przez sześć lat był premierem. Kiedy złożył oficjalną notę reparacyjną do Berlina? Kiedy — kiedy konkretnie — wezwał ambasadora Niemiec? Nigdy”.
Nie ma mowy o przypadku. Oskarżając Morawieckiego o zdradę (nie partii, tylko polskości), zachowuje spójność ideologiczną nawet u zwolenników byłego premiera. Wystarczy wrócić na stronę Kaczyńskiego, a kto został oszukany przez zdrajcę, nie może być uznany za winnego.
Linia Morawieckiego jest nieco bardziej skomplikowana. Krytykuje Kaczyńskiego za to, że nie chce mu oddać PiS, więc PiS odrzuca? Odchodzi z partii, o której przewodzeniu tak marzył i tak walczył? Gdy ujawnia, które wrażliwe decyzje podejmował za niego Kaczyński, to wybiera te, na których PiS straciło. Znowu, jakby partia była święta. Jakby Morawiecki śnił na jawie sen, że jej w końcu przewodzi. A przewodzi jeszcze-nawet-nie-partii Rozwój Plus — z nazwą bardziej pasującą do jakiegoś telekomu niż do przyzwoitej nazwy dla polskiej prawicy w sprawdzonym stylu, jak Suwerenna Polska albo Polska jest Najważniejsza.
Aronson i Carlsmith zmierzyli w 1963 r., że dysonans potrafi utrzymywać się nawet 45 dni. Już niedługo się przyzwyczaimy.