Pete Hegseth nie może zakończyć wojny w Iranie, której był gorącym orędownikiem. A jednocześnie sprawnie przeprowadził czystki w Pentagonie. Paradoksalnie to właśnie sprawia, że Donald Trump nie może go usunąć ze stanowiska. Wizerunkowe koszty takiego ruchu byłyby kolosalne.
Z każdym kolejnym miesiącem wojny w Iranie, z każdą dymisją wysokiego rangą urzędnika, z każdym doniesieniem o konflikcie z dowódcami pozycja Pete’a Hegsetha wydaje się coraz bardziej zagrożona.
A jednak można śmiało argumentować, że jest wręcz odwrotnie. Hegseth, tocząc samotną walkę w Pentagonie i nie będąc w stanie zakończyć wojny w Iranie – mimo że prezydent Donald Trump wielokrotnie ogłasza zwycięstwo – umacnia tylko swoją pozycję.
Kiedy Dan Driscoll zrezygnował ze stanowiska sekretarza armii 31 sierpnia, pozostawił po sobie formację bez cywilnego przywódcy zatwierdzonego przez Senat i bez szefa sztabu z takim samym mandatem.
Driscoll, weteran wojny w Iraku, który chciał unowocześnić siły zbrojne i przygotować je na nową, zaawansowaną technicznie wojnę, był też najczęściej wskazywanym kandydatem na osobę, która miałaby przejąć kierowanie Pentagonem, gdyby Hegseth ustąpił.
I to właśnie tu ujawnia się jeden z problemów Trumpa. Wojna się przedłuża, republikańscy senatorowie domagają się odwołania sekretarza obrony, tymczasem wewnętrzna ławka potencjalnych następców została wyczyszczona. W dużej mierze przez samego Hegsetha.
Jego własne decyzje kadrowe osłabiły strukturę, na której oparłby się jego następca. Dymisje, które naraziły Hegsetha na krytykę, dziś sprawiają, że jest trudniejszy do zastąpienia.
Co więcej, nagła dymisja głównego urzędnika od prowadzenia wojny — w której raz po raz dochodzi do wymiany ognia — podważyłaby śmiałe deklaracje Trumpa o zwycięstwie w Iranie.
Usunięcie Hegsetha zostałoby odczytywane jako ocena tej kampanii. I byłby to kosztowny sygnał wysłany w trakcie jej trwania.
Trump podkreśla, że chce, by Hegseth pozostał na stanowisku. Ale czy tak naprawdę ma jeszcze jakiś wybór?
Wojna w Iranie wyznacza reguły gry
Około 50 tys. amerykańskich żołnierzy jest zaangażowanych na Bliskim Wschodzie, a Hegseth – według informacji pochodzących z tajnych dokumentów Pentagonu – nakazał części z nich pozostać tam także w przyszłym roku.
Cena tego zaangażowania nie ogranicza się tylko do czasu żołnierzy. „The Wall Street Journal” informuje o zaległościach w konserwacji sprzętu wynikających z wydłużonych misji, których usunięcie może potrwać lata.
Jeszcze bardziej wymowne jest to, że dowódcy odpowiedzialni za Europę, Pacyfik i Amerykę Łacińską oficjalnie zgłosili, że są przeciw przedłużaniu misji, choć zadeklarowali jednocześnie gotowość do wykonania rozkazów. Generałowie nie wpisują swojego sprzeciwu do dokumentów bez powodu.
Nic też nie wskazuje, by sytuacja była tymczasowa. Wojska USA zaatakowały irańskie wyrzutnie rakiet 30 sierpnia – był to pierwszy od miesiąca taki ruch przeciw Iranowi – a Teheran odpowiedział atakami na bazy, w których stacjonują Amerykanie.
Obie strony wymieniały ogień także 1 września, a irańskie ataki dosięgnęły też państw Zatoki.
W sondażu Reuters/Ipsos przeprowadzonym w dniach 21-24 sierpnia wśród 1215 dorosłych Amerykanów — 83 proc. respondentów — przewidywało, że amerykańskie zaangażowanie militarne w Iranie potrwa jeszcze długo. W marcu uważało tak 60 proc.
Nie istnieje żadne żelazne prawo mówiące, że prowadzenie wojny automatycznie czyni sekretarza obrony nieusuwalnym. Prezydenci bywali już w takich sytuacjach.
Wojna sprawia jednak, że to stanowisko nie może pozostać nieobsadzone. Tymczasem procedura wymaga zatwierdzenia kandydata przez Senat. To, kto pełni obowiązki sekretarza obrony w czasie takiej zmiany, jest znacznie ważniejsze niż w czasie pokoju. A nieprzyjaciel mógłby potraktować dymisję jako nieformalny dowód, że USA przegrywają konflikt.
Ławka, którą oczyścił sekretarz
Rola Driscolla wykraczała daleko poza obowiązki sekretarza armii. Przez długi czas typowano go na następcę Hegsetha, lecz po miesiącach sporów z szefem zrezygnował, wychodząc przez drzwi, które Hegseth już wcześniej uchylił.
Hegseth usunął szefa sztabu wojsk lądowych, generała Randy’ego George’a – sojusznika Driscolla – i innych wysokich oficerów. Armia nie ma zatwierdzonych przez Senat sekretarza ani szefa sztabu. I to w czasie, gdy wznowiono działania przeciwko Iranowi.
Od objęcia urzędu przez Hegsetha – według Associated Press – odszedł ponad tuzin najwyższych rangą generałów i admirałów. I tu właśnie pojawia się realny problem praktyczny związany z ewentualnym usunięciem Hegsetha.
Sekretarz obrony musi zostać zatwierdzony przez Senat. Prawo federalne reguluje, co dzieje się w międzyczasie. Obowiązki sekretarza przejmuje jego zastępca, który również musi być osobą zatwierdzoną przez Senat.
Ryzyko nie polega więc na tym, że niezatwierdzona osoba przejmie władzę w Pentagonie. Chodzi o to, że tymczasowy kierownik poprowadzi wojnę, mając pod sobą łańcuch dowodzenia z nieobsadzonymi stanowiskami cywilnymi i wojskowymi.
Czas obrad jest ograniczony, Senat właśnie wznowił pracę, a kalendarz wyborów śródokresowych już się zamyka. Tymczasem Hegseth konsoliduje władzę w Pentagonie.
Rok czystek, który uczynił go obciążeniem politycznym, sprawił jednocześnie, że jest jedynym zatwierdzonym urzędnikiem, który orientuje się we wszystkim, co dzieje się w resorcie. Nazwać go niezbędnym to może przesada. Ale niewiele do tego brakuje.
Bush miał Gatesa. Trump ma tylko wakaty
Oczywiście sama wojna nie chroni przed dymisją. Wystarczy spojrzeć na historię departamentu. Mamy nawet przykład z niedawnej, niepopularnej wojny na Bliskim Wschodzie.
Były republikański prezydent George W. Bush odwołał Donalda Rumsfelda ze stanowiska sekretarza obrony w listopadzie 2006 r., gdy sytuacja w Iraku była znacznie gorsza niż obecnie w Iranie. Prezydent ogłosił, że nowe kierownictwo wniesie „świeże spojrzenie” w krytycznym momencie.
Warto jednak przyjrzeć się, jak Bush to przeprowadził. Ogłosił odejście Rumsfelda 8 listopada, dzień po wyborach śródokresowych, i niemal równocześnie wskazał Roberta Gatesa jako następcę.
Senat zatwierdził Gatesa 6 grudnia (stosunkiem głosów 95:2), a ten został zaprzysiężony 18 grudnia – zaledwie cztery tygodnie od ogłoszenia nominacji do przejęcia urzędu. I w kilka tygodni po przegranej partii Busha w wyborach.
Bush mógł działać tak szybko, bo miał trzy rzeczy, których brakuje Trumpowi.
Miał już sprawdzonego, wiarygodnego następcę, akceptowalnego dla obu partii – nominata, którego Senat zatwierdził niemal jednogłośnie, bez większych sporów; miał też dla niego konkretną politykę: dwa miesiące później zapowiedział „surge” (znaczne zwiększenie liczebności amerykańskich wojsk w Iraku). Nowy sekretarz pojawił się jako osoba do zrealizowania nowej strategii, a nie dowód, że poprzednia strategia zakończyła się porażką.
Trump nie ma nic z tego – najbardziej prawdopodobny następca zrezygnował 31 sierpnia. Nie ma zatwierdzonego kierownictwa Armii, które mógłby przejąć nowy kandydat. Nie ogłoszono też żadnej zmiany kursu, którą mógłby wcielić w życie nowy sekretarz. I nic nie wskazuje, że taka jest planowana.
Hegseth kontynuuje dotychczasową politykę bez żadnych korekt. Odejście na wzór Rumsfelda wymagałoby po drugiej stronie osoby pokroju Gatesa, a także pewnej pokory – i szczerości – w ocenie aktualnej sytuacji wojny w Iranie, zamiast buńczucznego i przedwczesnego ogłaszania zwycięstwa.
Donald Trump wciąż chce Pete’a Hegsetha
Zapytany 31 sierpnia o doniesienia, jakoby Hegseth rozważał start w wyborach prezydenckich w 2028 r., Trump stwierdził, że sekretarz obrony wykonuje „fantastyczną robotę” i pochwalił jego zaangażowanie w sprawy wojska.
Republikański kongresmen Brian Mast z Florydy również bronił prawa Hegsetha do wyboru własnych dowódców.
Trump powtarza, że chce Hegsetha na tym stanowisku – to pierwszy powód, dla którego ten wciąż je zajmuje.
Jeśli jednak to się zmieni, aparat do przeprowadzenia tej zmiany jest dziś o wiele słabszy – a koszty dyplomatyczne większe niż rok temu. Historia działań Hegsetha też ma tu znaczenie.
Co mogłoby przełamać impas?
Widać jednak sygnały, że nastroje polityczne odwracają się przeciwko Hegsethowi.
2 września republikański senator Thom Tillis z Karoliny Północnej wezwał Trumpa do „znalezienia nowego szefa Pentagonu”, a senator Mike Rounds z Dakoty Południowej zapowiedział, że po powrocie Kongresu senatorowie będą pytać o wojskowe przywództwo.
Warto obserwować trzy sprawy. Dwie nominacje w Senacie – sekretarza armii i szefa sztabu – umożliwiłyby przyszłemu sekretarzowi objęcie funkcjonującego aparatu.
Żadna z tych osób nie mogłaby zostać następcą sekretarza. Szef sztabu to oficer w służbie czynnej, a prawo federalne zabrania generałowi objęcia funkcji sekretarza przez 10 lat po odejściu ze służby, chyba że Kongres zgodzi się na wyjątek.
Te nominacje zniosłyby jednak argument, że resort jest zbyt kadłubowy, by przetrwać zmianę na szczycie.
Zmniejszenie liczebności wojsk lub trwałe zawieszenie broni także pozwoliłoby na przekazanie stanowiska bez wojennego przypisu przy nazwisku Trumpa.
A jeśli krytyka republikanów wyjdzie poza pojedynczych senatorów i przybierze formę skoordynowaną, sprawa personalna zamieni się dla administracji w polityczny problem w Senacie. Tillis jest jednym senatorem i nie należy do bliskich sojuszników prezydenta, a Rounds póki co wydaje się wspierać Trumpa.
Jeśli te warunki się spełnią, a Hegseth mimo wszystko utrzyma stanowisko, będzie to oznaczało, że Trump po prostu akceptuje sposób, w jaki obecny sekretarz zarządza Pentagonem.
Ale jeśli nie, a Hegseth dalej będzie trwał na posterunku, narazi się na jeszcze większą krytykę i jednocześnie stanie się jeszcze trudniejszy do usunięcia.
Bush znalazł wyjście, bo miał Gatesa. Trump, jeśli chce coś zmienić, też musi taką osobę znaleźć.



