Rosja zmieniła taktykę użycia środków napadu powietrznego i zintensyfikowała uderzenia na Ukrainę. W przeciwieństwie do wojny w powietrzu, na lądzie dzieje się niewiele i całkiem możliwe, że rosyjska armia rozpoczęła przygotowania do mobilizacji, która rozpocznie się wraz z pierwszymi jesiennymi błotami.
Rosja zmieniła taktykę użycia środków napadu powietrznego i zaczęła używać nowych typów bezzałogowców z napędem odrzutowym. Od 27 sierpnia prowadzi serię bardzo intensywnych ataków. W nocy z 27 na 28 sierpnia wystrzelono 164 bezzałogowce, z czego ok. połowa była napędzana silnikami odrzutowymi. Jeszcze większy atak zaczął się koło południa 28 sierpnia. Przez następne ponad 28 godzin Rosjanie wysłali kilka fal oraz pojedyncze sztuki. Użyto w sumie ponad 550 bezzałogowców.
To właśnie odrzutowe Geranie-4 i Geranie-5 są obecnie jednym z najważniejszych problemów ukraińskiej obrony przeciwlotniczej. Są znacznie szybsze od starszych wersji napędzanych silnikami tłokowymi i tym samym trudniejsze do przechwycenia przez środki, jakimi dysponują Ukraińcy. Dotyczy to zwłaszcza dronów myśliwskich, które zwyczajnie nie nadążają za nowymi celami.
Największą zmianą jest jednak to, że Rosjanie jednocześnie wydłużyli czas trwania nalotów. Dotychczas ograniczali się do nocnych ataków, które trwały kilka godzin i po których następowało kilkanaście godzin względnego spokoju. W ciągu dwóch dób, 28 i 29 sierpnia alarmy w rejonie Kijowa trwały w sumie ponad 28 godzin. Co dotychczas bardzo rzadko się zdarzało, Rosjanie atakowali również w ciągu dnia, zmuszając ukraińską obronę do ciągłego działania.
Ma to spore znaczenie dla przeciążenia ukraińskiej obrony przeciwlotniczej, ponieważ część systemów, zwłaszcza mobilne grupy ogniowe i drony przechwytujące, musi być utrzymywana w gotowości przez wiele godzin, co z kolei przekłada się na przemęczenie obsad zespołów.
Najtragiczniejsze w skutkach było uderzenie w skład amunicji w Myłi pod Kijowem, w wyniku którego zginęło 38 osób, a ponad 50 zostało rannych. Niezależnie od tego, czy sam obiekt był właściwie zabezpieczony, atak pokazał, że nowe rosyjskie drony mogą doprowadzić do poważnych strat. W odpowiedzi 1 września wieczorem prezydent Wołodymyr Zełenski powiedział, że rosyjska przestrzeń powietrzna będzie „de facto zamknięta”, ponieważ Ukraina zamierza zwiększyć skalę ataków dronowych na Rosję. Ostrzegł linie lotnicze, ubezpieczycieli i przewoźników korzystających z rosyjskiej przestrzeni powietrznej, że będzie w niej coraz więcej ukraińskich dronów.
Wojna lądowa
Na lądzie Rosjanie nadal atakują, ale wciąż nie udało się im przełamać ukraińskiej obrony. Jednocześnie ciężar walk w ostatnim czasie dość równomiernie rozkłada się na kilka odcinków, przez co niemal cały front w Donbasie pozostaje dość aktywny, zmuszając Ukraińców do ciągłej gotowości na długim odcinku.
Na całym froncie w ostatnim tygodniu najaktywniejszym dniem był 1 września, kiedy doszło do 213 kontaktów bojowych. Najwięcej miało miejsce pod Konstantynówką — 28, potem pod Pokrowskiem — 25 i pod Hulajpolem — 13. Rosjanie atakowali także pod Łymanem, Kupiańskiem i na południu obwodu donieckiego. Według danych ukraińskiego Sztabu Generalnego 1 września rosyjskie straty osobowe wyniosły ok. 1390 żołnierzy.
W porównaniu do września zeszłego roku częstotliwość starć spadła o ok. 30 proc. Najważniejszy dla Rosjan wciąż jest odcinek Konstantynówka — Pokrowsk, gdzie walki toczą się przede wszystkim o ziemię niczyją i nikt nie jest w stanie uzyskać znaczącej przewagi, która pozwoliłaby choćby na większy sukces taktyczny.
Brak sukcesów próbuje zakamuflować kremlowska propaganda, w tryby której wszedł nawet Władimir Putin. Podczas szczytu Szanghajskiej Organizacji Współpracy w stolicy Kirgistanu, Biszkeku, powiedział, że rosyjskim wojskom zostało „12 km do obwodnicy Sum”. Problem polega na tym, że Sumy nie mają obwodnicy.
Kolejnym problemem jest to, że 28 czerwca mówił, że rosyjskim wojskom zostało do Sum zaledwie 10,5 km. Prawdopodobnie Putin opierał się na danych przekazywanych przez rosyjskie dowództwo, a to podaje mu to, co chciałby usłyszeć. Wielokrotnie już przecież ogłaszano zdobycie Konstantynówki. Tymczasem na podstawie geolokalizacji z publikowanych filmów przez obie strony, rosyjskie wojska znajdują się ok. 17-23 km od granic miasta.
Patrząc na całość działań lądowych, Rosjanom brakuje sił i środków, aby przeprowadzić skuteczne uderzenie, które mogłoby przełamać ukraińskie linie obrony. Dowództwo rzuca niewielkie siły, które raczej mają za zadanie utrzymanie nacisku na obrońców, aby nie mieli chwili oddechu. Wiele wskazuje, że po prostu przygotowują się do potencjalnej mobilizacji, aby wówczas uderzyć silniej.
Ukraińskie problemy
Władze w Kijowie z niepokojem patrzą na potencjalną mobilizację w Rosji. Pod koniec sierpnia szef ukraińskiego Biura Prezydenta Kyryło Budanow powiedział, że aby utrzymać obecny poziom działań wojennych, Ukraina musi mobilizować co najmniej 30 tys. osób miesięcznie. To bardzo dużo jak na ukraińskie możliwości mobilizacyjne. Zwłaszcza że zmobilizowano już ponad 4 proc. społeczeństwa. Dla porównania Polska w 1939 r. zmobilizowała ok. 2,8 proc.
Ukraińskie problemy z mobilizacją nie są nowe. W 2024 r. władze obniżyły wiek mobilizacji z 27 do 25 lat, próbując zwiększyć liczbę osób podlegających obowiązkowi wojskowemu. Od tego czasu państwo próbuje łączyć pobór przymusowy z rekrutacją ochotniczą, kontraktami i coraz większymi bonusami za podpisanie kontraktu.
Problem polega na tym, że wojna trwa już ponad cztery lata, a pierwsza grupa żołnierzy walczących od 2022 r. jest skrajnie zmęczona. Nie można bez końca uzupełniać armii wyłącznie nowymi ludźmi, jeśli jednocześnie doświadczeni żołnierze pozostają na froncie przez kolejne lata. Mimo apeli cywilów i samego wojska politycy nadal nie rozwiązali tego problemu.
W dodatku sposób przeprowadzania mobilizacji również nie podoba się społeczeństwu i ekipa prezydenta Zełenskiego ma z tym coraz większy problem. Władze próbują od pewnego czasu ograniczać nadużycia w terytorialnych centrach rekrutacyjnych, poprawiać procedury i znów zachęcać do ochotniczego zaciągu, ale zmęczenie wojną powoduje, że chętnych jest coraz mniej.
Nowe rozwiązanie zakłada rozwój kontraktów terminowych i większe wykorzystanie zagranicznych ochotników. Według planów przedstawianych w czerwcu zagraniczni żołnierze mieliby w przyszłości stanowić nawet 30—50 proc. obsady części ukraińskich jednostek piechoty.
Kłopot w tym, że żołnierzy potrzebują w zasadzie na wczoraj, aby zdążyć ich wyszkolić do odpowiedniego poziomu. Tymczasem Rosjanie mogą zalać obrońców po prostu masą ludzi wyszkolonych w ciągu tygodnia i będą w stanie osiągnąć oczekiwany efekt.
Będzie to powtórka z Bachmutu, gdzie Rosjanie rzucali do ataku więcej żołnierzy, niż Ukraińcy byli w stanie wyeliminować ze względu na przemęczenie czy brak amunicji. Co prawda Rosjanie ponieśli olbrzymie wręcz straty, ale miasto zostało zdobyte. Kreml wówczas był w stanie przełknąć śmierć kilkudziesięciu tysięcy ludzi. Pytanie tylko, czy w piątym roku wojny będzie w stanie przełknąć to społeczeństwo, któremu znacznie spadł poziom życia, a cenzura uniemożliwia normalne funkcjonowanie.