Bierność Europy utwierdziła Rosję w przekonaniu, że nie grożą jej żadne konsekwencje. To właśnie taki rodzaj pewności siebie skłonił Putina do przeprowadzenia inwazji na Ukrainę — mówi w rozmowie z „Newsweekiem” Keir Giles, ekspert NATO.
Co chce osiągnąć Putin eskalując działania wymierzone w Polskę i Europę?
— Rosja bada granice tego, co jest dopuszczalne, i gromadzi informacje na temat wyników. Weryfikuje, co dobrze działa, a co jest podatne na jej ataki. I wyciąga z tego wnioski. To przygotowanie do kolejnej fazy rosyjskiej agresji w Europie. Oceniają gotowość kraju, który padł ofiarą, do podjęcia rzeczywistych działań.
Musimy też zrozumieć, że Rosja nie podejmie jawnych i jednoznacznych działań przeciwko jednemu z krajów NATO, chyba że będzie miała pewność, że NATO jako całość nie zareaguje. A jest tylko jeden sposób na zdobycie tej pewności: sprawdzenie. Sabotaż, podpalenia, wtargnięcia dronów i inne wrogie działania mogą pokazać, jak reagują rządy, jak szybko przypisuje się odpowiedzialność oraz czy incydent uznawany za poważny w jednej stolicy wywołuje taką samą reakcję gdzie indziej. Wszystko to Rosja może wykorzystać, aby zmniejszyć prawdopodobieństwo jednolitej reakcji NATO.
Twierdzi pan, że to przygotowanie do następnej fazy. Jak miałaby wyglądać ta następna faza?
— Te przygotowania do kolejnej fazy miały miejsce już w latach 2023 i 2024, kiedy to istniał bardzo wyraźny schemat ataków na infrastrukturę logistyczną i systemy łączności w centrum Europy. Jednak ta kolejna faza nie nastąpiła bezpośrednio po tych atakach. Dziś mamy różne możliwe schematy eskalacji w przyszłości. Jest choćby zapowiedź Tuska, że dojdzie do ataków dronów i rakiet na kraje europejskie. To byłby jawny akt wojny. Nie jest więc wcale jasne, w jaki sposób ma służyć rosyjskim celom, która do tej pory stawiała na działania tajne lub takie, który może zaprzeczyć. Tymczasem taki atak dronów i rakiet nieuchronnie wywoła zbiorową reakcję Europy, a jest to jedyna rzecz, której Rosja chce uniknąć.
Istnieje jednak niebezpieczeństwo, że Rosja została tak ośmielona brakiem reakcji Europy na jej poprzednie działania, że przekonała samą siebie, iż Europa nie zareaguje, jeśli Rosja pójdzie jeszcze dalej. A to prowadzi nas na naprawdę bardzo niebezpieczną ścieżkę. Rosja najwyraźniej rozważa działania, które są niezaprzeczalnie atakiem zbrojnym na Europę
Również dlatego, że Putin może być zdania, że na dodatek Trump nie zareaguje?
— Rosja nie przeprowadzi więc tego rodzaju eskalacji, polegającej na jawnym ataku, chyba że będzie absolutnie przekonana, że Stany Zjednoczone nie zamierzają wesprzeć Europy. Być może nie jesteśmy jeszcze na tym etapie, ale im więcej hałasu dochodzi z Waszyngtonu na temat braku wsparcia dla Europy, tym większą pewność siebie zyska Rosja, a sytuacja stanie się coraz bardziej niebezpieczna.
Jest jednak ważne, aby odróżnić administrację Trumpa od Stanów Zjednoczonych jako całości, ponieważ struktury bezpieczeństwa narodowego i obrony USA — to, co z nich pozostało — nadal funkcjonują i wspierają Europę. Stany Zjednoczone nadal dysponują obiektami i instalacjami na całym kontynencie. Trump mówił też ostatnio o wzmocnieniu obecności militarnej w Polsce. Stacjonujący w Europie Amerykanie będą mieli zapisane z tyłu głowy, że ich domyślnym zadaniem jest wspieranie sojuszników. Można więc oczekiwać, że będą wykonywać swoją misję, o ile administracja Stanów Zjednoczonych nie wyda im bezpośredniego polecenia, by tego nie robili.
A jaki jest najgorszy scenariusz? Bo widać wyraźnie, że kraje europejskie nie zawsze zdecydowanie reagują. Np. minął miesiąc zanim Niemcy zdecydowali się przypisać Rosji odpowiedzialność za planowany zamach na lotnisku w Lipsku
— Najgorszym scenariuszem jest to, że cała dotychczasowa bierność i niezdecydowanie Europy utwierdziły Rosję w przekonaniu, że można ją jeszcze bardziej prowokować i że nie grożą jej żadne konsekwencje ze strony Zachodu. To właśnie ten rodzaj niebezpiecznej pewności siebie skłonił Rosję do przeprowadzenia w 2022 r. inwazji na pełną skalę na Ukrainę. I pod tym względem nie ma znaczenia, czy Rosja ma rację, czy nie. Bo jeśli tak uważa, cokolwiek zrobi, będzie miało katastrofalne skutki.
Czytamy dziś o różnych scenariuszach eskalacji — od operacji pod fałszywą flagą ze strony Rosji po operację „zielonych ludzików” wymierzoną w Narwę. Który z nich jest najbardziej prawdopodobny?
— Bardzo niebezpieczne jest ustalanie hierarchii tych scenariuszy, ponieważ odpowiedź na to pytanie nieustannie się zmienia. Wszystko zależy od tego, gdzie Rosja dostrzeże największy prawdopodobny zwrot z inwestycji w stosunku do ryzyka i nakładów. Oznacza to również, że kraje, które najciężej pracowały nad tym, by stać się trudnymi celami — takie jak Polska, Finlandia czy Estonia — prawdopodobnie nie będą pierwsze na liście. Jeśli bowiem Rosja uzna, że może osiągnąć więcej , atakując łatwe i atrakcyjne cele na zachód od Warszawy, to ma wszelkie powody, by skupić się właśnie tam, zamiast na państwach pierwszej linii, które zazwyczaj są faworytami w publicznie omawianych scenariuszach. Szukając słabych punktów NATO, powinniśmy spojrzeć poza państwa pierwszej linii, ponieważ są one — relatywnie rzecz biorąc — niechronione.
Często pan powtarza, że Polska i Finlandia są przygotowane na rosyjskie zagrożenie lepiej niż inne państwa europejskie. Uważa pan, że Polska znajduje się w mniej niebezpiecznej sytuacji niż sądzą sami Polacy po ostatnich działaniach Rosji?
— Cóż, Polska zawsze będzie narażona na inny rodzaj zagrożenia niż kraje położone na zachód od Warszawy, po prostu dlatego, że jest państwem granicznym. Jednak kroki podjęte w poprzednich latach, aby uczynić Polskę trudniejszym celem — podobnie jak w przypadku innych krajów, które też zrozumiały ten problem, jak państwa bałtyckie czy Finlandia — sprawiają, że Rosji mniej opłaca się wybierać Polskę jako ofiarę nacisków. Dla Rosji bardziej sensowne jest zwrócenie uwagi na kraje, które nie podjęły podobnych kroków, jak Wielka Brytania, Francja, Belgia, a nawet Hiszpania. Nie docenia się faktu, że one również są państwami pierwszej linii. Różnica polega jedynie na tym, że ich linia frontu z Rosją nie obejmuje granicy lądowej: ogranicza się do przestrzeni morskiej, powietrznej i cyberprzestrzeni. Są to jednak obszary działania, w które Rosja zainwestowała tryliony rubli i poświęciła dziesiątki lat badań nad tym, jak wyrządzać w nich poważne szkody
Po działaniach Rosji Tusk zareagował szybko i stanowczo. Ale czy wystąpienie w Sejmie wystarczy, żeby Putin się zawahał?
— Kolejny ruch Rosji zależy od tego, czy uda się ją powstrzymać dzisiaj. Aby powstrzymać Rosję, potrzebujemy konsensusu politycznego nie tylko w poszczególnych krajach, takich jak Polska, ale w całej Europie. Aby osiągnąć ten konsensus, musimy mieć wspólne rozumienie zagrożenia. To właśnie dlatego interwencje Tuska, Macrona i wszystkich przywódców państwowych, którzy jasno mówią o skali zagrożenia, są absolutnie niezbędne do zbudowania postawy odstraszającej, która faktycznie powstrzyma Rosję przed podjęciem jeszcze gorszych działań.
Zazwyczaj podkreśla się słabości Europy. Po działaniach Rosji przy polskiej granicy Sikorski zrobił co innego — stwierdził, że gdyby nas zaatakowano i „zdjęlibyśmy rękawice”, to pokonalibyśmy Rosję dość szybko. Co pan o tym sądzi?
— Bardzo ważne jest, aby zarówno rosyjscy przywódcy, jak i społeczeństwa europejskie zrozumieli, że Europa jest potężna. I może wyrządzić Rosji znaczną szkodę, jeśli Rosja będzie na tyle lekkomyślna, by ją sprowokować. Jest to kluczowe przesłanie, które zaginęło w wielu narracjach sugerujących, że Europa jest bezbronna. To prawda, że zaniedbała swoją obronę, ale nieprawdziwe jest twierdzenie, że nie jest w stanie Rosji narzucić poważnych kosztów, jeśli rosyjskie kierownictwo zdecyduje, że rzuca wyzwanie Europie.
Czy Rosja może podjąć bardzo poważne działania przeciwko Europie jeszcze w trakcie wojny w Ukrainie? Czy ją na to stać?
— Oczywiście, że może. Wojna na Ukrainie pochłania obecnie wszystkie dostępne siły lądowe Rosji. Jeśli Rosja rzeczywiście przystąpi do mobilizacji, co, jak przewiduje wiele osób, może nastąpić po wyborach do Dumy, które zakończą się 20 września, to będzie miała wolne zasoby, by podjąć działania lądowe również przeciwko Europie. Jednak nawet bez mobilizacji pozostaną do dyspozycji wszystkie inne środki pozwalające na wyrządzenie szkód z bardzo dużych odległości. Czyli siły powietrzne, marynarka wojenna z jej pociskami dalekiego zasięgu, siły cybernetyczne.
Rosja przez dziesięciolecia doskonaliła rozwiązania, które pozwolą jej pokonać problem dużych odległości przy planowaniu ataków na inne kraje. I mogłaby zrobić coś bardzo głupiego i niezwykle groźnego w momencie nieoczekiwanym dla Europy. Ponieważ dojdzie do wniosku — słusznie lub nie — że pojawiło się okienko do osiągnięcia jej celów.
A co jest najważniejszą rzeczą, którą powinna zrobić Europa, aby zapobiec dalszej eskalacji?
— Najważniejszą rzeczą, jaką Europa powinna była zrobić 10 lat temu, było rozpoczęcie ponownego zbrojenia oraz odbudowy obrony cywilnej, aby mieć możliwości odpowiedzi, gdy pojawi się taka sytuacja. Problem z niedoinwestowaniem w dużej części Europy polega nie tylko na braku amunicji, czołgów, fregat, samolotów czy innego sprzętu. Oznacza również brak możliwości działania. A to oznacza, że np. Wielka Brytania staje przed wyborem między kapitulacją a eskalacją aż do użycia broni jądrowej. I to zaskakująco szybko.
Jak już wielokrotnie mówiłem, Polska dała przykład, wcześnie rozpoznając problem i przechodząc przez bolesne procesy wewnętrzne, aby zapewnić inwestycje w siły zbrojne. Dzięki temu Sikorski może zgodnie z prawdą powiedzieć coś w rodzaju: „Rosjo, nie zapominaj, że możemy wyrządzić ci wiele szkody, jeśli zrobisz co głupiego”.




