Afera szpitalna jest dla KO jak złamana noga — to uraz bardzo bolesny, ale odpowiednio leczony zniknie bez śladu. Tylko że to nie wystarczy do utrzymania władzy przez obóz 15 października — mówi Marcin Duma, badacz opinii i rynku. — Część centrowych wyborców, którzy zadecydowali o wyniku w 2023 r., jest po drugiej stronie, najczęściej w Konfederacji — uważa ekspert.
Newsweek: To największy kryzys obozu rządowego od wyborów w 2023 r.?
Marcin Duma: Punktowo tak, ale w szerszej perspektywie nie bardzo.
Było kiedyś gorzej?
— Mniej więcej na przełomie lutego i marca 2024 r. ludzie zaczęli się niecierpliwić, co z tym wszystkim, co obiecano w kampanii, ze 100 konkretami na 100 dni. To nie była spektakularna eksplozja jak obecny kryzys, ale stopniowo narastające rozgoryczenie, które kosztowało koalicję przegrane wybory prezydenckie w zeszłym roku. I rozładowało się trochę dopiero po klęsce Trzaskowskiego.
Co kilka dni w mediach wybucha nowy granat i nie jest to większy kryzys?
— Posłużmy się metaforą medyczną. Kryzys z 2024 r. to była poważna, lekooporna infekcja wielonarządowa. Obecny kryzys jest jak solidnie złamana noga lub ręka. Uraz jest, owszem, bardzo bolesny i uniemożliwia chwilowo normalne funkcjonowanie, ale jeśli będzie odpowiednio leczony, za kilka miesięcy nie będzie po nim śladu.
Złamanie kończy się czasem trwałą utratą sprawności.
— Dlatego mówię, że trzeba się nim odpowiednio zaopiekować. Złamania nie można przechodzić. Trzeba wybrać dobrego lekarza, który nam porządnie złoży kości. Jeśli koalicja dobrze zarządzi obecnym kryzysem, to potrwa on tak długo jak afera wokół dotacji z KPO na „jachty i kluby dla swingersów”. Gdy wybuchła, powstawały publicystyczne akty strzeliste, przekonujące, że „ten skandal zostanie z KO do wyborów w 2027 r.”. Tymczasem dziś pamięć o niej podobna jest do tej o działkach Daniela Obajtka, miliardzie, który Orlen miał utopić w szwajcarskiej spółce, kosmicznym koszcie budowy nowego bloku elektrowni w Ostrołęce, który trzeba było burzyć, itd.
Marcin Duma
Foto: Krzysztof Żuczkowski/Forum
Obecny kryzys wywołuje jednak dużo większe emocje, bo prawie każdy ma jakieś negatywne doświadczenia z polskim systemem ochrony zdrowia.
— No właśnie, zaczęło się to jako afera KO, ale dziś coraz bardziej staje się aferą środowiska lekarskiego. Kolejne publikacje, np. Wirtualnej Polski o neurochirurgach ze stawką godzinową 26 tys. zł i dniówką 300 tys. zł, oddalają problem od partii.
Wyborcy nie uważają, że to minister zdrowia odpowiada za to, by takie rzeczy nie miały miejsca?
— Ministerstwu Zdrowia realnie podlega niewielka liczba wysokospecjalistycznych szpitali, a większość kontrolują samorządy różnych szczebli: marszałkowie województw — 170, a powiaty i miasta — ponad 300. Pokazuje to afera warszawska, gdzie mamy szpitale miejskie i wojewódzkie, a ratusz i władze województwa, jak się dowiadujemy, wymieniały się nominacjami w radach nadzorczych podległych sobie szpitali. Podobne historie mogą wychodzić w innych województwach i powiatach. Dlatego też afera szpitalna wcale nie jest wygodna dla PiS. Proszę zwrócić uwagę, że partia chętnie piętnuje salonik VIP, ale już niekoniecznie zarobki lekarzy. Bo może się okazać, że sam PiS ma radnych lekarzy zarabiających absurdalnie wielkie pieniądze albo władze lokalne podpisujące takie umowy. Widzimy, jak rząd i opozycja przerzucają się dziś odpowiedzialnością za to, kto odpowiada za aferę z neurochirurgami w Mogilnie. Wielkim problemem PiS w kapitalizowaniu afery w służbie zdrowia będzie też utrwalona pamięć o tym, jak zarządzało ochroną zdrowia w trakcie covidu.
Kto w takim razie może zyskać na aferze szpitalnej?
— Partie, które do tej pory nie rządziły, czyli głównie obie Konfederacje. Problem Razem z aferą szpitalną polega na tym, że partia Zandberga stanowczo opowiadała się za zwiększeniem nakładów na ochronę zdrowia, niespełnieniem tych żądań uzasadniała to, że nie weszła do rządu — tymczasem dziś, gdy ludzie widzą zarobki lekarzy, to ostatnim jej postulatem jest dosypanie do systemu jeszcze więcej pieniędzy. W sondażu „Rzeczpospolitej” na pytanie, czy zwiększenie składki zdrowotnej rozwiąże problemy polskiej ochrony zdrowia, prawie 70 proc. respondentów odpowiedziało, że nie.
Za to Konfederacja Bosaka i Mentzena od dawna mówi, że nie ma sensu dosypywać środków do nieefektywnego systemu, i widząc zarobki lekarzy, wielu wyborców przyzna jej rację.
W niedawnym sondażu Wirtualnej Polski 51 proc. badanych opowiedziało się za dymisją Rafała Trzaskowskiego. Może więc niezależnie od złości na lekarzy dostaje się jednak partii rządzącej?
— Tylko że 51 proc. to jest mniej więcej tyle, ile strona prawicowa ma od zawsze, więc nie widać tu zysku po jej stronie. Gdyby pan spytał, czy minister Cienkowska powinna się podać do dymisji, bo chce dać emerytury artystom, efekt byłby podobny.
W sondażach nie widać spadku KO?
— KO miała bardzo dobrą końcówkę zeszłego i początek tego roku. Uzyskiwała w sondażach więcej niż Trzaskowski w pierwszej turze i więcej, niż dostała w 2023 r. — nawet 34-35 proc. Ta nadwyżka zaczęła topnieć pod koniec wiosny. Wybuch afery zbiegł się więc z lekkim spadkowym trendem KO, ale nie jest jego powodem.
Pogłębi go?
— To możliwe, ale w niewielkim stopniu. Przypuszczam, że KO wróci po prostu do poziomu poparcia Trzaskowskiego w pierwszej turze albo swojego poparcia z 2023 r. Partia Donalda Tuska jest silnie umocowana we własnym elektoracie, który jest poddany polaryzacji, boi się „Kaczora dyktatora” i ostatecznie zagłosuje na KO. Problem nie tkwi w samych notowaniach KO.
Wróćmy do 2024 r. Wtedy cenę za kryzys całej koalicji związany z tym, że tak niewiele ze 100 konkretów zrealizowano, zapłaciła nie obiecująca te konkrety w kampanii KO, ale przede wszystkim Trzecia Droga, a rok temu Trzaskowski. Dziś afera szpitalna umacnia decyzję wyborców Trzeciej Drogi, którzy w 2024 r. odpłynęli od koalicji 15 października, solidnie zasilając konfederackie szeregi, co znacznie zmniejsza szanse na to, że zagłosują za rok na jedną z partii koalicji. A jeśli nie zagłosują, to utrzymanie przez nią władzy staje się jeszcze mniej prawdopodobne niż scenariusz powrotu prawicy do władzy — choć już przed aferą szpitalną prawdopodobieństwo drugiej kadencji obecnego układu władzy było niewielkie.
Afera szpitalna może sprawić, że komunikacja „zagłosujcie na nas, bo jak nie, to do władzy dojdą faszyści z Braunem na czele” będzie się po prostu odbijać od wyborców. Wielu powie obu partiom establishmentu: „jesteście siebie warci”. Dziś jest dramatycznie mało miejsca na jakikolwiek polityczny gambit, który by uratował obecną koalicję w jej obecnym kształcie. Jeśli KO zdobędzie 30-32 proc. — załóżmy nawet, że startując wspólnie z PSL, 35 proc. — a lewica dorzuci 7-8 proc., to ciągle nie wystarczy, by mieć sejmową większość.
W komentarzach pojawiają się porównania do ośmiorniczek i roku 2014.
— Marks napisał, że historia powtarza się dwa razy, za pierwszym razem jako tragedia, za drugim jako farsa. I trochę tak jest z tym porównaniem. Można oczywiście wskazać analogie: słabnąca PO/KO, PiS szykujące się do władzy, prawicowi skrzydłowi: w 2014 r. Ziobro i Gowin, dziś dwie Konfederacje. Tylko wtedy PiS było hegemonem na prawicy i to ono dyktowało warunki Gowinowi i Ziobrze — dziś de facto jest zakładnikiem obydwu Konfederacji.
Zmienił się także kontekst społeczny, a wraz z nim to, czego oczekujemy od polityki. W 2015 r. byliśmy głodni i PiS wygrało obietnicą zaspokojenia tego głodu, dystrybucji sukcesu transformacyjnego. Dziś to się już dokonało. Weszliśmy na poziom państw G20, sukces został redystrybuowany, wszystkim Polakom się poprawiło. Dziś decydować będzie nie głód, ale potrzeba stabilizacji.
Głos na Nawrockiego nie był głosem przeciw stabilizacji? Za konfliktem na linii rząd — prezydent?
— To był głos na rzecz stabilizacji, tylko na wyższym poziomie niż konflikt polityczny w kraju. W wielu badaniach w bogatych krajach wychodzi podobne zjawisko: kontrast między mikrooptymizmem a katastrofizmem w skali makro. To znaczy — wychodziło to nam też w Polsce w badaniach Światowida — ludzie pytani, jak się im żyje, odpowiadają, że bardzo dobrze, a pytani o ocenę stanu gospodarki, bezpieczeństwa kraju, społeczeństwa, popadają w katastroficzne tony.
Ta przepaść wynika z tego, że ludzie mają poczucie, że nad światem mikro mają kontrolę, a nad światem makro — zupełnie nie. Zdaniem brytyjskiego socjologa Franka Furediego wynika to z tego, że w XXI w. żyjemy w kulturze lęku. Społeczeństwa jednocześnie doświadczają wyjątkowego w całej historii poziomu zamożności i wyjątkowych niepokojów. Furedi stawia tezę, że wynika to z trzech czynników. Po pierwsze, z upadku autorytetów moralnych — ostatnim bastionem były autorytety medyczne, te padły jednak w trakcie pandemii. Po drugie, z ekosystemu medialnego trenującego ludzi do strachu — bo treści wywołujące strach generują najwięcej klików, sprzedają więcej produktów i usług. Po trzecie — to najbardziej kontrowersyjna z jego tez — koncentracja na minimalizowaniu ryzyka paraliżuje innowacyjność w polityce, edukacji i relacjach, zastępując odważne wizje i samodzielność postawami asekuracyjnymi oraz nadopiekuńczością w procesie wychowawczym. W efekcie społeczeństwo rezygnuje z rozwoju, obsesyjnie ścigając ułudę absolutnego bezpieczeństwa i komfortu.
Jak to się przekłada na politykę?
— Ten rozdźwięk między mikrooptymizmem a lękiem w skali makro sprzyja prawicowej agendzie, odwołującej się do takich treści jak bezpieczeństwo, opór przed zbyt dużym tempem zmian, kontrola granic, odwołanie się do tożsamości narodowych, suwerenizmu. W polskim wydaniu oznacza to sprzeciw wobec zbyt szybkiego, narzucanego z Unii wprowadzenia stref czystego transportu czy ETS, ochronę granic i Polski przed uchodźcami przesyłanymi przez Unię, ochronę polskiej tożsamości. Te treści zawierają się dziś w haśle „pragnienie stabilności”. I Nawrocki wygrał jako kandydat, który lepiej je ucieleśniał niż Trzaskowski, dla wielu wyborców będący kandydatem wręcz zmniejszającym poczucie stabilności.
Za rok wrócą te same tematy?
— Tak jak w 2015 r. wybory były o redystrybucji, tak za rok będą o uznaniu — a więc toczyć się będą wokół kwestii tożsamościowych. Efekt może być podobny, przesunięcie na prawo.
Co w tej sytuacji może zrobić premier?
— Odpowiedzialność za aferę w ochronie zdrowia Tusk próbuje przerzucić na Trzaskowskiego, ale ten chyba się obronił przed zrzuceniem z sań. Teraz chyba na lekarzy, czemu sprzyjają informacje o zarobkach czy nieudolna komunikacja tego środowiska. Ale warto pamiętać, że zwłaszcza w Polsce powiatowej lekarze są istotnym elementem lokalnych elit i wojna z nimi może się okazać dla rządu kosztowna.
Poza tym wskazanie winnego nie rozwiązuje dziś podstawowego problemu obozu władzy w kontekście przyszłych wyborów: tego, że część centrowych wyborców, którzy zadecydowali o wyniku w 2023 r., jest po drugiej stronie, najczęściej w Konfederacji. I dziś nie ma sposobu, by wrócili do tworzących koalicję partii.
Można ich pozyskać jakąś nową inicjatywą — „Konfederacją light”, o której mówił Ryszard Petru?
— O ile nie sądzę, by sam Ryszard Petru udźwignął to zadanie, ani że nazwa „Konfederacja light” jest fortunna, o tyle sam koncept jest co najmniej intrygujący. Gdyby dziś, biorąc pod uwagę sondaże, udało się odebrać Konfederacji 4-5 pkt proc. poparcia — a jej jest odebrać najłatwiej, bo to ona ma najwięcej centrowych, labilnych wyborców — to zmieniłoby to cały rachunek dystrybucji mandatów.
Nawet gdyby taki byt nie przekroczył progu?
— Nawet wtedy. Mówiliśmy o sondażu, w którym 51 proc. badanych jest za dymisją Trzaskowskiego. Gdyby z tego bloku wyjąć kilka punktów, to zupełnie zmieniłoby rozkład poparcia między dwoma blokami. Ten prawicowy jest w dodatku podzielony, co zmniejsza jego premię przy rozdziale mandatów, więc nawet gdyby taka inicjatywa nie przekroczyła progu, to jej polityczna skuteczność byłaby znacząca.
A gdyby taka formacja dodatkowo zebrała poparcie resztek z Polski 2050, urwała KO 1-2 pkt proc. i weszła do Sejmu, to wtedy rysowałaby się ścieżka, by w koalicji z nią obecny rząd odnowił większość.
A może po prostu KO mogłaby się dogadać z Konfederacją? Czy to zupełnie nieprawdopodobne?
— Jedyne, co dziś w polskiej polityce nieprawdopodobne, to wielka koalicja KO-PiS. Wyborcy Tuska zaakceptują koalicję z Konfederacją, z PiS nigdy.
Ale czy wyborcy Konfederacji zaakceptują koalicję z Tuskiem?
— To bardzo ryzykowny scenariusz. PiS i Konfederacja Korony Polskiej okrzykują wtedy Mentzena i Bosaka zdrajcami, politycznie zyskuje na tym Braun. W 2025 r. opcja „każdy, byle nie Trzaskowski” była posunięciem pragmatycznym dla tego środowiska, bo to mógł zaakceptować ich elektorat. Podobnie za rok liderzy Konfederacji mogą uznać, że nie mają innej opcji niż „każdy, byle nie Tusk”.
Oczywiście, Kaczyński też jest politycznym kanibalem pożerającym koalicjantów — i Konfederacja byłaby naiwna, gdyby w ramach koalicji nie domagała się kontroli nad resortami siłowymi, na co z kolei może się nie zgodzić Kaczyński.
W ogóle test władzy będzie trudny dla Konfederacji. Źródłem jej politycznej siły jest fakt, że nigdy dotąd nie rządziła, nie sprawdziła się w praktyce i jeżeli okaże się, że jednak nie potrafi, to może kosztować ją szybką utratę poparcia.
Marcin Duma jest badaczem opinii i rynku, analitykiem, założycielem Instytutu Badań Rynkowych i Społecznych




