Bezdomność po amerykańsku to nie tylko żebracy na ulicach wielkich miast. W cieniu niebosiężnych wieżowców i ociekających luksusem rezydencji egzystują ludzie, których nie stać na mieszkanie mimo ciężkiej pracy.
Magazynierka Celeste Walker samodzielnie wychowująca synów Jalena i Micah oraz córkę Nyah straciła dach nad głową 7 maja 2018 r. Spłonął dwusypialniowy, prefabrykowany domek, który wynajmowała za 850 dol. miesięcznie na przedmieściu Atlanty — East Point. Znalazła mieszkanie w bloku z czynszem 1025 dol., maksymalnym, na jaki mogła sobie pozwolić, ale właściciel odrzucił podanie o wynajem. Okazało się, że deweloper, który nie dostał dwóch płatności za strawiony pożarem lokal, wydał nakaz eksmisji. A taka plama w papierach praktycznie uniemożliwia wynajęcie czegokolwiek. Mieszkań, zwłaszcza tanich, jest mniej niż chętnych, administratorzy mogą przebierać w ofertach, nie wezmą lokatora, który sprawiał kłopoty poprzednikom. Nie będą nawet wnikali, czy eksmisja miała uzasadnienie.
Jak pech, to pech
Zasiłek Czerwonego Krzyża dla pogorzelców wystarczył Celeste na żywność, środki czystości i kilka nocy w hotelu. Kierowniczka magazynu dała jej dwa dni niepłatnego urlopu, by znalazła nowe lokum, grożąc, że dłuższa nieobecność poskutkuje zwolnieniem. Wszystkie tanie motele miały komplet gości, wynajęcie pokoju w droższym pochłaniałoby całe zarobki. Kobieta znalazła się w kropce. Bez stałej posady nie dałaby rady opłacić czynszu, utrzymanie etatu uniemożliwiało dalsze poszukiwania. Zrezygnowała z pracy, a mieszkania i tak nie upolowała.
Przez trzy miesiące rodzina sypiała u krewnych i znajomych. Pod koniec lata Celeste przełknęła dumę, zadzwoniła do byłej teściowej prowadzącej w Tampie (Floryda) prywatną praktykę lekarską, by prosić o przyjęcie na jakiś czas wnuków. Musiała wysłuchać opryskliwej tyrady, że to wszystko jej wina, jednak zapewniła młodszym dzieciom tymczasową kwaterę. Wtedy właśnie odkryła, że wskutek nieuiszczania czynszu za spalony domek dostała od firmy dewelopersko‑inwestycyjnej Prager Group nakaz eksmisji. Jedna kopia leżała w skrzynce pocztowej przy zgliszczach, drugą zastępca szeryfa przypiął pinezką do osmalonych drzwi.
Przepisy Georgii nie wymagają kwitowania tego typu dokumentów przez lokatora. Eksmitowana miała siedem dni na sądowe zakwestionowanie decyzji, czego oczywiście nie zrobiła, bo nie przyszło jej do głowy, by sprawdzać pocztę pod starym adresem. Wkrótce zrozumiała, że utrata skromnego dobytku to małe piwo wobec zapaskudzonej kartoteki. Promyk nadziei zaświtał dopiero w listopadzie. Opisała swoje problemy na Facebooku, a litościwa użytkowniczka portalu skontaktowała ją ze znajomymi, którzy opuszczali Atlantę i szukali podnajemcy. Administrator kompleksu Pavillon Place przymknął oko na „szkarłatne E” (eksmitowano) w CV, pod warunkiem uiszczenia gotówką należności za dwa miesiące z góry.
Rodzina wniosła do apartamentu na pierwszym piętrze dmuchane materace, lampę podłogową, przenośny stolik, składane piknikowe krzesła. Administrator zgodził się zawrzeć oficjalną umowę najmu, gdy wygaśnie stara. Niestety pech znów dał o sobie znać. Celeste odwiedził chrześniak z kolegą Souleymanem, który kupił właśnie pistolet i zaczął się nim przechwalać. Niechcący nacisnął spust, kula przebiła podłogę, trafiła mieszkającą na parterze 14-letnią dziewczynę. Ranna zmarła, nim przyjechało pogotowie. Była w ósmym miesiącu ciąży.
Souleyman trafił do aresztu pod zarzutem nieumyślnego zabójstwa. Administrator nie miał wyjścia. Musiał wykwaterować kłopotliwą lokatorkę, jednak zwrócił jej pieniądze. Wynajęła pokój w motelu sieci Efficiency Lodge działającej pod hasłem „Zostań na noc lub na zawsze”. Przy czym w tym drugim przypadku czynsz należy opłacać co tydzień. Nie minął pierwszy, gdy po przygotowaniu obiadu Celeste uchyliła okno. „Te, ładnie pachnie!” — w szparę wstawił twarz Kodak — jeden z handlarzy narkotyków, którzy poprzedniej nocy balowali przed motelem do świtu. Gospodyni ochrzaniła go za hałasy, on zaś niespeszony wyciągnął 20-dolarówkę i poprosił o talerz jedzenia.
Tak narodziła się stołówka Passion Foods z siedzibą w pokoju nr 147. Czemu nie? W innych handlowano seksem, dragami, kradzionymi bateriami, środkami czyszczącymi, papierosami. Na parterze funkcjonowała meta z najtańszą wódką i piwem. Zatrudniona w firmie pakowniczej ProLogistix Celeste po skończeniu zmiany robiła zakupy i szykowała domowe obiady — prawdziwą gratkę na kulinarnej pustyni przedmieścia. Za tę samą cenę (10 dol.), co porcja gastronomicznego śmiecia z pobliskich Dairy Queen, Taco Bell, stacji benzynowej Shella, mieszkańcy kompleksu dostawali np. zapiekanego w serze łososia plus purée ziemniaczane, makaron z krewetkami Alfredo, chili na mięsie indyka.
Kto pracuje, ten frajer
Rodzina Walkerów to jedna z pięciu, których losy przez kilka lat śledził w Atlancie Brian Goldstone, laureat tegorocznego Pulitzera za literaturę faktu — książkę „Nie ma dla nas miejsca: pracujący bezdomni Ameryki” („There Is No Place for Us: Working and Homeless in America”). Antropolog z wykształcenia, dziennikarz z powołania, napisał wiele kompleksowych reportaży o kryzysach humanitarnych, które media ignorują: ofiarach chronicznego bólu, perspektywach ludzi opuszczających więzienie, potajemnych deportacjach afrykańskich azylantów przez Izrael. Tym razem zajął się problemem dotykającym 11,4 mln Amerykanów, którzy na czynsz wydają średnio 78 proc. zarobków i których od bezdomności dzielą jedna wypłata, przeziębienie, stłuczka, zły humor szefa.
Sypiają u znajomych lub rodziny, w motelach, pokojach do wynajęcia niespełniających podstawowych standardów bytowych, nawet tych gwarantowanych prawnie — zimą niedogrzanych, latem nieklimatyzowanych, pozbawionych ciepłej wody, zakaraluszonych, zaszczurzonych, zagrzybionych. Formalnie nie są zaliczani do bezdomnych, których wedle rządowych statystyk znajdziemy w USA 770 tys. Władze uwzględniają tylko osoby rejestrowane przez schroniska plus „nocujące w samochodzie, parku, opuszczonym budynku, na ulicy, dworcu kolejowym lub autobusowym, lotnisku, kempingu”. Jeśli ktoś ma dach nad głową, choćby dziurawy i cieknący, np. szopy, to bezdomny nie jest.
Osoby bez stałego miejsca zamieszkania postrzegane są jako lenie, abnegaci, w najlepszym razie nieudacznicy, którzy wolą narzekać, zamiast wziąć się do pracy. Tymczasem nawet wśród owych 770 tys. ludzi koczujących w schroniskach lub pod gołym niebem pracuje odpowiednio 53 proc. i 40 proc. Najuboższych Amerykanów nie stać na własny kąt, ponieważ czynsze rosną, zarobki stoją. W USA nie znajdziemy ani jednego powiatu, gdzie pełny etat z wynagrodzeniem minimalnym umożliwiałby wynajęcie kawalerki. Osoba zarabiająca ustawowe minimum musiałaby w tym celu pracować przeciętnie 86 godzin tygodniowo (12 godzin i 17 minut każdego dnia włącznie z weekendami i świętami).
Celeste harowała od świtu do zmierzchu, póki całkiem nie opadła z sił. Dosłownie. Dręczyły ją nudności, rozwolnienie, bóle brzucha, straciła apetyt. Próbowała ustalić dlaczego, a ponieważ nie miała komercyjnego ubezpieczenia medycznego, jedynie państwowe dla biednych (Medicaid), musiała całe dnie przesiadywać w kolejkach na SOR. Za każdym razem słyszała inną diagnozę: nieżyt żołądkowo‑jelitowy, infekcja układu moczowego, zapalenie górnych dróg oddechowych, chroniczne przeciążenie mięśni i ścięgien (RSI). A także zalecenie, by zgłosić się do lekarza pierwszego kontaktu, którego — jak większość pacjentów z Medicaid — nigdy nie znalazła.
Dopiero przeprowadzone po czterech miesiącach bezproduktywnych konsultacji badanie krwi wykazało anemię tak ostrą, że Celeste dostała skierowanie do specjalisty. Doktor Simbo Aduloju zlecił natychmiastowe dożylne podawanie żelaza i dalsze testy włącznie z obrazowaniem metodą rezonansu magnetycznego (MRI). Niecały tydzień później zaprosił ją na rozmowę i oznajmił, że ma raka piersi oraz jajników. Mimo wyczerpującej chemioterapii utrzymała pracę pakowaczki, choć musiała zrezygnować z gotowania płatnych obiadów.
Goła pensja przestała wystarczać na opłaty za motel, więc po długim wahaniu pani Walker zdecydowała się wystąpić o dotowane przez władze mieszkanie z puli dla bezdomnych. I wówczas odkryła, że osoby ambitne, honorowe, próbujące mimo ubóstwa zachować godność, lądują na końcu kolejki. Pierwszeństwo mają bezdomni nieposiadający stałego lokum, niepracujący, uzależnieni od alkoholu bądź narkotyków, chorzy na HIV/AIDS, zagrożeni śmiercią, więzieniem, przymusową hospitalizacją.
Robin Hood na opak
Uczciwej, niekaranej sądownie samotnej matce, która heroicznym wysiłkiem nie dopuściła do tego, by jej dzieci znalazły się na ulicy, Wskaźnik Niestabilności — Narzędzie Wspomagające Podejmowanie Decyzji o Priorytetyzowaniu Usług (Vulnerability Index — Service Prioritization Decision Assistance Tool) nie dawał szans. Czy słusznie? Trudno orzec. Mieszkań kwaterunkowych wystarcza tylko dla osób, którym trzeba ratować życie, więc w obliczu tak dramatycznych wyborów „zasługi” Celeste traciły ciężar gatunkowy. Władze Georgii dysponują 10 tys. lokali zastępczych, samych dzieci bez dachu nad głową jest tam ponad 35 tys.
Nietrudno zaś orzec, że amerykańskie statystyki bezdomności to skandal. Problem próbowali rozwiązać twórcy i kontynuatorzy Nowego Ładu — programu reform gospodarczych oraz socjalnych, które miały cywilizacyjnie przybliżyć Amerykę do Europy. Jak na ironię, pierwsze osiedle subsydiowanych mieszkań publicznych powstało 91 lat temu w Atlancie. Po trzech dekadach postępu wydatki socjalne zaczął ciąć Richard Nixon, a Ronald Reagan uznał wsparcie państwa dla najbardziej potrzebujących za sprzeczne z amerykańskim etosem, niemoralne, deprawujące. Na prawicy do dziś pokutują jego kłamstwa o „królewnach socjalu” (welfare queens), czyli wyuzdanych, naćpanych, rodzących bez opamiętania nieślubne dzieci czarnych kobietach, które trwonią zasiłki na imprezowanie, facetów tudzież inne przyjemności.
Zarzuty postawiono tylko jednej takiej kobiecie — Lindzie Taylor. Według Reagana „używała 80 nazwisk, 30 adresów, 12 kart ubezpieczenia społecznego, pobierała renty wojskowe czterech nieistniejących mężów, w sumie oszukując państwo na 150 tys. dol. rocznie”. Akt oskarżenia wyszczególniał cztery fałszywe nazwiska i przywłaszczenie 9793 dol., a ostatecznie prokurator dowiódł Taylor bezprawne pobranie 23 zasiłków. Można sądzić, że nieprzypadkowo cztery z pięciu opisanych przez Goldstone’a rodzin utrzymują właśnie samotne czarne matki. Natomiast reaganowska deregulacja wszystkiego, co się da — od giełdy przez bankowość po rynek mieszkaniowy — sprawiła, że zamiast budować nowe osiedla subsydiowane, deweloperzy burzyli istniejące i stawiali w ich miejscu luksusowe apartamentowce.
Trudno wymienić wszystkie oszustwa finansowe na niebotyczną skalę spowodowane reaganomiką, ale warto wspomnieć o skandalu w Departamencie Budownictwa Mieszkaniowego i Urbanizacji (HUD). Pod hasłami walki z biurokratycznym marnotrawstwem, którymi szermował niedawno Elon Musk, demolując rząd federalny, zmniejszono nakłady na tanie mieszkania o połowę, całkowicie wstrzymano budowę nowych, a do kieszeni lobbystów i sponsorów Partii Republikańskiej popłynęły rządowe dotacje oceniane na 6 mld dol. Media nazwały szefa HUD Samuela Pierce’a „Robin Hoodem na opak” — obrabował biednych, by rozdać bogatym.
Kolejne republikańskie administracje faworyzowały deweloperów kosztem lokatorów, a demokratyczne jedynie zatykały dziury dofinansowaniem komercyjnych czynszów. Rodzina innej bohaterki Goldstone’a Britt Wilkinson od pięciu pokoleń mieszkała na publicznym osiedlu East Lake Meadows. W 1995 r. teren kupił magnat nieruchomości Tom Cousins. Zburzył bloki, postawił apartamentowce, urządził pole golfowe. Mieszkania zastępcze dostała jedna siódma lokatorów. Ów model „rewitalizacji” zaadaptowało 15 dużych miast rządzonych przez prawicę.
Owszem, wyładniały. Zrobiło się elegancko, luksusowo, ale czynsze i życie podrożały do tego stopnia, że ludzi wykonujących niskopłatne prace nie stać na własny kąt. Celeste imała się jeszcze kilku zajęć, została kasjerką w KFC, otworzyła domowe przedszkole. Mimo katorżniczej pracy przeplatanej terapią antynowotworową została wykwaterowana z motelu. Zamieszkała w suterenie noclegowni dla biedaków, schudła do 38,5 kg. Pół roku po opuszczeniu Efficiency Lodge zapakowała dzieci do zdezelowanego Dodge’a Durango i pojechała na Florydę, gdzie eksteściowa pomogła jej znaleźć pracę.




