Donald Trump wplątał się w wojnę, która mimo wielu różnic zaczyna przypominać „specjalną operację” Putina w Ukrainie: przedłuża się, ma negatywne konsekwencje dla świata i coraz trudniej usprawiedliwić dalsze jej prowadzenie.

Po trzech tygodniach wojny w Iranie wiemy o niej mniej więcej tyle samo co na jej początku, to znaczy prawie nic. Nie wiemy, dlaczego Trump zdecydował się uderzyć akurat w tym momencie, skoro z informacji wywiadu USA wynikało, że Iran nie stanowił bezpośredniego zagrożenia dla Stanów Zjednoczonych. Nie wiemy, co było dokładnie celem operacji, gdyż w tej sprawie prezydent USA konsekwentnie kluczy. Trudno powiedzieć też, jak długo potrwa, bo podawany przez Trumpa horyzont czasowy ewidentnie się wydłuża. Na samym początku operacji „epicka furia” prezydent USA mówił, że potrwa ok. trzy tygodnie, więc teoretycznie wojna powinna skończyć się w sobotę nad ranem. Niestety, nic nie wskazuje na to, że w przewidywalnym czasie nastąpi jakikolwiek przełom. Od 28 lutego wydarzyło się jednak wystarczająco dużo, by móc wysnuć cztery najważniejsze wnioski.

Kiedy 1 marca nad ranem irańska telewizja państwowa potwierdziła zabicie najwyższego przywódcy, wydawało się, że konsekwencją ataku Izraela i USA na Iran może być upadek Republiki Islamskiej. Eksperci przewidywali różne scenariusze, ale żaden nie zakładał konsolidacji władzy ajatollahów.

Ten, wydawało się, najbardziej realistyczny scenariusz, zakładał, że wyeliminowanie przywódców duchowych, politycznych i kluczowych dowódców osłabi struktury władzy na tyle, że wewnętrzne reżimu znajdą się ludzie gotowi rozmawiać z Amerykanami na temat zaprzestania programu atomowego i ograniczenia produkcji rakiet balistycznych. Nic takiego się nie stało. Reżim z trudem, ale jednak radził sobie z utratą przywództwa, wykazując wręcz niezwykłą zdolność przetrwania.

Przełomowym momentem było zabicie na początku tygodnia przez Izrael Alego Laridżaniego, sekretarza irańskiej Najwyższej Rady Bezpieczeństwa Narodowego. Ów 67-letni polityk był najprawdopodobniej ostatnim spośród irańskiej wierchuszki, który mógł usiąść do stołu z Amerykanami. Laridżani, który de facto kierował obroną kraju, miał nie tylko ogromne doświadczenie i wpływy, ale i rzadką zdolność do porozumienia się ze wszystkimi frakcjami reżimu. Posiadał dwie cechy, które niemal zupełnie wyginęły w Iranie na skutek ewolucji Republiki Islamskiej — pragmatyzm i elastyczność. Choć to właśnie on najprawdopodobniej odpowiadał za krwawe stłumienie styczniowych protestów, był też zdolny do rozpoczęcia procesu transformacji reżimu w bardziej znośny dla ludzi.

Stosowanie przez Izrael zasady konsekwentnego likwidowania przywództw Iranu przynosi efekt odmienny od spodziewanego. Po pierwsze, irańskie struktury władzy, zamiast się rozpadać, konsolidują się. Po drugie, reżim hardzieje, bo zabici „źli” zastępowani są „jeszcze gorszymi”, bardziej twardogłowymi i zdeterminowanymi, by walczyć do końca. Po trzecie, eliminacja polityków wagi ciężkiej, takich jak Laridżani, sprawia, że coraz bardziej rosną wpływy najkrwawszej i zdecydowanie najmniej zainteresowanej porozumieniem z USA formacji — Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej. W konsekwencji perspektywa jakiegokolwiek sensownego porozumienia w sprawie końca wojny oddala się. Coraz mniej prawdopodobna wydaje się choćby drobna korekta kursu reżimu, nie mówiąc już o odwilży czy liberalizacji.

Atak Izraela na irańskie pole gazowe South Pars i przetwórnię gazu w Asaluyeh otworzył zupełnie nowy, wyjątkowo groźny etap konfliktu. Ta eskalacja jest bardzo poważna, gdyż oznacza, że w tej wojnie nie ma już tabu. Skoro uzasadnionym celem stała się oszczędzana raczej dotąd infrastruktura produkująca ropę i gaz, nie można wykluczyć, że w desperacji któraś ze stron uderzy np. w elektrownię atomową, doprowadzając do katastrofy humanitarnej. Co więcej, coraz bardziej dociskany do muru reżim ajatollahów za cele obierze instalacje do odsalania wody, absolutnie kluczowe dla funkcjonowania państw Zatoki Perskiej.

Rozciągnięcie operacji na infrastrukturę przetwórczą i wydobywczą jest przekroczeniem niepisanej czerwonej linii, którą, jak się wydawało, nakreślili Amerykanie. South Pars, które Iran dzieli z Katarem, jest jednym największych pół gazowych na świecie. Na irański odwet nie trzeba było czekać długo — pociski rakietowe i drony uderzyły w katarskie zagłębie produkcji skroplonego gazu LNG w Ras Laffan. Ucierpiała saudyjska rafineria Samref w porcie Janbu nad Morzem Czerwonym. Celem ataków stały się też kuwejckie rafinerie w Mina al-Ahmadi i Mina Abdullah i izraelska w Hajfie. Uderzając na Ras Laffan Iran zadał dotkliwy cios Katarczykom. Szacuje się, że naprawa zniszczeń potrwa od trzech do pięciu lat, zaś w wyniku zmniejszenia eksportu emirat tracić będzie 20 mld dol. rocznie.

Konsekwencją eskalacji ataków i blokady Cieśniny Ormuz może być kryzys energetyczny, porównywalny z kryzysem naftowym z 1973 r. Ceny ropy i gazu rosną, co widać także na polskich stacjach benzynowych. Pewne podobieństwa do kryzysu sprzed 53 lat są oczywiste — tłem tak jak wówczas jest wojna, tyle że tym razem to Izrael atakuje, zaś kraje arabskie są ofiarą muzułmańskiego Iranu, który broniąc się, uderza w sąsiadów, by podnieść koszty wojny. Ekonomiczne konsekwencje są bolesne dla wszystkich. Najbardziej cierpią gospodarki krajów Azji Południowej i Wschodniej, do których ropa dociera głównie przez zablokowaną cieśninę Ormuz, ale przedłużający się konflikt odczuwają również Stany Zjednoczone i Europa.

Paradoksalnie wygranym jest Władimir Putin. USA już tymczasowo zniosły sankcje na znajdującą się na morzu rosyjską ropę, aby doprowadzić do obniżenia cen surowca. Według Bloomberga administracja amerykańska rozważa zniesienie amerykańskiego embarga na ropę z Rosji i Wenezueli. Gdyby tak się stało, rosyjski dyktator będzie miał za co jeszcze długo prowadzić wojnę, która drenuje również Unię Europejską. Bez wsparcia finansowego UE, Ukraina mogłaby bronić się, co najwyższej, jeszcze przez pół roku. Im dłużej będzie trwała operacja w Iranie, tym większe turbulencje wstrząsać będą światową gospodarką. Dziennik „The Wall Street Journal” cytował niedawno źródła z Arabii Saudyjskiej, które ostrzegały, że jeśli zakłócenia na rynku paliwowym utrzymają się do końca kwietnia, ceny ropy mogą wzrosnąć do ponad 180 dol. za baryłkę.

Przerażony konsekwencjami izraelskiego ataku na irańskie pole gazowe Donald Trump wyparł się publicznie, jakoby cokolwiek o tym wiedział. „Izrael, rozzłoszczony tym, co dzieje się na Bliskim Wschodzie, agresywnie uderzył w duży obiekt znany jako złoże gazowe South Pars w Iranie. Zaatakowana została stosunkowo niewielka część całości. Stany Zjednoczone nie wiedziały nic o tym konkretnym ataku i Katar w żaden sposób ani w żadnej formie nie był w to zaangażowany. Nie miał też pojęcia, że do tego dojdzie” — ogłosił w serwisie Truth Social. Izraelskie źródła przekonują, że premier Benjamin Netanjahu konsultował się przed atakiem z Trumpem. Była to najpoważniejsza eskalacja wojny od czasu jej rozpoczęcia, więc główny sojusznik Izraela nie mógł o tym nie wiedzieć.

Całe to zamieszanie skłania do refleksji na temat tego, czyja tak naprawdę jest ta wojna — Netanjahu czy Trumpa? I zadanie zasadniczego pytania — kto gra w niej pierwsze skrzypce: Izrael czy USA? Jasnej odpowiedzi na to pytanie nie ma, choć na samym początku operacji sekretarz stanu USA zasugerował, że Amerykanie przystąpili do wojny niejako pod izraelskim wpływem. — Wiedzieliśmy, iż jeśli Iran zostanie zaatakowany, a wierzyliśmy, że tak się stanie, natychmiast zwróci się przeciwko nam. Nie zamierzaliśmy siedzieć bezczynnie i czekać na cios, zanim zareagujemy — mówił dziennikarzom Marco Rubio. I choć potem zarzekał się, że został źle zrozumiany, przesłanie poszło w świat. „Pan Rubio przyznał to, o czym wszyscy wiedzieliśmy: Stany Zjednoczone przystąpiły do wojny z wyboru w imieniu Izraela. Nigdy nie istniało żadne tak zwane »zagrożenie« ze strony Iranu” — obwieścił na portalu „X” szef irańskiej dyplomacji Abbas Aragczi.

Spekulacje na temat tego, że to Netanjahu dążył do ostatecznego starcia z Iranem i w ostatniej chwili udało mu się do tego przekonać Trumpa, trwają od 28 lutego. Nie od dziś wiadomo też, że premier Izraela jest wyjątkowo zręcznym manipulatorem i potrafi urabiać Trumpa, który swoją drogą ma słabość do lidera Izraela. Netanjahu jest najbardziej amerykańskim z izraelskich premierów — rozumie mechanizmy amerykańskiej polityki, dobrze wyczuł słabości obecnej administracji i ma potężnego sojusznika w postaci ewangelikalnej prawicy w Stanach Zjednoczonych. Ta niezwykle wpływowa koalicja fanatycznych pastorów i mesjanistycznych polityków łączy proizraelskie, ultra konserwatywne wartości protestanckie ze strajnym programem Partii Republikańskiej. Prezydent USA działa impulsywnie, nie słucha ekspertów, a otaczają go bezkrytyczni pochlebcy. W Białym Domu nie ma więc nikogo, kto mógłby powstrzymać go przed popełnieniem błędu.

Tymczasem wydarzenia ostatnich kilkudziesięciu godzin pokazują, że interesy sojuszników rozjeżdżają się. O ile w interesie USA jest co najwyżej osłabienie reżimu, wymuszenie reform i skłonienie rządzących w Teheranie do porzucenia programu nuklearnego, Netanjahu dąży nie tylko do zniszczenia irańskiego reżimu, ale do całkowitego zdestabilizowania Iranu. Celem premiera Izraela jest bowiem zarówno neutralizacja irańskiego zagrożenia, jak i zmiana układu sił na Bliskim Wschodzie. Netanjahu będzie więc dążył do eskalacji, licząc na to, że Iran przegra wojnę na wyniszczenie. Dla Trumpa najlepszym rozwiązaniem było odniesienie jakiegoś choćby symbolicznego sukcesu i zakończenie operacji, która kosztuje USA średnio 1–2 mld dol. dziennie.

Niestety wszystko wskazuje na to, że w tej wojnie ogon (Izrael) kręci psem (USA). Zamiast dążyć do zakończenia konfliktu, Trump zastanawia się nad wysłaniem w region walk dodatkowych tysięcy żołnierzy. Według „Washington Post” Pentagon poprosił Kongres USA o przyznanie dodatkowych 200 mld dol. na dalsze prowadzenie wojny. Coraz bardziej prawdopodobna jest też ograniczona operacja lądowa — zajęcie przez marines strategicznie położonej wyspy Chark, a także być może fragmentu irańskiego wybrzeża, by zagwarantować bezpieczny tranzyt ropy.

Jeśli Trump się na to zdecyduje, siły amerykańskie poniosą dużo większe niż obecnie straty w ludziach, co jeszcze bardziej rozsierdzi przeciwne wojnie zaplecze prezydenta. Co więcej, premier Netanjahu najwyraźniej przygotowuje grunt pod inwazję lądową o znacznie większej skali niż obecnie rozważana. Na konferencji prasowej dla zagranicznych mediów powiedział, że bez ofensywy lądowej nie da się doprowadzić do antyreżimowej rewolucji w Iranie.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version