— Jeśli libańska armia otrzymałaby rozkaz walki z Hezbollahem, znalazłaby się w sytuacji podwójnie przegranej: albo wykona rozkaz polityczny i narazi się na wewnętrzne podziały, a może nawet i bunt w szeregach, albo odmówi, podważając autorytet państwa — tłumaczy „Newsweekowi” Karim Émile Bitar z Uniwersytetu Świętego Józefa w Bejrucie.

Obecny konflikt na Bliskim Wschodzie stanowi największe zagrożenie dla państwa libańskiego od czasów krwawej, piętnastoletniej wojny domowej, która zakończyła się w 1990 r. Od tamtej pory w kraju panuje chwiejny system podziału władzy między wyznaniami. Nieformalnie pozwala on Hezbollahowi — szyickiemu ugrupowaniu politycznemu i paramilitarnemu, które powstało jako ruch oporu wobec izraelskiej okupacji — utrzymać własną armię oraz ogromny arsenał zaawansowanej broni mogący konkurować z Libańskimi Siłami Zbrojnymi (LAF).

Po trzech wojnach izraelsko-libańskich, z których ostatnia wybuchła po ataku Hamasu w październiku 2023 r., Izrael dąży dziś do wykorzystania fali regionalnych zawirowań, by doprowadzić do trwałego rozbrojenia Hezbollahu, który — podobnie jak Hamas — uznawany jest przez Tel Awiw i Waszyngton za organizację terrorystyczną.

Izraelskie Siły Obronne (IDF) już nasilają operacje przygraniczne w odpowiedzi na pierwsze od listopadowego zawieszenia broni ostrzały rakietowe ze strony Hezbollahu. Zarówno Benjamin Netanjahu, jak i Donald Trump wywierają presję na libański rząd, by przyczynił się do ograniczenia militarnej aktywności bojówki poprzez wzmocnienie uprawnień LAF. To groziłoby jednak naruszeniem spójności i tak już nadwyrężonego państwa libańskiego.

Przed „poważnym ryzykiem” ostrzega Karim Émile Bitar, profesor nadzwyczajny Uniwersytetu Świętego Józefa w Bejrucie i współpracownik Instytutu Spraw Międzynarodowych i Strategicznych w Paryżu.

— Armia pozostaje ostatnią prawdziwie ponadwyznaniową instytucją w Libanie i jedną z niewielu, które wciąż cieszą się szerokim zaufaniem społecznym — mówi „Newsweekowi”. — Wykorzystanie jej do walki z Hezbollahem może narazić ją na rozłam wewnętrzny. Hezbollah to nie tylko milicja, ale również ważny aktor polityczny z szerokim zapleczem społecznym wśród szyitów, a wielu libańskich żołnierzy wywodzi się właśnie z tej społeczności.

— Jeśli LAF otrzymałoby rozkaz walki z Hezbollahem, znalazłoby się w sytuacji podwójnie przegranej: albo wykona rozkaz polityczny i narazi się na podziały, a nawet bunt w szeregach, albo odmówi, podważając autorytet państwa — zauważa Karim Émile Bitar. — W obu przypadkach osłabiony zostałby jeden z ostatnich filarów libańskiej jedności narodowej. Taka konfrontacja grozi przekształceniem konfliktu regionalnego w wojnę domową w Libanie.

— Użycie libańskiej armii przeciwko Hezbollahowi w trakcie trwającej wojny regionalnej niesie za sobą ogromne ryzyko. I nie chodzi tylko o zagrożenia militarne, ale także polityczne i społeczne — uważa z kolei dr Amal Saad, wykładowczyni Wydziału Prawa i Polityki na Uniwersytecie w Cardiff. — Armia historycznie unikała bezpośredniej konfrontacji między Hezbollahem a Izraelem, a powód jest oczywisty: jeśli wojsko zostanie odebrane nie jako instytucja narodowa, lecz narzędzie wewnętrznej walki z Hezbollahem, grozi to utratą legitymizacji — zwłaszcza w regionach szyickich — i potencjalnym powrotem bratobójczych starć.

Saad, uznana ekspertka ds. Hezbollahu i doświadczona libańska badaczka, która szkoliła oficerów LAF, ostrzega, że taki rozłam może dotknąć nie tylko szyitów, ale także sunnitów i chrześcijan. Jak przypomina, nawet oficerowie LAF wielokrotnie nazywali Izrael „wrogiem”. Siły LAF i Hezbollah w przeszłości współpracowały, dzieląc zadania po obu stronach granicy libańsko-syryjskiej podczas walk z ISIS po 2014 r. Znany jest też przypadek, gdy libańscy żołnierze odmówili rozbrojenia Hezbollahu w czasie narastających napięć w maju 2008 r., kiedy to wywołane sporem o sieć telekomunikacyjną Hezbollahu walki między szyickimi i sunnickimi milicjami wzbudziły obawy przed kolejną wojną domową.

— Pomysł, by znaczna część armii wykonywała „brudną robotę” za Izrael w czasie izraelskiej inwazji, jest niedorzeczny — ocenia Saad. — I nie trzeba dodawać, że skoro Izrael nie zdołał rozbroić Hezbollahu, to jak miałaby tego dokonać najsłabiej wyposażona armia na Bliskim Wschodzie?

Hezbollah nadal cieszy się dużym poparciem, jednak frustracja związana z angażowaniem się ugrupowania w konflikty na rzecz zagranicznych sojuszników i wynikającymi z tego zniszczeniami w Libanie wywołała rosnącą falę niezadowolenia w całym społeczeństwie.

Zanim Liban został wciągnięty w regionalny konflikt, kraj zmagał się z pogłębiającym się od 2019 r. kryzysem gospodarczym. Choć nominacje prezydenta Josepha Aouna i premiera Nawafa Salama przełamały polityczny paraliż, rząd nadal nie radzi sobie z zapewnieniem dostępu do podstawowych usług, a sytuację znacznie pogarszają wojenne przesiedlenia ponad miliona osób. Wśród przymusowo przesiedlonych dominują zwolennicy Hezbollahu, którzy dziś rozproszeni są w społecznościach mniej przychylnych ugrupowaniu, co rodzi kolejne napięcia.

— Jednym z najpoważniejszych wyzwań dla Hezbollahu jest obecnie ok. 800 tys. wysiedlonych szyitów, wobec których zastosowano bezprecedensowe i dyskryminujące praktyki — mówi Saad. — Wielu uważa, że rząd w dużej mierze zaniedbał ich sytuację, nie zapewniając im należytego wsparcia ani ochrony w momencie szczególnej bezbronności.

Saad wskazuje przypadki, gdy policja zabierała dowody tożsamości wysiedlonych szyitów czy też wprowadzała nowe godziny policyjne i zakazy działalności politycznej. Burmistrzowi Bejrutu Ibrahimowi Zeidanowi zarzucono także, że proponował deportację uchodźców wewnętrznych drogą morską.

Karim Émile Bitar zwraca uwagę na wpływ, jaki na opinię publiczną w Libanie będą miały nasilające się działania Izraela i Hezbollahu. — Z jednej strony, większość Libańczyków obwinia Hezbollah za narażenie kraju na niszczycielskie odwetowe ataki i podejmowanie strategicznych decyzji bez narodowego konsensusu — wskazuje. — Z drugiej, szeroko zakrojone izraelskie operacje wojskowe prowadzące do masowych zniszczeń cywilnych historycznie wywoływały odruch narodowej jedności, wzmacniając narrację Hezbollahu i przesuwając debatę polityczną.

— Innymi słowy, paradoks polega na tym, że choć jednostronna decyzja Hezbollahu o podjęciu walki z Izraelem budzi w kraju ogromne kontrowersje, to im bardziej destrukcyjna staje się izraelska kampania, tym większą szansę ma Hezbollah na odzyskanie legitymacji w oczach części społeczeństwa — zauważa.

Debata ta toczy się również wewnątrz Libańskich Sił Zbrojnych, które jak dotąd starają się unikać otwartych walk. — Największym wyzwaniem jest dziś poszerzająca się izraelska okupacja południowego Libanu, a Hezbollah pozostaje jedyną siłą, która temu się przeciwstawia, kiedy LAF wycofuje się z terenów — mówi „Newsweekowi” Mohanad Hage Ali, zastępca dyrektora ds. badań w Malcolm H. Kerr Carnegie Middle East Center w Bejrucie. — Jeśli LAF zostanie skierowany przeciwko Hezbollahowi w momencie, gdy ten walczy z okupacją izraelską, wywoła to napięcia wśród libańskich szyitów. Wojsko będzie postrzegane jako siła wspierająca okupację, a dla armii narodowej bardzo niekorzystne jest ścierać się z lokalną grupą, która stawia opór zagranicznemu najeźdźcy.

Z punktu widzenia Izraela rosnąca opozycja wobec Hezbollahu wewnątrz Libanu oraz osłabienie Iranu i jego regionalnych sojuszników tworzą wyjątkową okazję do wyeliminowania wroga za granicą.

— Hezbollah to zarówno instytucja terrorystyczna, jak i ugrupowanie polityczne. Problem mamy z jego ramieniem terrorystycznym — twierdzi w rozmowie z „Newsweekiem” anonimowy izraelski oficer. — Nasze porozumienie z Libanem mówi o eliminacji uzbrojonego Hezbollahu. To jest cel, tak się umówiliśmy i to się nie zmieniło.

Jak zaznacza, rząd Libanu powinien odegrać w osiąganiu tych celów bezpośrednią rolę. Jednocześnie przyznaje, że LAF „podjęły pewne działania” w tym zakresie, jednak były one „niewystarczające”, by zmienić ocenę zagrożenia przez Izrael.

— Myślę, że to jasne: nie mamy interesu w walce ze sobą — mówi. — Problemem numer jeden, a może i jedynym problemem, który powoduje konflikty między Izraelem a Libanem, jest Hezbollah, który powinien zostać usunięty. Liban i jego siły zbrojne nie są naszym wrogiem, ale oczekujemy, że będą działać jak suwerenny kraj i rozprawią się z ugrupowaniami terrorystycznymi na swoim terytorium.

Sarit Zehavi, założycielka organizacji Alma oraz była oficer izraelskiego wywiadu, oczekiwanie, że rząd Libanu skupi się na rozbrojeniu Hezbollahu, określa jednak jako „historyczny błąd”. — Zapomnijmy o rozbrojeniu Hezbollahu przez rząd libański — mówi w rozmowie z „Newsweekiem”. — To się nie wydarzy, tym bardziej, jeśli część dowódców armii współpracuje z Hezbollahem, inni są wobec niego życzliwi, a jeszcze inni mają powody polityczne.

Według niej libański rząd powinien zostawić działania wojskowe Izraelowi i skupić się na ograniczaniu innych sektorów działalności Hezbollahu: finansów, aktywności politycznej, struktur społecznych i opieki zdrowotnej. — Zrobimy, co trzeba na południu Libanu, bo czekaliśmy na to już 20 lat — twierdzi. — Libanowi dajmy inne zadania, by strategicznie osłabić Hezbollah, a sprawy militarne załatwimy sami.

Sarit Zehavi rozumie obawy libańskich polityków przed potencjalnym konfliktem wyznaniowym, jednak jej zdaniem teraz, gdy „baza Hezbollahu została przesiedlona, a Liban pogrążony jest w kryzysie humanitarnym”, ryzyko wybuchu wojny domowej jest dużo mniejsze. — Uważam, że na rząd libański trzeba wywierać presję, by zaryzykował — podsumowuje. — Hezbollah nie będzie już słabszy niż obecnie.

Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version