Dawny trunek polskiej szlachty i mnichów. Przetrwał wieki

Trójniak, dwójniak i półtorak — choć wyparte w końcu przez wino oraz wódkę — przez lata były symbolem polskiej tradycji. Trunkowi sporządzanemu z miodu służyła geografia: rozległe lasy oraz puszcze pełne dzikich pszczół i barci.

Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

„Włoski mieszkańcze! I cóż twoje nektary? Co twoje wina przed nektarem Rusi? Wino jest z ziemi błotnistej i szarej, miód prosto z niebios spuszczony być musi” — zachwycał się jeszcze w drugiej połowie XVI w. Sebastian Klonowicz w swoim poemacie „Ziemie czerwonej Rusi (Roxolania)”. Jak twierdzą dziś badacze, tradycja sycenia miodów pitnych — będących w wielkim uproszczeniu napojem alkoholowym ze sfermentowanej brzeczki miodowej — sięgała jeszcze czasów przed początkiem polskiej państwowości.

„Mają oni [Słowianie — red.] różne rodzaje lutni i fletów. Mają chociażby flet, którego długość przekracza dwa łokcie i lutnię z ośmioma strunami, której spód jest płaski, a nie zakrzywiony. Ich napojem oraz winem jest pitny miód” — notował w swoich zapiskach hiszpański podróżnik Ibrahim Ibn Jakub, który jeszcze przed chrztem Polski zjeździł zachodnią i środkową Europę.

Prapoczątki były zapewne dziełem przypadku. Zakłada się, że Prasłowianie w rozległych lasach, w których żyli, szukali nie tylko miodu, ale też grzybów, jagód czy innych owoców leśnych. Resztki kradzionego dzikim pszczołom miodu oraz wosku zalewali najpewniej wodą, a ten — za sprawą dzikich drożdży — fermentował, tworząc alkohol.

Znany z dawna proces, już w czasach chrześcijańskich, udoskonalili mnisi. Zdający sobie sprawę z surowego — szczególnie w porównaniu z południem Europy — klimatu braciszkowie szybko odkryli, że o ile z uprawą winorośli będzie ciężko, o tyle miodu w Polsce można mieć pod dostatkiem. To stąd w polskiej tradycji do dziś zachowały się nazwy takie jak miód bernardyński czy kapucyński. Miód oraz miód pitny, szczególnie te najlepszych gatunków, bywały też cenną walutą rozliczeniową, niejednokrotnie zalegającą w koronnym skarbcu.

Skąd podział? Półtoraki, dwójniaki, trójniaki i czwórniaki różni między sobą ilość wody, którą są rozcieńczane. I tak, dla przykładu, półtorak to miód, którego brzeczka powstaje z rozcieńczenia jednostki objętości miodu połową objętości wody (te mają w efekcie zazwyczaj 16-18 proc. alkoholu). A już czwórniak to miód najpośledniejszy, jednostkę miodu rozcieńcza się w nim trzema jednostkami objętości wody (miewa ostatecznie około 10-12 proc.). Miody sycić (rozcieńczać i warzyć z wodą) można na zimno i ciepło, najlepsze osiąga się długim leżakowaniem. Najprzedniejsze czekały w dębowych beczkach na otwarcie nawet 8-10 lat.

Choć tradycja sycenia miodów jest znana od starożytności i nie była domeną jednego regionu, w czasach średniowiecza oraz renesansu najsilniej rozwinęła się w naszej części Europy — w Polsce, na Litwie, Rusi, Morawach oraz Czechach. Marcin Kromer w opisie z XVI w. miał pisać tak:

„Miód z chmielem i wodą uwarzony, w pospolitym jest tam użyciu, szczególnie na Rusi i Podolu, kędy jest pszczół obfitość, a miód zbierany z wonnych traw i kwiatów wyborny. Nie braknie urządzonego tymże sposobem miodu w Prusiech i na Mazowszu, a szczególnie w Warszawie, gdzie do miodów owych dodają sok z wiśni lub malin, oraz wonności i stosowne zaprawy, od czego ów napój zowie się kirsztangiem, maliniakiem lub trójniakiem”. Do dziś wśród dodatków wrzucanych do miodów stosuje się takie przyprawy jak cynamon, goździki, imbir, a nawet wanilię, płatki róży, migdały czy cytryny.

Opojem rozsmakowanym w polskich miodach był sportretowany w „Trylogii” Henryka Sienkiewicza Onufry Zagłoba. Krew jego — z lekka parafrazując — podlana miodem „tworzyła wyborny likwor”. Używał go też do kuracji, jak wtedy, kiedy w „Ogniem i mieczem” ratować przyszło Rzędziana: „Dalibóg, jeśli mu ten miód nie pomoże, to chyba zełgał, że szlachcic. Tak mrucząc Pan Zagłoba wsparł głowę Rzędziana na swych kolanach, poczym mu z wolna sączyć trójniak do ust zsiniałych zaczął”.

Ale trunek sprowadzał też nieszczęścia, jak wtedy, kiedy na Polskę w „Potopie” napadli Szwedzi, a Zagłoba nie mógł dowódcom służyć światłą radą, bo wybrał się do Baranowa, do tamtejszego kanonika słynącego z tego, że „ma miody przednie”.

W późnym XVII oraz wczesnym XVIII w. miód pitny stracił na popularności. Magnateria, a w ślad za nią biedniejsza szlachta zaczęła snobować się na sprowadzane z południa Europy wina, biedota chłopska coraz częściej sięgała w karczmach po wódkę (decydowały czynniki ekonomiczne, ta była o wiele prostsza, szybsza i, co najważniejsze, tańsza w produkcji). Sytuację spotęgowały zabory. Wraz z wpadnięciem ogromnych połaci Polski pod jarzmo carskie na dobre zaczęła tam rządzić gorzałka.

Tradycję próbowano reaktywować w Polsce niepodległej. Wydana w 1925 r. książka doktora Teodora Ciesielskiego o tytule „Miodosytnictwo. Sztuka przerabiania miodu i owoców na napoje” do dziś służy tym, którzy próbują sycić miód w domu (wśród owocowych naukowiec wymienia całą ich gamę: od wiszniaka, przez agrestyniak, po gruszniak i wiele innych). Co ciekawe, Ciesielskiemu — co opisuje we wstępie — przyświecał cel ekonomiczny. Sprzedaż miodu pitnego, a nie samego surowca, z którego jest robiony, miała dawać jak największy dochód właścicielom pasiek działającym w stającej na nogi po zaborach Polsce. „Miejmy tylko zawsze zapasy smacznych i czystych napoji miodowych w piwnicach, a kupcy znajdą się sami” — pisał z entuzjazmem. Jeszcze na chwilę przed wojną, bo w roku 1938, wtórował mu dr Antoni Skowroński, dyrektor poznańskiej firmy produkującej alkohole „Kantorowicz”. „Miód pitny należycie wyprodukowany jest trunkiem tak szlachetnym, że śmiało bić może wina zagraniczne, z drugiej natomiast nie bez znaczenia jest fakt, że duże zapotrzebowanie przemysłowe na miód pszczeli może podnieść u nas ogromnie bartnictwo” — pisał w artykule „Miód pitny. Trunek wielkiej przyszłości”.

Dziś sycenie miodów dalej podnosi się po komunistycznej posusze. W 2008 r. Komisja Europejska zakwalifikowała polskie miody pitne jako Gwarantowaną Tradycyjną Specjalność. Uwaga! Już Józef Ignacy Kraszewski przestrzegał, że po miodzie bywali i tacy, co spali dwanaście godzin, niektórzy jak bobaki (susły), więc sugeruje się dawkować je z umiarem.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version