Dostawałem telefony późno w nocy. Byłem wyzywany. Dowiedziałem się, że zabijam rodziców tak, jak Breivik zabił ich dziecko — opowiada Joergen Watne Frydnes. Po zamachu na wyspie Utøya poproszono go, by odbudował to miejsce. Anders Breivik chciał je unicestwić, on miał do tego nie dopuścić. Jego misja wywołała gigantyczne emocje, wiele rodzin ofiar uważało ją początkowo za prowokację.
Frydnes nie był członkiem AUF, młodzieżówki norweskiej Partii Pracy. 22 lipca 2011 r. nie jechał na obóz, nie uciekał przed strzałami, nie chował się w lesie ani nad wodą. Był w samochodzie. Z rodziną jechał do chaty w górach, żeby świętować urodziny matki.
— Najpierw lektor w radio mówił o eksplozji w Oslo. W dzielnicy rządowej miała wybuchnąć bomba, a zginąć miało osiem osób. Potem zaczęły przychodzić pierwsze informacje z Utøyi, gdzie trwał letni obóz AUF. Ktoś przebrany za policjanta strzelał do młodych ludzi. Uświadomiłem sobie, że mijałem wyspę w chwili, gdy sprawca dojeżdżał do położonej na stałym lądzie przeprawy promowej — mówi Frydnes, dziś przewodniczący Norweskiego Komitetu Noblowskiego, pierwszy po zamachach z 2011 roku szef Utøya AS.
Łącznie tego dnia zginęło 77 osób: osiem w Oslo i 69 na wyspie.
Oczywiście, że kojarzył miejsce i miał znajomych związanych z AUF. Norwegia to przecież bardzo duża wieś, niemal wszyscy się tu znają. Nie należał jednak do organizacji, dla której Utøya była miejscem niemal uświęconym. Nie miał własnej politycznej biografii związanej z wyspą. Nie był też człowiekiem przygotowanym do pracy z żałobą, traumą i gniewem. Jako rozpoczynający swoją drogę zawodową 26-latek pracował dla Lekarzy Bez Granic.
Decyzja
Telefon zadzwonił 1 sierpnia. Frydnes był akurat na wycieczce rowerowej w lesie na północ od Oslo. Dzwoniła szefowa komunikacji Partii Pracy, która odpowiadała za zespół zajmujący się wyspą po zamachach. Poprosiła o pomoc.
— Ktoś z firmy technicznej obsługującej Lekarzy bez Granic i Partię Pracy podał moje nazwisko. Miałem być według niego kompetentny. Moim zadaniem było pomóc, po prostu pomóc. We wszystkim, co się wydarzy — mówi.
Norwegię zdążyła już objąć największa w powojennej historii kraju trauma. Praktycznie każdy znał kogoś, kto w jakiś sposób został dotknięty wydarzeniami z 22 lipca. Norwegia to przecież bardzo duża wieś. Miliony Norwegów w niemal każdej miejscowości brało udział w marszach. Symbolem żałoby stała się trzymana przez uczestników manifestacji róża.
Z początku to nie brzmiało jak życiowa rola. Pracował przez kilka miesięcy. Wrócił po roku od zamachów, by usłyszeć pytanie, czy może przejąć odpowiedzialność za odbudowę wyspy.
Najważniejsza decyzja zapadła już wcześniej. AUF uznała, że musi wrócić na Utøyę. Dla Frydnesa był to wybór zasadniczy.
— Jeśli terroryście zostawi się decyzję, jak społeczeństwo ma używać swoich własnych miejsc, to terror osiągnie swój cel.
W trakcie procesu zamachowca sens tej decyzji stał się jeszcze bardziej wyraźny. Sprawca chciał zabić całe pokolenie młodych ludzi związanych z ruchem lewicowym. Mówił, że chciał unicestwić miejsce, w którym to pokolenie się spotykało, uczyło polityki, zawierało przyjaźnie i budowało własny język demokracji.
Anders Behring Breivik w czasie rozprawy przed norweskim sądem w styczniu 2022 r.
Foto: Ole Berg-Rusten / POOL / PAP/ EPA
Ale od decyzji „wracamy” do rzeczywistego powrotu była długa droga. Z jednej strony Utøya należała do AUF, z drugiej — była miejscem śmierci 69 osób. Dla ocalałych — miejscem, z którego uciekali, albo na którym stracili przyjaciół. Dla Partii Pracy — symbolem ataku na jej młodzież. Dla Norwegii — punktem, w którym własny obraz spokojnego, bezpiecznego państwa rozsypał się w ciągu jednego popołudnia. Dla rodzin była cmentarzem.
Pojawił się spór o przyszłość Utøyi, który sprawił, że na powierzchnię wydostały się kolejne emocje. Równolegle do apeli o wzmocnienie praworządności i demokracji, pojawił się gniew, ból, frustracja, żal, chęć odwetu. Życie nie wracało dla wszystkich. Na wyspie miały znów odbywać się spotkania, rozmowy, obozy i szkolenia, ale przy wielu stołach w Norwegii wciąż brakowało córki, syna, siostry, wnuka. Co prawda w chwili podejmowania decyzji o przyszłości wyspy ofiary zostały pochowane, pierwsze święta Bożego Narodzenia bez dziecka były już za rodzinami, a po zakończonym procesie sprawca siedział w więzieniu, ale pytanie, czy miejsce ich śmierci ma znowu żyć, pozostało.
— Pierwsze plany przywrócenia życia na Utøyi dla wielu rodzin były po prostu prowokacją. Rację miała AUF, mówiąc, że sprawca zamachów nie może wygrać po śmierci swoich ofiar. Rację miały rodziny, mówiąc, że Utøya nie jest zwykłą nieruchomością ani neutralnym terenem pod działalność edukacyjną. A ja musiałem się między tymi racjami odnaleźć — mówi Frydnes.
Mazda
Szybko zrozumiał, że wizji nowej Utøyi nie da się wypracować w sali konferencyjnej. Spotkania z dziesiątkami rodzin były niemożliwe. Emocje przejmowałyby rozmowę. Ludzie nie mogli i nie musieli być przymuszani, by publicznie rozbierać własną tragedię na części.
— Uznałem, że trzeba ruszyć do nich. Wsiadłem do mojej mazdy i pojechałem.
Przez kolejne sześć lat w swoim kombi Frydnes przemierzył całą Norwegię. Od domu do domu, rodzina po rodzinie. 85 spotkań — więcej niż zamordowanych. Rodzice niektórych ofiar nie mieszkali razem, niektóre rodziny po 22 lipca 2011 r. rozpadły się. Osobne domy, osobne żałoby i osobne odpowiedzi na pytanie o przyszłość wyspy.
— Zazwyczaj rozmawiać chciała matka. Ojciec często wychodził. Czasem moja wizyta była powodem pierwszej prawdziwej rozmowy między ludźmi, którzy przez miesiące albo lata nie byli w stanie wyrazić nawzajem tego, co myślą i czują. Bywało, że do kogoś musiałem po kilku miesiącach, po roku czy dwóch wrócić. Żałoba się zmieniała. Pozostałe w domu dzieci dorastały. Rodziny inaczej rozumiały własne potrzeby. To, co było niemożliwe w pierwszej rozmowie, dopiero po czasie mogło być powiedziane — wspomina.
Wina
Sprawca śmierci dziecka był w więzieniu szczelnie odgrodzony od współwięźniów i społeczeństwa. Za kratami zakładu karnego w Ila, potem w Skien był bezpieczny. Nie mógł dokończyć swojego masakrycznego dzieła, ale też sam był poza zasięgiem tych, których jego zbrodnia dotknęła. Pełni gniewu, żądni zemsty, a nie sprawiedliwości, nie mieli sposobu, by dać upust swoim emocjom.
A Frydnes, jak to w bardzo dużej wsi, był na wyciągnięcie ręki. Można było go oskarżyć. Miał nazwisko, adres, numer telefonu. Gdy ktoś z pokrzywdzonych potrzebował wyrzucić z siebie żal na słabość policji, za śmierć dziecka obarczyć winą państwo, Partię Pracy, ogólnie pojęty system czy samego sprawcę, najłatwiej mu było trafić do tego, kto odpowiadał za przyszłość wyspy.
— Dostawałem telefony późno w nocy. Byłem wyzywany. Pijani wysyłali mi pełne emocji wiadomości. Dowiedziałem się, że jestem wcieleniem Breivika. Że zabijam rodziców tak, jak Breivik zabił ich dziecko.
Ciało nie dało rady. Trafił do lekarza.
— Za dużo. Za dużo bólu. Za dużo ciemności — odpowiada.
Zaufanie
Z czasem odkrył najważniejszą dla siebie wówczas mądrość — cierpienie ma własny język.
— Nie każde słowo wypowiedziane w bólu jest sprawiedliwe. Nie zawsze należy je rozumieć dosłownie. Człowiek po stracie mówi inaczej, niż mówiłby w zwykłej sytuacji. Trauma zmienia ton, sens, adresata. Zrozumiałem, że moim zadaniem jest nie tyle odpowiadać na każdy atak, ile próbować usłyszeć, co pod nim naprawdę się kryje.
Musiał też nauczyć się nie uciekać. Jego Mazda była narzędziem pracy, ale także drogą ewakuacji. Zdarzało się, że rozmowa robiła się zbyt trudna, a oskarżenia stawały się zbyt twarde. Auto dawało mu możliwość, by wstać, podziękować, powiedzieć, że ma już wszystko, czego potrzebuje, i wyjść.
Miejsce pamięci ofiar zamachu na wyspie Utoya
Foto: Beate Oma Dahle / PAP/NTB
— Robiłem tak wiele razy. Potem zrozumiałem, że zadanie, którego się podjąłem, stoi w miejscu.
Zaczął więc jeździć autobusem albo pociągiem. Kto wie, jak Norwegia wygląda poza dużymi miastami, ten wie — to bardzo duża wieś. Nie da się po prostu wyjść i odjechać. Trzeba zostać.
— Wszyscy musieliśmy wtedy przejść przez kryzys. Nie unikałem go. Nie miałem jak uciec. Czasem pretekstem do przerwy była wspólna gra na PlayStation z młodszym bratem ofiary. Czasem oglądanie rodzinnego albumu. Zrozumiałem, że po drugiej stronie gniewu może pojawić się zaufanie.
Zrezygnował też z notatek. Początkowo zapisywał rozmowy, ale z czasem uznał, że nie da się budować zaufania, kiedy jedna osoba siedzi z długopisem i szkicuje w brulionie cudzą rozpacz. Nie miał dyktafonu. Nie miał notesu. Była tylko rozmowa.
Odbudowa
Norwegia nie miała instrukcji, jak poradzić sobie ze skutkami niewyobrażalnego terroru. Jako kraj znany z idyllicznej przyrody, łososia i wyciągniętego spod dna oceanu paliwowego bogactwa nie miała żadnych własnych doświadczeń. Dlatego wiedzy, co zrobić z Utøyą, trzeba było szukać poza granicami.
Europejskie wzorce nie były zbyt przydatne. Najczęściej związane z II wojną światową, patrzyły niemal wyłącznie wstecz.
— Utøya została zaatakowana nie tylko jako miejsce politycznej nauki. Została zaatakowana jako żywa wspólnota: ludzie, przyjaźnie, rozmowy, codzienność obozu, młodzieżowa polityka. Jeśli po zamachu miała istnieć dalej, nie mogła być tylko miejscem opowiadania o śmierci.
Dlatego paradoksalnym punktem odniesienia stał się Nowy Jork. Nie, Dolny Manhattan nie przypomina małej norweskiej wyspy. Ale pasował, bo po 11 września 2001 r. tam też trzeba było pogodzić pamięć z dalszym życiem miejsca. Pomnik i muzeum nie mogły zatrzymać jednego z największych na świecie miasta. Utøya również miała stać się miejscem pamięci, ale nie martwą przestrzenią.
Początkowo AUF chciała zrównać wszystko, co po zamachu na niej zostało. Frydnes zaprotestował.
— Byłby to poważny błąd. Sprzeciw rodzin i ocalałych zmusił wszystkich do przemyślenia odbudowy wyspy na nowo.
Zachowano stołówkę. W otoczonym dziś dodatkowym architektonicznym kokonem budynku w dniu zamachu wielu młodych ludzi szukało schronienia. Część z nich przeżyła, część zginęła. W ścianach pozostawiono ślady po kulach. Pianino stoi tak, jak wtedy, gdy kilkoro nastolatków próbowało się za nim zmieścić, licząc, że morderca ich nie znajdzie. Znalazł.
Pustka
Dzisiejsza Utøya nie jest ani zwykłym ośrodkiem politycznej młodzieży, ani wyłącznie miejscem pamięci. Jest próbą utrzymania obu porządków naraz. Można tam pamiętać o śmierci i jednocześnie prowadzić życie. Można mówić o ofiarach i jednocześnie przyjmować nowe pokolenia młodych ludzi.
Wielu ostrzegało Joergena przed innym scenariuszem. Bali się, że Utøya stanie się miejscem pielgrzymek skrajnej prawicy, przestrzenią skupioną na sprawcy. Właśnie dlatego, że wyspa żyje i przez cały rok są tam ludzie, młodzież, edukacja, polityka, debata, ekstremizm jej nie przejął.
Jorgen Watne Frydnes jest obecnie przewodniczącym Norweskiego Komitetu Noblowskiego, który odpowiada za przyznawanie Pokojowej Nagrody Nobla
Foto: Tom Little/Reuters / Forum
— Demokracja nie może zostawiać pustki. Jeśli zostawimy wolną przestrzeń, ktoś ją wypełni. Jeśli przestrzeń jest żywa, trudniej ją przejąć.
Sama pamięć nie wystarczy. Frydnes mówi to wyraźnie. Opowiadanie historii 22 lipca jest konieczne, ale niewystarczające. Nie tylko nowe pokolenia muszą wiedzieć, co się stało, ale społeczeństwo musi też mierzyć się z wyzwaniami, których zamach sprzed 15 lat okazał się tylko zapowiedzią.
— Musimy poradzić sobie z radykalizacją, rasizmem, samotnością i zagubieniem młodych mężczyzn, przemocą, ale też finansowaniem policji i służb, tak by skutecznie mogły zapewnić nam bezpieczeństwo — wyjaśnia Frydenes.
Przyznaje, że Norwegia nie jest krajem, który raz na zawsze znalazł odpowiedź na terror. Jest raczej krajem, który po najgorszym ataku od czasów wojny musiał nauczyć się, że róże i piękne słowa nie załatwiają wszystkiego. W najnowszym badaniu Uniwersytetu w Oslo wskazano, że 150 tys. Norwegów reprezentuje postawy skrajnie prawicowe. Skazany pod koniec czerwca zabójca pochodzącej z Etiopii pracowniczki socjalnej przyznał, że inspirował go zamachowiec z Oslo i Utøyi. Do zamachów z 22 lipca odwoływał się także sprawca nieudanego zamachu na meczet w norweskim Baerum w 2019 r.
Polityczna debata w Norwegii również wyraźnie skręciła w prawo. Partia Postępu, z której Breivik został wyrzucony w 2006 r. za nieopłacanie składek, po zeszłorocznych wyborach stała się drugą siłą w parlamencie. Sondaż z początku lipca daje jej poparcie przekraczające 30 proc.
Dziś Frydnes kieruje Norweskim Komitetem Noblowskim. Stoi na czele grona, które co roku przyznaje Pokojową Nagrodę Nobla. Zgłoszonych do wyróżnienia kandydatów za każdym razem jest kilkuset.
— Dzięki Utøyi zrozumiałem, że niezgoda nie jest przeszkodą, ale niezbędnym warunkiem dobrej decyzji. Że warto mieć gotowość przyznać się, że się myliło. Że bez głosów sprzeciwu łatwo o błędy nie do cofnięcia.





