Przez lata słyszeli: nie mów, gdzie jesteś zameldowany. Obiecywano im, że do śmierci będą mogli mieszkać w siedzibie królów. Tymczasem wawelscy specjaliści ustalili, że zajmowany przez lokatorów budynek jest idealnym miejscem do ewakuacji bezcennych dzieł sztuki na wypadek wojny.
Poniedziałek 7 kwietnia 2026 r. Mieszko Janas, student prawa i oficer rezerwy, otwiera list polecony zaadresowany: Kraków, Wawel 9. – Lada moment będziemy bezdomni. Właśnie dostaliśmy od komornika termin na opuszczenie mieszkania – mówi. – Wymazują nas z historii tego miejsca, chociaż moja rodzina – jak wiele innych – przez dekady o Wawel dbała i go chroniła. Dla nas to nie muzeum, ale dom.
Wchodzimy do domu Mieszka, czyli położonego niedaleko bramy na wzgórze wawelskie, trzypiętrowego, porośniętego bluszczem budynku z czerwonej cegły. Ściany wysokie na ponad pięć metrów, kręte schodki, echo kroków niesie się po piętrach. Wybudowany w dziewiętnastym wieku jako szpital dla zaborców z armii austriackiej, w czasie drugiej wojny pełnił funkcję garnizonu przy siedzibie hitlerowskiego namiestnika Hansa Franka, a w PRL należał do Urzędu Rady Ministrów. – Jeszcze trzy, cztery dekady temu żyło tu ponad sto osób zatrudnionych przez kilka funkcjonujących na wzgórzu instytucji – opowiada Mieszko. – To było ich jedyne mieszkanie, podpisywali z pracodawcą umowy najmu na kilkadziesiąt lat albo na czas nieokreślony. Ważniejsza od umowy była jednak obietnica złożona przez dyrektora Zamku Królewskiego na Wawelu Państwowych Zbiorów Sztuki, prof. dr. hab. Jana Ostrowskiego. Powtarzał: – Z Wawelu się nie wyrzuca. Emerytowani pracownicy będą mogli dożyć tu swoich dni.
Miłosz i Stefa z Krakowskiego Ruchu Lokatorskiego
Foto: Fot. Bogdan Krężel
Zaglądam w kręte korytarze. Pusto. Mijamy szatnie dla strażników i strażniczek zamku. Pod szeregiem drzwi brak wycieraczek. Gdzieniegdzie kartony ze zdjętymi ze ścian znakami ewakuacyjnymi i wymienianymi na nowe lampy jarzeniówkami. – Pod koniec rządów prof. Ostrowskiego w naszym domu zostało 20 rodzin pracowników wzgórza, głównie emerytów i rencistów – mówi Mieszko. – I pewnie żyliby tu dalej, gdyby nie przyszedł nowy dyrektor, który postanowił zrobić z Wawelu korporację. A dla korporacji nie ma ludzi, są aktywa.
Po prostu Andrzej
O życiu na królewskim wzgórzu rozmawiamy w mieszkaniu Artura Mildnera, wnuka prof. Alfreda Majewskiego, pierwszego po wojnie dyrektora Wawelu. Niewiele ponad pięćdziesiąt metrów kwadratowych, duży pokój, sypialnia, kuchnia. Widok z okna na rozświetloną wieczorem Wisłę. – Początkowo mieszkałem z dziadkiem na 170 mkw. Po jego śmierci przeniesiono mnie tutaj. To miał być mój lokal docelowy. Na taki podpisałem umowę na wynajem z ostatnim dyrektorem zamku – mówi Mildner. Możliwość mieszkania na Wawelu miała być formą podziękowania za ponad trzydzieści lat pracy jego dziadka. Który – jak przekonuje Mildner – harując dla zamku, nie dorobił się ani domu, ani majątku.
Na tym samym piętrze na podobnym metrażu mieszkają rodzice Mieszka Janasa, Krzysztof, Dorota i jego brat Gniewko. Dorota pracowała jako konserwatorka zabytków, opiekunka ekspozycji, kasjerka. Krzysztof awansował z konserwatora na kierownika działu zaopatrzenia i transportu Zamku Królewskiego.
– Kiedy dyrektor zamku odchodził na emeryturę, o zastępującym go Andrzeju Betleju wiedzieliśmy niewiele – przyznaje Krzysztof Janas. – Wcześniej był dyrektorem Muzeum Narodowego w Krakowie, w ostatnich wyborach prezydenckich należał też do komitetu poparcia dla Andrzeja Dudy. Tytułował się nominatem ministra Piotra Glińskiego, który w 2019 r. mianował go na nowego szefa Wawelu – dodaje Mieszko.
Pani Dorota wspomina pierwsze spotkanie Betleja z pracownikami. Poprzedni dyrektorzy, z tytułami naukowymi i przedwojenną kindersztubą, budzili szacunek i respekt. Nie do pomyślenia, żeby ktoś zwrócił się do nich po imieniu. – Nowy dyrektor przedstawił się wprawdzie z imienia i nazwiska. Później dodał: „Jestem Andrzej. Po prostu Andrzej”. Kilka dni później zwolnił kilka osób – wspomina Dorota Janas. – A potem mieszkańcy naszego budynku dostali od niego zaproszenie na spotkanie w sali konferencyjnej.
Dziady kultury
Anna, córka Haliny, która 66 lat temu urodziła się na Wawelu, reprezentowała mamę na spotkaniu z nowym szefem zamku. Pani Halina ma problemy z chodzeniem. Przydział na mieszkanie dostali jej rodzice, pracujący tu od lat pięćdziesiątych architekt i historyczka sztuki. W latach siedemdziesiątych ojciec Haliny uczestniczył w otwieraniu sarkofagu Kazimierza Jagiellończyka. Podobnie jak kilkunastu innych, obecnych podczas ekshumacji, niedługo później zmarł nagle. Przez lata mówiono o klątwie Jagiellończyka, ale powodem śmierci okazały się chorobotwórcze grzyby.
Halina była kasjerką, pomocą konserwatora i sprzątaczką. Szybko przeszła na rentę. Po śmierci rodziców to ona podpisała na czas nieokreślony umowę na wynajem mieszkania na Wawelu. Anna po zebraniu z nowym dyrektorem nie miała pojęcia, jak opowiedzieć matce o nowych zasadach życia na wzgórzu. Mieszkańcy, głównie emerytowani pracownicy Zamku Królewskiego, usłyszeli, że nowa dyrekcja zamierza budynek numer 9 przeznaczyć m.in. na magazyny. Aby to się jednak stało, dotychczasowi mieszkańcy muszą się wyprowadzić. Dobrowolnie – Zamek, w porozumieniu z Zarządem Budynków Komunalnych w Krakowie, pomoże im w uzyskaniu lokali. Jeśli odmówią, skieruje do sądu sprawę o rozwiązanie umowy najmu i opuszczenie mieszkania. Z widmem eksmisji w tle.
– Umrę tam – powiedziała Halina, kiedy Anna opowiedziała jej o konieczności wyprowadzki. – Ludzie płakali. Po powrocie do domów brali leki na uspokojenie. Nie mogliśmy uwierzyć, że to się dzieje naprawdę – wspominają Krzysztof i Dorota Janasowie. – Muzealnicy, z powodu niskich pensji, a potem emerytur są nazywani dziadami kultury. Czynsze na Wawelu były stosunkowo niskie. Na wolnym rynku wielu z nich nie ma szansy przetrwać – dodaje Mieszko.
Lepiej się nie obnoś
Dla urodzonych na Wawelu to koniec życia, jakie znali. Jacek, syn emerytowanej, 80-letniej wawelskiej telefonistki Ewy, i Anna, córka 66-letniej rencistki Haliny, jak większość dzieciaków ze wzgórza byli chrzczeni w Bazylice Archikatedralnej św. Stanisława i św. Wacława – miejscu koronacji i pochówku królów Polski. Mieszkańcy nie wyobrażali sobie święcenia jajek czy pasterki w innym kościele. Dzwony na Wawelu biły nie tylko przy ważnych okazjach państwowych, ale też podczas pogrzebów mieszkających na wzgórzu członków Bractwa Dzwonników Zygmunta.
Ewa i Jacek chodzili do przedszkola poza Wawelem, ale w latach pięćdziesiątych pracownicy mieli tu nie tylko swoje przedszkole, lecz też lekarza. Anna, córka rencistki Haliny, wspomina, że jako dziecko zapuszczała się w głąb niedostępnych dla zwiedzających, ogrodów różanych. Tak jak Mieszko i Gniewko bawiła się z żyjącymi na Wawelu kotami, obserwowała jeżyki wijące gniazda na Baszcie Sandomierskiej. Wspomina też obiady w pracowniczej stołówce, działającej w piętnastowiecznym, dawnym seminarium duchownym. I spotkania z mieszkającym na wzgórzu kardynałem Franciszkiem Macharskim. Po latach dowiedziała się, że kardynał wstawił się do dyrektora Wawelu za jej mamą, która w pewnym momencie zaczęła mieć problemy z pracą.
Jacek, syn emerytowanej telefonistki Ewy, wspomina, że zazdrościł kolegom, którzy mogli grać przed domem w piłkę i mieć psa. Na Wawelu to było zabronione, podobnie jak jazda na rowerze czy hulajnodze. Każda wizyta kolegi spoza Wawelu musiała być zapisywana przez strażników, a gość odprowadzany do bramy przed jej zamknięciem. Zimą Wawel zamykał się dla ludzi z zewnątrz o 17, latem po zmierzchu. – Lepiej nie obnoś się z tym, gdzie mieszkasz – Anna słyszała od mamy, Haliny. Pracownicy wzgórza – o czym wspomina Krzysztof Janas – mieli zakaz rozmów z prasą. Bywało, że podczas wizyt oficjeli na Wawelu nie mogli nie tylko opuszczać domów, ale nawet podchodzić do okien. Apogeum nakazów i zakazów to rok 2010, czyli pogrzeb na Wawelu Lecha i Marii Kaczyńskich. – Na wzgórzu roiło się od służb, byliśmy sprawdzani nawet w domach – wspomina Artur Mildner. – Wszystko to jednak nic w porównaniu z tym, jak zaczęło wyglądać nasze życie pod rządami nowego dyrektora.
Podwyżki i ponaglenia
Najpierw odebrano im przepustki wjazdowe. Parkować auta musieli na zboczu, przed zamykaną na noc bramą. Potem na drugi koniec wzgórza przestawiono ich kosze na śmieci. – Błyskawicznie wzrósł czynsz – mówi Artur Mildner. – Za rządów ostatniego dyrektora płaciłem 1400 zł za miesiąc, w 2025 r. czynsz skoczył do 3200 zł. Podrożały też woda i ścieki. W fakturach brak jednak informacji, jakie jest ich faktyczne zużycie.
Ale, jak mówi Anna, córka rencistki Haliny, najtrudniejsze były płynące z zamku zapytania, kiedy i gdzie mama się wreszcie wyprowadzi. Halina bała się odbierać telefony i przerażał ją każdy szmer na klatce schodowej. Osiemdziesięcioletnia była telefonistka Ewa ze strachu przed eksmisją przestała wychodzić z domu. Po jednej z rozmów z ludźmi z zamkiem zasłabł 86-letni Ryszard, mieszkający pod dziewiątką samotnie, były współwłaściciel działającego na Wawelu sklepiku z pamiątkami. Opiekunka znalazła go dwa dni później, leżącego na korytarzu przed drzwiami. Cudem udało się go uratować.
Szukaniem nowych mieszkań dla zdezorientowanych rodziców zajęły się ich, urodzone na Wawelu, dzieci. Anna sama wychodziła Halinie wyremontowany lokal socjalny od miasta. Zamek – zgodnie z obietnicą – sfinansował przeprowadzkę. Dobytku było niewiele: kilka książek, naczynia, stara maszyna do szycia Singer. Przy zdaniu lokalu byli dwaj elektrycy i hydraulik. Odłączyli prąd, zakręcili zawór wody. Podobnie przebiegały kolejne wyprowadzki. Kilku osobom – warunkiem były niskie dochody – udało się dostać miejski lokal z programu „mieszkanie za remont”.
Była telefonistka Ewa nie miała takiego szczęścia. Dyrekcja Zamku Królewskiego, w porozumieniu z gminą, zaproponowała jej lokal w zniszczonej kamienicy na Grzegórzkach. Zdewastowana podłoga uginała się pod nogami, na suficie kwitł grzyb, okna wypadały z ram, chwiejny, drewniany balkon groził zawaleniem. Brakowało pionów, instalacji, źródła ogrzewania innego niż stary piec kaflowy. Ewa, wspierana przez syna Jacka, odmówiła przyjęcia lokalu, nawet kiedy zamek sfinansował remont: aby nadawał się do życia, potrzeba gruntownego remontu całej, rozsypującej się kamienicy. To samo mieszkanie zaproponowano Arturowi Mildnerowi i rodzinie Janasów. Oni też odmówili. Na przeprowadzkę do mniejszego niż obecny lokalu socjalnego nie zdecydował się również 86-letni Ryszard. Wszyscy odebrali pozwy o rozwiązanie umowy najmu i opróżnienie lokali.
Wawel nie dla nas
– Z chęcią wyprowadzilibyśmy się do mieszkania, które ma podobny do naszego standard. To już nie jest nasz Wawel – mówią Krzysztof i Dorota Janasowie. Mogliby jeszcze pracować na wzgórzu, ale w 2020 r., tuż po zmianie dyrekcji, przeszli na emeryturę. Obserwują, jak w mediach pojawiają się informacje o sukcesach nowego dyrektora: tylko w ubiegłym roku m.in. przez Wawel przewinęło się prawie 3,5 mln zwiedzających. Największym uznaniem cieszy się jednak festiwal pod hasłem Wawel jest Wasz. Mieszkańcy dziewiątki widzą przez okna, jak w ramach otwarcia na przeciętnego Kowalskiego zabytki stają się tłem dla stawianych pod zamkiem ścianek wspinaczkowych, przenośnego planetarium, dyskotek tzw. silent disco i pokazów mody.
Od ubiegłego roku przez Wawel przebiegają uczestnicy półmaratonu, strażnicy coraz częściej przymykają oko na zwiedzających z psami, a w pokojach gościnnych na pierwszym piętrze budynku numer 9 nocują ludzie spoza wzgórza. – Dyrektor Ostrowski nie dopuściłby, żeby – zauważyłem to niedawno – biało-czerwona flaga przez kilka dni leżała brudna i potargana obok masztu na Baszcie Złodziejskiej – mówi Mieszko Janas. Profesor nie wyraziłby też zgody – jak sądzi Jacek, syn byłej telefonistki Ewy – na zasłonięcie podczas remontu Baszty Sandomierskiej znajdujących się tam gniazd jeżyków i nietoperzy.
– Pomału przestaje nas to dotyczyć. Po odmowie przyjęcia lokalu, zgodnie z wyrokiem sądowym i pismem od komornika, lada moment może nas już tu nie być – powtarza Mieszko.
Artur Mildner ma więcej czasu – odwołał się od wyroku o rozwiązaniu umowy z Wawelem i opuszczeniu budynku numer 9. Od konieczności wyprowadzki odwołała się również – wspierana przez syna Jacka – emerytowana telefonistka Ewa. Poruszający się z trudem 86-letni pan Ryszard tuż po opuszczeniu szpitala dostał pismo z propozycją obejrzenia kolejnego lokalu. – Państwo, dla którego całe życie pracowali nasi rodzice – czyli Wawel – wyrzucając nas z domu i nie zapewniając godnych warunków, zawiodło na całej linii – mówi Mieszko. – Bez skutku prosiliśmy o interwencję zwierzchnika dyrektora zamku, ministrę kultury.
Dziesiątki rozmów
Urszula Wolak-Dudek, rzeczniczka Zamku Królewskiego na Wawelu, zapewnia, że Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego jest na bieżąco informowane o działaniach wobec mieszkańców budynku numer 9. Przekonuje, że wynajmowane przez nich lokale w większości miały charakter służbowy. Umowy najmu wygasały po zakończeniu stosunku pracy. Wyprowadzka lokatorów z dziewiątki jest konieczna, aby zamek realizował zapisaną w statucie misję publicznej instytucji muzealnej. Wawelscy specjaliści ustalili, że zajmowany przez nich budynek jest idealnym miejscem do konserwacji i magazynowania – w celu zabezpieczenia i ewakuacji na wypadek wojny – bezcennych dzieł sztuki. Ale nic kosztem ludzi, bo – jak mówi rzeczniczka zamku – najważniejsze stało się zapewnienie wsparcia lokatorom, którzy stanęli przed koniecznością zmiany mieszkań.
Oglądam przysłane przez nią zdjęcia lokali do remontu, które w ramach porozumienia z Zarządem Budynków Komunalnych w Krakowie zaproponowano lokatorom. Przed sfinansowanym przez zamek remontem – grzyb, wilgoć, ruina. Po remoncie – wycyklinowane podłogi, wymienione drzwi, nowe piecyki gazowe i instalacja elektryczna. Lokatorzy, jak przekonuje Urszula Wolak-Dudek, podczas kilkudziesięciu rozmów z zamkiem mogli zdecydować nie tylko o nowym adresie, ale też o wyborze paneli, płytek, wanny albo prysznica. Z niektórymi mieszkańcami, na czas znalezienia przez nich nowego domu, zamek podpisał umowę na rok, przedłużając ich pobyt pod dziewiątką. Wszyscy, podpisując porozumienie, zostali zapewnieni o dożywotnim użytkowaniu mieszkań od gminy. – Usłyszeliśmy wiele ciepłych słów i podziękowań za nasze zaangażowanie – mówi Urszula Wolak-Dudek.
Pierwsze porozumienia między gminą, zamkiem i pięcioma lokatorami podpisano w 2023 r. Ostatnich dwóch lokatorów wyprowadziło się spod dziewiątki do lokalu socjalnego w lutym. – Państwo Janas i pan Mildner, tak jak wszyscy z budynku numer 9, mogli przyjąć propozycję mieszkań do remontu, którego koszt chciał pokryć zamek na Wawelu. Każdą z tych propozycji odrzucili, dlatego sprawy trafiły do sądu – wyjaśnia rzeczniczka.
Nieoficjalnie słyszę, że 80-letnia Ewa i 86-letni Ryszard odrzucają propozycje lokali od miasta, ponieważ są nastawiani przez syna Ewy, Jacka. Gdyby nie on, już dawno wyprowadziliby się z Wawelu.
Cena wdzięczności
– Jedyną organizacją, która zainteresowała się naszym losem i obiecała wsparcie, jest Krakowski Ruch Lokatorski. Odezwałem się do nich na Facebooku, błyskawicznie zorganizowali spotkanie – mówi Mieszko Janas.
Ze Stefanią Fedorowicz, absolwentką polonistyki i aktywistką Krakowskiego Ruchu Lokatorskiego, umawiam się niedaleko zaproponowanego emerytce Ewie, rodzinie Janasów i Arturowi Mildnerowi mieszkania w starej kamienicy. Stefania przyznaje, że jako ruch oddolny mogą niewiele. Wyrzucani z Wawelu doskonale znają ustawę o ochronie lokatorów i wiedzą, że z ostatnim dniem marca skończył się ich okres ochronny. Jedyne, co mogą im zaproponować, to zorganizowanie pikiety. A po niej festyn, świętowanie lokalności, która razem z wyprowadzającymi się mieszkańcami właśnie znika z Wawelu.
– To kolejny etap odbierania miasta zwykłym mieszkańcom i rozbijania lokalnych społeczności – mówi Stefania. – Podobnie wygląda sytuacja na krakowskim Kazimierzu, zagrożonym wykupieniem starych kamienic przez planującego budowę hotelu dewelopera. Dziś każdy skrawek miasta musi przynosić zysk, płynący głównie z turystyki. Ale dyrektor Zamku Królewskiego na Wawelu to przecież urzędnik państwowy ze stałą pensją. Nie dostanie premii za pozbycie się ludzi, którzy budowali jego miejsce pracy. Zostawiając ich w domach, zyskałby coś więcej: trudne do wycenienia szacunek i wdzięczność.

