W zamyśle strategów z Waszyngtonu to mogła być szybka wojna obliczona na wyeliminowanie elity władzy Iranu i otworzenie drogi do kolejnej rewolucji. Jednak irańska machina państwowa wytrzymała – i przeprowadziła kontruderzenia, które rozlały konflikt na inne kraje Zatoki Perskiej. Cenę płaci teraz cały świat.

Poniedziałek 9 marca 2026 roku. Światowe rynki z niepokojem na otwarcie giełd i start notowań cen ropy. Emocji jest mnóstwo, bo weekend przyniósł zaognienie konfliktu w Zatoce Perskiej: zaatakowano rafinerię i bazę paliwową w Teheranie, Cieśnina Ormuz pozostawała prawie nieżeglowna, a główny ośrodek decyzyjny konfliktu – Biały Dom – nie zakreślił żadnej perspektywy zakończenia operacji względem Iranu. Na domiar złego w krajach regionu zaczęła kończyć się przestrzeń magazynowa do składowania ropy. Irak i Arabia Saudyjska musiały więc ograniczyć wydobycie.

Nikt nie był więc zaskoczony, gdy ceny surowca naftowego (zarówno Brent, jak i WTI) rozpoczęły rajd w kierunku 120 dol. za baryłkę. Wróciły widma roku 2022, kiedy to ropa była wyceniana na prawie 140 dolarów. Gonitwa notowań nie trwała jednak długo – już koło południa pojawiły się bowiem informacje o możliwym uwolnieniu rezerw strategicznych ropy zgromadzonych przez kraje Grupy G7. Ostudziło to rynki; ceny surowca spadły do pułapu poniżej 100 dolarów za baryłkę, ale trudno mówić o stabilizacji. Na giełdach wciąż panuje bowiem strach – a ten płynie szerokim, lepkim strumieniem z głębokich źródeł niepewności.

Ta nieprzebrana niepewność to nic innego jak efekt braku komunikacji strategicznej ze strony USA i Izraela. Atak tych państw na Iran – choć spodziewany, m.in. z racji ogromnego przerzutu sił na Bliski Wschód – nie ma wyznaczonej tzw. endgame, fazy końcowej, czyli momentu, w którym walczące strony ustalają warunki zakończenia działań. Nikt nie wie, gdzie jest horyzont zakończenia tej trzeciej już wojny w Zatoce Perskiej. Tymczasem kluczowy gracz tej rozgrywki – Amerykanie – podaje sprzeczne komunikaty. Dla przykładu: prezydent USA Donald Trump podczas poniedziałkowej konferencji prasowej oświadczył, że operacja przeciwko Iranowi jest „praktycznie zakończona”. Równolegle, ze strony Departamentu Wojny, poszły w eter komunikaty sugerujące, że… to dopiero początek. Z kolei jeszcze na początku marca temu gospodarz Białego Domu tłumaczył, że konflikt potrwać może kilka tygodni. Chaos komunikacyjny bezpośrednio przekłada się na giełdę – a ta i bez niego znajduje się pod ogromną presją. Niemniej, to właśnie światowe parkiety pokazały, że Stanom i Izraelowi po kilku dniach wojny wyczerpały się zapasy strategii.

Baczniejsi obserwatorzy giełd zauważyli, że poważne turbulencje na rynku surowców pojawiły się dopiero po kilku dniach od rozpoczęcia ataku na Iran. Początkowa reakcja notowań ropy czy gazu na amerykańsko-izraelski atak na Iran była dość zachowawcza – notowania wzrosły, ale nie do alarmującego poziomu. Dla przykładu: jeszcze 2 marca za baryłkę ropy Brent płaciło się mniej niż 80 dol. (przed wojną kosztowała ok. 60 dol.). Wszystko zmieniło się, gdy Iran przeszedł do specyficznego kontrataku.

Państwo ajatollahów straciło w pierwszych godzinach wojny dużą część elity politycznej – zginął m.in. najwyższy przywódca Ali Chamenei. Jednak Iran obronił aparat władzy i utrzymał zdolności do walki. A teraz prowadzi ją nie tylko przeciw agresorom, ale także względem innych krajów Zatoki Perskiej – i to za pomocą gospodarczej broni masowego rażenia, czyli łańcuchów dostaw surowców energetycznych.

Sam Iran od ośmiu lat znajdował się za sankcyjnym kordonem sanitarnym światowego rynku naftowego. Zdecydował o tym Donald Trump, którego sankcje pchnęły irańską ropę w objęcia jedynego odbiorcy, który mógł sobie pozwolić na ignorowanie restrykcji USA – czyli Chin. To właśnie tam szedł praktycznie cały eksport naftowy Iranu. Amerykanie wiedzieli więc, że nawet całkowity paraliż wydobycia ropy w kraju ajatollahów wywołać może jedynie ograniczone konsekwencje dla globalnego handlu tym surowcem.

Waszyngton nie przewidział jednak, że zaatakowany Teheran będzie bronił się, uderzając w dostawy cudzych surowców. I tak, kilka dni po ataku na Iran, ze strony Korpusu Strażników Rewolucji padły groźby zablokowania Cieśniny Ormuz, a więc drogi morskiej, którą przepływa jedna piąta światowego handlu ropą naftową i LNG. Początkowo zapowiedzi te nie były brane poważnie – Amerykanie zniszczyli bowiem praktycznie całą irańską marynarkę, w tym okręty operujące z dala od Zatoki Perskiej. Jednakże wystarczyło kilka ataków na statki płynące przez Cieśninę, by armatorzy sami wstrzymali swoje masowce, tankowce czy metanowce. Ryzyko było bowiem zbyt duże – nikt nie chciał być akurat tą jednostką, w którą trafi irański dron lub pocisk. I w ten sposób ruch przez Ormuz stopniał w ciągu tygodnia o 92 proc. Historia Cieśniny nie zna drugiego takie przypadku.

Taka fantomowa blokada Ormuz to blokada prawdziwej autostrady handlowej biegnącej do Azji – przede wszystkim do Chin oraz Indii. To właśnie tam trafiało ok. 80 proc. surowców energetycznych słanych przez Cieśninę. Nic więc dziwnego, że kiedy ruch statków ustał, Pekin oddelegował specjalnego wysłannika do pracy dyplomatycznej w Zatoce, naciskając jednocześnie na Teheran, by udrożnił kluczowy szlak morski dla eksportów, zwłaszcza tych związanych z energią. Jednakże postępów w tym zakresie nie widać – a tymczasem zablokowana Cieśnina zmusza lokalne gospodarki do magazynowania np. wyprodukowanej ropy. Tymczasem lokalne magazyny nie są bez dna – miejsce w nich właśnie się kończy, co pchnęło już Irak i Arabię Saudyjską do ograniczenia wydobycia surowca.

To jednak nie wszystko. Irański odwet objął także inne kraje Zatoki, w tym ich infrastrukturę energetyczną. Zaatakowany został m.in. katarski hub Ras Laffan, największy ośrodek produkcji LNG na świecie. Obiekt wstrzymał całkowicie pracę — po raz pierwszy w swojej 30-letniej historii. Nie wiadomo, kiedy Ras Laffan wznowi funkcjonowanie. Wiadomo natomiast, że nawet gdyby wojna skończyła się dziś, to hub potrzebuje ok. miesiąca, by wrócić do swojej pełnej przepustowości produkcyjnej. Tymczasem, z racji przestoju, Katar zgłosił już klauzulę siły wyższej na część swoich eksportów LNG — w tym m.in. na dwie dostawy, które miały trafić do Polski w kwietniu i maju. Iran uderzył także w saudyjską rafinerię Ras Tanura oraz w amerykańską rafinerię w irackiej Basrze. Dodatkowo, we wtorek 10 marca międzynarodowe media podały, że Irańczycy zaczęli kłaść miny morskie w Cieśninie Ormuz. Z kolei 11 marca poinformowano, że w rejonie cieśniny zaatakowane zostały trzy statki.

x.com

Trzecia wojna w Zatoce Perskiej trwa niecałe dwa tygodnie, jednak patrząc na jej historię, trudno oprzeć się wrażeniu, że konflikt ten miał przebiegać zupełnie inaczej. Nie sposób bowiem przyjąć założenie, że intencją Amerykanów było rozpoczęcie drugiego kryzysu energetycznego w tej dekadzie – nawet jeśli amerykańscy nafciarze mogą zarobić na tym dodatkowe pieniądze.

Optyka Waszyngtonu orientuje się jednak teraz na zupełnie inne kwestie – m.in. na ceny paliw na stacjach od Kalifornii po Nowy Jork. Te zaś są najwyższe w historii prezydentury Donalda Trumpa. I choć gospodarz Białego Domu powiedział już, że wyższe koszty energii to niewielka cena za światowy pokój, który zagwarantowała amerykańska operacja, to pozostaje pytanie, czy reszta Partii Republikańskiej — patrzącej z niepokojem na zbliżające się wybory połówkowe — podziela jego ocenę sytuacji.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version