Powiem przewrotnie: nie jest istotne, czy Mentzen wyprzedzi Nawrockiego. Wystarczy miesiąc, dwa kampanii pełnej niepewności, czy tak się nie stanie, by rozchwiać partię i wzmocnić tendencje odśrodkowe w PiS – mówi prof. Rafał Chwedoruk, politolog z UW.

Rafał Chwedoruk: Jak do tej pory jest zupełnie banalna. Jeśli nic się nie zmieni, jedyne interesujące pytanie będzie brzmieć: dlaczego PiS wystawiło takiego kandydata jak Karol Nawrocki? Nie widać dziś żadnej przesłanki, żadnego powodu, dla którego jedna z dwóch głównych partii, mająca tak duże doświadczenie zwycięskich kampanii, postawiła właśnie na tę osobę.

– Nawrocki to nie Duda bis. Nie jest młodym politykiem, zdolnym rozbijać społeczne stereotypy na temat anachroniczności prawicy, które tylko nasiliły się w trakcie drugiej kadencji PiS. Nie jest też doświadczonym politykiem, popularnym w partyjnych szeregach, kimś, kto nie musiałby mobilizować żelaznego elektoratu.

PiS wystawiło kandydata, który na starcie był mniej rozpoznawalny niż kandydat Konfederacji – czego trudno nie uznać za dziwaczne. Nie wiadomo, w jaki sposób zdaniem PiS ten zupełnie nieznany Nawrocki miał dotrzeć do młodych wyborców Konfederacji, którzy nie są specjalnie zainteresowani polityką. Być może przeceniono znaczenie polityki historycznej – bo to jedyne, z czym prezes IPN się kojarzy i co mogłoby pozwolić mu nawiązać kontakt zwłaszcza z narodowo-konserwatywną częścią Konfederacji.

Nawrocki jest przy tym osobą o dość skrajnych poglądach, ze sporym bagażem doświadczeń, który w drugiej turze może się okazać dla niego problemem, uniemożliwiającym wykorzystanie korzystnej koniunktury, spowodowanej np. przez złą ocenę rządu czy pogarszającą się sytuację gospodarczą. Trudno zrozumieć, dlaczego PiS zdecydowało się przynieść na tacy taki prezent jednocześnie Platformie i Konfederacji.

– To mógł być jeden z powodów. Tylko tak doświadczona partia, regularnie prowadząca badania opinii publicznej, powinna być świadoma ryzyka związanego z Nawrockim. Bardzo słaby wynik kandydata rozchwieje PiS podobnie jak klęska w wyborach parlamentarnych z 15 października 2023 r., a drugiej destabilizacji w tak krótkim czasie partia Kaczyńskiego nie przetrwa bez wewnętrznych, radykalnych zmian.

– Patrząc na poparcie Mentzena, musimy pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, ono ciągle opiera się na młodym elektoracie, który w Polsce jest zmienny w postawach i trudny do mobilizacji. Po drugie, Konfederacja stała się uniwersalną partią absorpcji protestu społecznego, czegokolwiek by on dotyczył. Być może najlepiej pokazuje to Bełchatów – miasto obawiające się o swoją przyszłość w związku z wygaszeniem wydobycia węgla brunatnego, które jako jedyne w zeszłym roku wybrało na prezydenta kandydata bliskiego Konfederacji.

Wszystko to sprawia, że elektorat Konfederacji jest trudny do utrzymania – czego partia doświadczyła już raz w 2023 r., gdy jej wynik w wyborach parlamentarnych okazał się wyraźnie niższy niż szczyty sondażowe z lata tamtego roku. Miało wtedy miejsce apogeum ukraińsko-polskich napięć w związku z importem ukraińskiego zboża, to sprzyjało Konfederacji. Jesienią ten temat miał już znacznie mniejszą nośność i elektorat odpłynął gdzie indziej.

Jednocześnie już w wyborach europejskich w zeszłym roku Konfederacja dotarła do obrzeży elektoratu PiS. To są wyborcy, którzy regularnie wskazują Konfederację jako partię drugiego wyboru. Relacje polsko-ukraińskie są dziś jeszcze bardziej złożone niż latem 2023 r., co sprzyja rywalizacji Konfederacji z PiS. Wystąpienie Kaczyńskiego na quasi-konwencji Nawrockiego, zakończone dramatycznym apelem do partii o wspieranie kampanii prezesa IPN – co w zasadzie przekreśliło koncepcję „kandydata obywatelskiego” – sugeruje, że w PiS ujawnił się problem z angażowaniem się kadr i lokalnych partyjnych liderów w kampanię.

– Tak, wszelkie zawirowania gospodarcze, lęki dotykające zwłaszcza młodych ludzi, niepewność co do sytuacji międzynarodowej, szczególnie wojny za naszą granicą – to wszystko sprzyja Mentzenowi. Paradoksalnie najbardziej mogłoby mu zaszkodzić, gdyby do maja Trump faktycznie wynegocjował zawieszenie broni między Rosją a Ukrainą i gdyby sytuacja w naszym regionie się uspokoiła.

– Powiem przewrotnie: nie jest istotne, czy Mentzen wyprzedzi Nawrockiego. Wystarczy miesiąc, dwa kampanii pełnej niepewności, czy tak się nie stanie, by rozchwiać partię i wzmocnić tendencje odśrodkowe w PiS. Tym bardziej że sytuację na prawicy bardzo dynamizuje nowa międzynarodowa koniunktura tworzona przez zwycięstwo Trumpa.

W PiS funkcjonują od jakiegoś czasu dwie koncepcje przyszłości prawicy. Pierwsza, kierownictwa tej partii, zakłada trwanie PiS w obecnej formie. Jarosław Kaczyński zdaje się liczyć, że po pewnym wizerunkowym i personalnym liftingu dzięki Trumpowi i kryzysowym zjawiskom w gospodarce PiS może wrócić do władzy, być może z Konfederacją jako młodszym partnerem. Druga koncepcja sprowadza się do tego, co ośrodek prezydencki nazwał kiedyś „koalicją polskich spraw” – zakłada jakiś rodzaj trwałego porozumienia między PiS albo jego częścią, Konfederacją i PSL i budowę nowego prawicowego bloku, zdolnego zdobyć i długotrwale sprawować władzę. Wybory prezydenckie mogą wzmocnić tę drugą koncepcję.

– Bo sprzyjającej koniunkturze trzeba chcieć pomóc. To, że Trump może wygrać, było oczywiste już kilkanaście miesięcy przed wyborami w Stanach. PiS mogło już dawno dokonać korekty wizerunku i postawić w polskich wyborach na kogoś, kto byłby symetryczny wobec Trumpa – nie zrobiło tego. Mógłby to być Przemysław Czarnek albo jakiś polityk najmłodszego pokolenia. Na pewno nie jest to Karol Nawrocki, którego kandydatura nie kojarzy się ani ze zmianą, jaka dokonuje się za oceanem, ani z żadnym ze społecznie nośnych tematów, dzięki którym PiS wygrywało wybory w okresie 2015-2020.

PiS korzysta z efektu Trumpa w tym sensie, że sukces amerykańskiego polityka podtrzymuje na duchu partyjne szeregi – co w sytuacji, gdy partia straciła władzę i wpływy, jest ważne. Problem w tym, że na „efekcie Trumpa” ostatecznie bardziej mogą skorzystać Mentzen i Konfederacja niż PiS.

– Trzymając się morskich metafor, powiedziałbym, że Hołownia to prom, którym można jeszcze wygodnie dopłynąć z Gdyni do Szwecji, ale nie nadaje się już na transatlantycką wyprawę. Model postpolityki, czasami też poppolityki, który towarzyszył Petru, Kukizowi i pierwszemu startowi Hołowni, starcza na jedną kampanię, na resztkach popularności czasem na drugą, ale już nie na trzecią. A obecna kampania jest trzecią dla Hołowni po 2020 i 2023 r.

Dziś nie sposób powiedzieć, czym Polska 2050 różni się od Platformy, jeśli chodzi o styl uprawiania polityki i jej treść. Nie da się, jak próbował Hołownia, funkcjonować w polityce dzięki elektoratowi na swój sposób pożyczonemu od KO – za cichą zgodą tej ostatniej – a jednocześnie próbować walczyć o elektorat prawicy. Gdy Hołownia osiągnął szczyt poparcia, mógł negocjować np. wejście do KO na swoich, podmiotowych warunkach, przegapił ten moment i teraz jest już za późno.

– Jest w takiej sytuacji jak na ogół w wyborach prezydenckich było PSL: musi je jakoś przetrwać. W przypadku Magdaleny Biejat cel jest prosty: wynik na tyle istotny statystycznie, że będzie zauważalny w kontekście drugiej tury. Rafał Trzaskowski będzie w niej faworytem, ale zdobycie minimum 4 proc. przez Biejat zmusi prezydenta Warszawy do publicznego spotkania z kandydatką lewicy i uzyskania od niej oficjalnego poparcia, co zawsze ma swoją cenę w polityce.

Kluczowy będzie dla niej ostatni, telewizyjny etap kampanii i możliwość udziału w debatach – jeśli się odbędą. Może wtedy wykorzystać to, że jest jedyną kobietą w wyścigu. Im pewniejsze wydawałoby się zwycięstwo Trzaskowskiego w drugiej turze, tym bardziej elektorat lewicy będzie czuł się komfortowo, by w pierwszej zagłosować tożsamościowo, na kandydatkę lewicy.

– I tak nie poprze nikogo przed drugą turą, bo takie poparcie przekreślałoby strategię Razem po wyjściu z koalicyjnego klubu lewicy. Dobry wynik Zandberga pozwoli Razem stawić się z mocniejszymi kartami do negocjacji nad przyszłym wspólnym startem z list Nowej Lewicy.

– To oczywiście będzie problem wizerunkowy dla Nowej Lewicy. Tylko taki sukces trzeba umieć jeszcze politycznie skonsumować. A do tego trzeba mieć struktury terenowe, zasoby finansowe i umieć docierać do wielkich grup społecznych. Razem tego nie ma, nawet dobry wynik Zandberga nie daje tej partii perspektyw na samodzielne wejście do Sejmu. Nawet totalne załamanie w Polsce pomogłoby raczej radykalnej prawicy niż lewicy.

– Nie widzę tego. Młodzi Polacy ukształtowani są przez realia społeczeństwa konsumpcyjnego, lata wysokiego wzrostu gospodarczego i rynek pracownika. Klasyczna oferta państwa opiekuńczego, z jaką zwraca się do nich Razem, nie musi być dla nich atrakcyjna.

Młodzi mają liczne lęki związane z sytuacją międzynarodową, zwłaszcza z wojną na wschodzie. Ale tu przekaz Razem nie różni się od innych partii. Odmienny ma tylko Konfederacja i zyskuje poparcie w tej grupie.

Mówiąc krótko: nie wiadomo, skąd dziś Adrian Zandberg czy Razem mieliby czerpać wyborców ponad te 1,5-2 proc., jakie mają obecnie w sondażach.

– Platforma żyje w cieniu dwóch wyborczych traum, zwycięstwa Andrzeja Dudy sprzed pięciu lat i Lecha Kaczyńskiego w 2005 r. Prawicy udało się wtedy zmobilizować w drugiej turze niekoniecznie bliskich sobie wyborców.

By uniknąć powtórki tego scenariusza, Trzaskowski musi być zupełnie inny niż Tusk w 2005 r. – mniej wyrazisty, mniej polaryzujący. Musi zachowywać się odpowiednio do powagi czasów, uważać na to, co mówi, by nie dać paliwa spekulacjom mogącym zagrozić jego kampanii. Co dziś dotyczy przede wszystkim tematyki międzynarodowej.

Warto zwrócić uwagę, jak ostrożnie, w kontraście np. do Radka Sikorskiego, Trzaskowski wypowiada się na temat USA, administracji Trumpa i sytuacji za naszą wschodnią granicą. Widać świadomość, że nie można dopuścić do sytuacji, w której retoryka kampanijna wywołuje lęk u części elektoratu, że kandydat Platformy mógłby wciągnąć Polskę w wojnę.

– Na razie realizuje swoje cele. Widać też, że głównym zagrożeniem dla zwycięstwa Trzaskowskiego wcale nie jest Karol Nawrocki, tylko Donald Tusk. To ewentualne błędy rządu mogą najbardziej zaszkodzić prezydentowi Warszawy.

– To nie są realistyczne kalkulacje. Na prawicę w Polsce głosują wyborcy, których możemy wyraźnie wyróżnić pod względem miejsca zamieszkania, wieku, typu więzi społecznych, udziału w praktykach religijnych i kilku innych czynników. Tych przekonanych nigdy nie wystarczyłoby do zwycięstwa w drugiej turze wyborów prezydenckich. Prawica wygrywała, bo udawało się jej dołączyć wyborców podobnych pod względem np. wieku i miejsca zamieszkania, ale już niekoniecznie poglądów i zachowań wyborczych, np. rzadziej stawiających się na wybory.

Inaczej mówiąc: Trzaskowski ma już zmobilizowany elektorat na drugą turę. To nie będzie pewnie mobilizacja na miarę wyborów 15 października – bo one były fenomenem, o którym długo będziemy jeszcze dyskutować – ale będzie. Natomiast druga strona, prócz najwierniejszego elektoratu, dociera do wyborców często zamieszkałych w wyludniających się regionach kraju, z grup społecznych, które w ogóle rzadziej stawiają się przy urnach. Do tego dochodzą młodzi wyborcy Konfederacji, także będący w naturalny sposób fluktuującym elektoratem.

W latach największych sukcesów PiS elektorat tej partii musiał za każdym razem dostawać potężne zachęty, by stawić się przy urnach. Przed ostatnimi wyborami parlamentarnymi cały szereg działań władzy miał przekonać seniorów i mieszkańców wsi, a i tak nie uchroniło to partii przed utratą władzy.

Nawrocki będzie musiał naprawdę ciężko pracować, by w drugiej turze wypaść dobrze na tle Trzaskowskiego. Nie widać obecnie w jego kampanii żadnych nowych dla PiS treści, które pozwoliłyby zbudować wspólny mianownik między jego elektoratem z pierwszej tury a wyborcami Mentzena. A przede wszystkim nie widać treści, które pozwoliłyby przyciągnąć do kandydata PiS odległych od tej partii wyborców.

Rafał Chwedoruk jest politologiem, doktorem habilitowanym, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego w Zakładzie Najnowszej Historii Politycznej Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version