W lepszych czasach Jarosław Kaczyński byłby w stanie przeciąć konflikt, spacyfikować walczące frakcje i narzucić całej partii jeden kierunek marszu. Ale przywództwo prezesa bardzo osłabło. I dziś z konfliktu w PiS nie ma już po prostu dobrego wyjścia. A i partia jest niemal najsłabsza w swojej historii.
Spotkanie na szczycie PiS Kaczyński-Morawiecki, zapowiadane na poniedziałek wieczór, nie zakończyło się wspólną konferencją prasową obu panów i ogłoszeniem pokoju w partii, dziennikarze czekali na Nowogrodzkiej na darmo. Późno w nocy Adam Bielan wrzucił za to na swój profil na portalu X zdjęcie obu panów, podpisane: „Są pomysły, jest porozumienie i wspólny kierunek. A że czasem iskrzy? Kto się lubi, ten się czubi”.
Jakie by to nie były pomysły, problem polega na tym, że dziś Kaczyński niespecjalnie ma w ręku karty, by korzystnie dla siebie i swojej partii rozwiązać problem z Morawieckim. Prezes PiS zbliża się pomału do miejsca, w którym musi wybrać między złym a gorszym zagraniem.
PiS się rozpadnie? To najgorszy scenariusz dla Kaczyńskiego
Wbrew fantastycznym narracjom o kontrolowanym rozłamie i reżyserowanym konflikcie, mającym pozyskać dla PiS wyborców Trzeciej Drogi, wyrzucenie z partii Morawieckiego i rozpad PiS byłby dziś najgorszym dla Kaczyńskiego rozwiązaniem. Zastanówmy się bowiem, co stanie się, jeśli Morawiecki zostanie wypchnięty z partii i będzie w stanie zabrać ze sobą — dajmy na to — 20 posłów, kilku europarlamentarzystów i senatorów? A takie rozwiązanie wydaje się dziś w jego zasięgu.
Nowa inicjatywa dostaje na wstępie ekspozycję medialną. Media nie mówią o problemach rządu Tuska tylko o podziale w PiS, co przykrywa na pewien czas jakąkolwiek inną komunikację partii. Rozpad oznacza też dalszy spadek notowań PiS. A z nimi już i tak jest bardzo źle, pojawiają się nawet sondaże pokazujące spadek poparcia poniżej 20 proc. — PiS ostatnio miał mniej niż 20 proc. w wyborach do Sejmu w 2001 r., gdy stawiał pierwsze kroki w ogólnopolskiej polityce. Pierwszy sondaż, zrobiony przez United Surveys, uwzględniający hipotetyczną partię Morawieckiego, daje jej zresztą 5 proc. poparcia.
Widząc takie wyniki PiS, posłowie zaczynają panikować. Bo szeregowy poseł nie myśli w kategoriach: „Morawiecki pójdzie do centrum, pozbiera wyborców Hołowni, a potem i tak się porozumiemy z Kaczyńskim i będziemy rządzić”. Nie, szeregowy poseł przede wszystkim martwi się o to, czy w następnych wyborach dostanie dobre miejsce na listach i obroni mandat. A przy notowaniach w okolicy 20 proc. listy PiS coraz mniej to gwarantują. Pojawi się więc pokusa ucieczki do Morawieckiego, Konfederacji, ba, może nawet do Brauna. Partia, której posłowie zajmują się głównie kombinowaniem, jak mimo spadku notowań zapewnić sobie reelekcję, rzadko bywa sprawną wyborczą maszyną.
W 2023 r. obecna koalicja zdobyła władzę, idąc w trzech listach. Okazało się to optymalną formą startu. Z jednej strony pozwoliła ona każdemu wyborcy sił na lewo od PiS zagłosować zgodnie ze swoimi preferencjami, co zwiększyło frekwencję w tej grupie — bo wyborcy Zandberga nie musieli głosować na tę samą listę, na której jest Ryszard Petru i odwrotnie. Z drugiej — zapewniła stabilną sejmową większość. Wszystko jednak wskazuje, że cztery listy prawicy nie będą optymalne. Jeśli hipotetyczna lista Morawieckiego nie przekroczy progu, to zwiększy to liczbę mandatów partii, która zdobędzie w wyborach pierwsze miejsce — czyli, jak dziś wszystko wskazuje, KO. Cztery listy będą też najpewniej oznaczać znaczni mniej korzystny podział mandatów niż w przypadku większej konsolidacji. Konflikt na prawicy może też po prostu zdemobilizować jej wyborców.
Wojna harcerzy z maślarzami też ciągnie partię na dno
Z drugiej strony prezes nie może też tolerować obecnego konfliktu frakcyjnego. Wojna maślarzy z harcerzami dawno wymknęła się spod kontroli, całkowicie dominując przekaz wokół PiS i przykrywając wszystkie inne inicjatywy partii. Sparaliżowana wojną domową formacja z Nowogrodzkiej nie jest w stanie efektywnie odgrywać roli opozycji i prosi się o to, by jej wyborcy przestali ją traktować poważnie.
Fakt, że znaleźliśmy się w tym miejscu, pokazuje, że przywództwo Kaczyńskiego nie tylko na szeroko rozumianej prawicy — gdzie wyrosły mu dwie samodzielnie przekraczające próg Konfederacje — ale i w samym PiS znajduje się w głębokim kryzysie. Bo w lepszych czasach prezes byłby w stanie przeciąć konflikt, spacyfikować walczące frakcje i narzucić całej partii jeden kierunek marszu — niezależnie od tego, czy postawiłby na strategię Morawieckiego, czy zdecydował się na marsz na prawo, po elektorat Konfederacji.
Tymczasem prezes nie jest w stanie opanować żadnej ze skonfliktowanych frakcji. Morawiecki nie przejmuje się tym, że partia jako kandydata na premiera wystawiła Przemysława Czarnka. Były premier objeżdża kraj i nie wychodzi z mediów, a do tego otwarcie krytykuje koncepcję zwrotu w prawo. Można by uznać, że partia to właśnie Morawieckiego, a nie Czarnka wyznaczyła na swojego kandydata. On zaś zakłada w dodatku własne stowarzyszenie, formalizując frakcję i pośrednio grożąc Kaczyńskiemu: jeśli dalej będę marginalizowany i ignorowany w partii, to opuszczę ją z grupą swoich zwolenników.
Z kolei maślarze nic nie robią sobie z wprost sformułowanego przez prezesa zakazu ataków na rządy Szydło i Morawieckiego, i nawet jeśli nie biją bezpośrednio w byłego premiera, to odcinają się od różnych decyzji jego rządów — takich jak wsparcie dla OZE i energetyki prosumenckiej.
W weekend na politycznym X spór osiągnął taką temperaturę, że w pewnym momencie skłóceni politycy PiS zaczęli się wprost obrażać i komunikować przy pomocy memów tak ostrych i prześmiewczych, jakby przygotowywali je zadeklarowani przeciwnicy ugrupowania Kaczyńskiego.
Można się obawiać, że cokolwiek teraz Kaczyński wynegocjuje z Morawieckim — czy będzie to wejście jego stowarzyszenia do tzw. rady ekspertów PiS, czy coś innego — to i tak nie będzie w stanie tego wyegzekwować. Nie tylko od byłego premiera i jego ludzi, ale także reszty partii, w tym dążących do wypchnięcia z niej „harcerzy” twardogłowych.
Czy PiS potrafi jeszcze grać skrzydłami?
W swoich najlepszych czasach PiS potrafił grać skrzydłami. Dla elektoratu socjalnego miał Beatę Szydło, dla „sekty smoleńskiej” Macierewicza z jego podkomisją, dla prorozwojowego, aspiracyjnego elektoratu z prawicowej klasy średniej — Morawieckiego i jego ekipę, dla elektoratu zainteresowanego wojną kulturową — Czarnka. Kaczyński powinien grać wszystkimi tymi skrzydłami, był jak dyrygent sprawnie kierujący orkiestrą złożoną z wielu instrumentów.
Dziś oba główne skrzydła partii chcą lecieć w inną stronę, a PiS miota się w miejscu. I Kaczyński nie bardzo potrafi temu zaradzić. Czasami, przyglądając się PiS, można odnieść wrażenie, że obie frakcje nie myślą o tym, by odzyskać władzę w 2027 r., a o tym, by w następnej kadencji przejąć władzę w partii, co łatwiejsze może być nawet w opozycji.
Przy tym, nawet gdyby Kaczyński opanował sytuację w partii, gra skrzydłami może nie być już możliwa ze względu na strukturalne czynniki. Po prawej stronie PiS wyrosła bardzo silna konkurencja, której Czarnek średnio jest w stanie zagrozić. Dla wyborcy centrum PiS ciągle może nie być akceptowalną opcją — nie tylko dlatego, że partia przesunęła się w prawo, ale także dlatego, że umiarkowani wyborcy ciągle pamiętają kurszczyznę i inne ekscesy ośmiu lat rządów.
Jak wielu problemów nie miałby rząd Donalda Tuska — klincz z prezydentem, buksujące rozliczenia, niepokojące wieści z rynku pracy, niepewna sytuacja międzynarodowa, problemy wewnątrz koalicji — sytuacja w PiS może napawać Tuska optymizmem. Niezależnie od tego, czy Morawiecki wyjdzie czy zostanie.

