Kiedy przez Sejm przetacza się kolejna dyskusja o aborcji, czuję gryzącą bezradność. Znowu nic się nie zmieni. Utkniemy w tzw. kompromisie, który pogłębiony przez Trybunał magister Przyłębskiej stoczył się jeszcze mocniej w stronę kompromitacji, nieuchronnie przekładającej się na nasze losy, życiowe wybory, decyzje i to, co robimy albo czego nie robimy w sypialniach.
Bo to przecież jest o nas. O konkretnych kobietach, którym odbiera się podmiotowość. To jest o panowaniu nad naszymi ciałami, nad naszą płodnością. To historia biowładzy i trzymania nas desperacko za macice, które przestały być nasze: są publiczne, należą do wszystkich, a najbardziej do tych obcych mężczyzn, którzy bez żadnych oporów, niezdrowo podnieceni, pakują tam spojrzenia, zasady. Polskie prawo o „planowaniu rodziny i warunkach dopuszczalności przerywania ciąży” jest gwałtem, wpisującym się w szerszy system mizoginicznej przemocy. W perspektywie historii kultury jest jeszcze jedną karą, którą my, kobiety, musimy ponieść za to, że potrafimy wydać na świat życie.
Nie rozumiem i mam dosyć podejmowania prób rozumienia tych wszystkich przemówień. Mam wrażenie, że z tekstów, które na ten temat napisałam, można by było zrobić tom albo rolkę papieru toaletowego. Wszystko jedno jak będzie wyglądał dokument niemocy. Wszystko jedno, jakie argumenty padną z sejmowej mównicy, przecież słyszałyśmy je wszystkie. Sens rozpaczy można próbować odnaleźć w pradawnej rzymskiej mądrości o kropli, która nie drąży kamienia siłą, ale częstym spadaniem. Każda z nas jest taką kroplą. Każda nasza historia dokłada się do tej rwącej rzeki. Niech się wreszcie przepełni czara, niech to się rozleje, niech nam dadzą święty spokój i święte prawo do samych siebie. Niech ten cały porządek oparty na „męskich” cnotach się wreszcie wypali, niech wyda ostatnie tchnienie, niech ten ptak zaśpiewa jak łabędź.







