Karol Nawrocki jest ostatnią osobą, która mogłaby wystąpić jako akuszer nowego porządku konstytucyjnego. Zanim zresztą zaczniemy się zastanawiać, jaka konstytucja byłaby lepsza od tej obowiązującej, może prezydent powinien zacząć trzymać się litery i ducha obecnej.

W piątek wieczorem w Kanale Zero Karol Nawrocki złożył bardzo ważną deklarację: czas na zmianę konstytucji. I to już w perspektywie 2030 r., czyli następnych wyborów prezydenckich. Konstytucja z 1997 r. jest bowiem, jak przekonywał, dysfunkcjonalna — zwłaszcza jeśli chodzi o podział kompetencji między premiera i prezydenta i trzeba ją zmienić, by wprowadzić w Polsce albo konsekwentny system kanclerski, albo prezydencki. W rozmowie z Krzysztofem Stanowskim i Robertem Mazurkiem prezydent bez zaskoczenia zadeklarował, że bliższy byłby mu ten drugi — choć jak mówił zmiana, w jakimkolwiek kierunku byłaby lepsza niż stan obecny.

Zdaniem Nawrockiego zmiana konstytucji powinna być stawką przyszłych wyborów parlamentarnych — Polacy powinni zdecydować w nich, czy dalej chcą żyć w obecnym systemie i wpisanym w niego klinczu między sejmową większością a prezydentem, czy wyłonić większość, która zdoła dokonać konstytucyjnego przełomu.

Prezydent ma wiele racji w krytyce obecnej konstytucji. Ustrojowa hybryda między systemem parlamentarno-gabinetowym a prezydenckim, jaką wprowadza, faktycznie nie działa najlepiej. Mamy prezydenta z bardzo silnym mandatem, niezdolnego prowadzić własnej polityki, a jednocześnie mającego narzędzia, by blokować działania legislacyjne sejmowej większości. Problem w tym, że trudno jest traktować argumenty prezydenta na rzecz zmiany obecnej ustawy zasadniczej jako składane w dobrej wierze.

Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że to polityka samego Nawrockiego czyni obecny system znacznie bardziej dysfunkcjonalnym, niż wynikać by to mogło z przepisów obecnej ustawy zasadniczej. Klincz w wielu obszarach nie wynika z zapisów konstytucji, a z koncepcji hiperkonfrontacyjnej prezydentury, jaki przyjął Nawrocki, i z tego, że za główny cel swoich działań stawia on sobie maksymalne osłabienie obecnej rządowej większości oraz jak najszybsze pozbawienie jej władzy.

To nie konstytucja nakazuje Nawrockiemu nadużywać weta, blokować nominacje oficerskie czy ambasadorskie. To nie konstytucja odpowiada za obecny kryzys wokół sędziów Trybunału Konstytucyjnego, od których prezydent nie przyjął ślubowania. Wielu ekspertów twierdzi wręcz, że w ten sposób popełnił on po prostu konstytucyjny delikt.

W świetle złożonych w rozmowie z Krzysztofem Stanowskim i Robertem Mazurkiem deklaracji Nawrockiego o systemie prezydenckim można zastanawiać się, czy prezydent specjalnie nie działa tak, by pokazać, że obecny ustrój jest dysfunkcjonalny i że potrzeba jego zmiany. A więc podobnie jak polityk, który chciałby prywatyzacji służby zdrowia i tnie wydatki na ten sektor, by opinia publiczna sama uznała, że państwowa służba zdrowia nie działa, nie da się sprawić, żeby działała, i najlepiej będzie wszystko sprywatyzować. Takie sabotowanie systemu, by wymusić jego zmianę, byłoby sprzeczne z kluczową dla prezydenckiego mandatu funkcją prezydenta jako strażnika konstytucji.

Wbrew temu, co mówił prezydent, nie znajdujemy się też w momencie konstytucyjnym. Funkcjonujemy w logice ostrej polaryzacji dzielącej aktywne politycznie społeczeństwo mniej więcej na dwie połowy. I te dwie połowy nie są się w stanie porozumieć nawet w kwestii resetu Trybunału Konstytucyjnego, nie mówiąc już o nowej konstytucji. Zwłaszcza w takim kierunku, który — czy to tworząc system prezydencki, czy kanclerski — pozwoliłby zwycięzcy wziąć całą władzę.

By pojawił się moment konstytucyjny, musiałoby dojść albo do całkowitego załamania się systemu PO-PiS, albo do całkowitego zwycięstwa jednej ze stron tego podziału. Na żaden z tych scenariuszy nie zanosi się w perspektywie 2027 r.

Będąc częścią tej polaryzacji, Nawrocki jest też ostatnią osobą, która mogłaby wystąpić jako akuszer nowego porządku konstytucyjnego. Prezydent nie budzi zaufania nieprawicowej części opinii publicznej, a takie działania, jak odmowa przyjęcia ślubowania od wybranych przez Sejm sędziów TK, jeszcze bardziej wzmacniają tę nieufność.

Trudno uwierzyć, by prezydent Nawrocki nie wiedział o tym wszystkim. Po co więc rzuca hasła nowej konstytucji? Możliwe są dwa powody.

Pierwszy związany jest z logiką wyborów w 2027 r. Wokół postulatów zmiany konstytucji mógłby zostać zawiązany np. pakt senacki prawicy pod patronatem prezydenta. Hasło „konstytucyjnego momentu” mogłoby patronować przyszłej prawicowej koalicji i mobilizować jej wyborców.

Drugi powód, najpewniej ważniejszy dla Nawrockiego, związany jest z logiką działania jego urzędu. Hasła o „dysfunkcjonalnej konstytucji” i „momencie konstytucyjnym” mogą bowiem posłużyć prezydentowi jako „retoryczny taran” do rozpychania się w obecnym systemie, uzurpowania sobie prawem kaduka prerogatyw, których ustawa zasadnicza nie przyznawała nigdy prezydentowi Polski. Nawrocki już to zresztą robi, nie przyjmując ślubowania od sędziów TK.

W Kanale Zero Nawrocki wskazał nawet obszar, w którym prezydent powinien mieć większy wpływ — armię. Jak bowiem stwierdził, prezydent ma najmocniejszy mandat ze wszystkich polityków pochodzących z wyboru, w momencie wojny cały naród patrzy na niego, to on powołuje szefa sztabu generalnego na naczelnego wodza, a tymczasem nie ma żadnego wpływu na to, jak wygląda armia i czy jest przygotowana do obrony.

Można więc spodziewać się, że to obszar obronności i armii będzie tym obszarem, w którym prezydent będzie najbardziej się rozpychał, wchodząc w konfrontacje z rządem. To ostatnie już się zresztą stało przy okazji SAFE, gdy po raz pierwszy tak mocno pękł konsensus w kwestii bezpieczeństwa, do tej pory jakoś opierający się polaryzacji.

Gdyby faktycznie pojawiły się takie próby ze strony prezydenta, byłoby to jeszcze bardziej destrukcyjne dla państwa niż wszystkie konflikty z rządem, w jakie uwikłał się od początku swojej prezydentury. W tak napiętej sytuacji międzynarodowej, jak obecna, ostatnie, czego kraj potrzebuje, to przeniesie sporu politycznego na armię. Niestety, faktycznie nienajlepsze przepisy obecnej konstytucji spotykają się tu z zupełnym brakiem umiaru i instynktu państwowego prezydenta. Zanim zaczniemy się jednak zastanawiać, jaka konstytucja byłaby lepsza, może Nawrocki powinien zacząć trzymać się litery i ducha obecnej.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version