Kaśka chciała uniknąć wyścigu szczurów, ale jej 12-letni syn się wciągnął. „To jest jak jakaś gra na punkty, nie szkoła”.
Do klasyfikacji uczniów w tym roku szkolnym został jeden dzień. Wychowawczyni w klasie 6A przypomina o szkolnym festynie. – Jeśli ktoś z państwa chciałby jeszcze przynieść fanty na loterię albo upiec ciasto, proszę zgłosić się do mnie. Będzie można jeszcze doliczyć dzieciom punkty z zachowania. W sali poruszenie, kilka osób podnosi rękę. Festyn odbędzie się trzy dni po wystawieniu ocen w dzienniku. Ale jeszcze przed ostatnią radą pedagogiczną. Zdążą z tymi babeczkami.
Ile ja się napiekłam!
Karolina oddycha z ulgą, choć to w klasie jej syna toczą się negocjacje przed szkolnym festynem. W tym roku nic nie musi piec, bo syn „zarobił” na ocenę wzorową sukcesami sportowymi. – Ale rok temu ile ja się napiekłam! – mówi. Bo syn raz „beknął głośno przy klasie”, innym razem „pstryknął kolegę w ucho” – i posypała się ocena z zachowania. Wydała z tego powodu połowę domowych przetworów na kiermasz a na loterię – babeczki. Robili też z synem plakaty o recyklingu i prezentacje o bezpieczeństwie w sieci.
Mieszkają na Śląsku, szkoła jest publiczna. – To chore, te punkty z zachowania. Przecież wiadomo, że nie dziecko piecze babeczki i wyciska sok z truskawek – mówi Karolina. Pisali w tej sprawie z innymi rodzicami petycje, interweniowała Rada Rodziców. Sprawa jest nie do ruszenia. – Dyrektor mówi: „Jakoś to zachowanie musimy ocenić” .
Jedziemy na oparach
Majka ograniczyła swoje zajęcia sportowe, popołudnia w całości poświęca na szkolne sprawy dziecka. Ostatni tydzień przed wystawianiem ocen, a ona zamyka drzwi za jednym korepetytorem, a otwiera przed drugim.
– Jedziemy na oparach – mówi.
Syn jest w siódmej klasie. Ale widmo egzaminu ósmoklasisty i rekrutacji do liceum już krąży nad ich mieszkaniem na warszawskiej Woli. Kartkówki niemal codziennie, trzy sprawdziany w tygodniu. A potem jeszcze roczne testy z dużych partii materiału.
– Tych zaliczeń robić nie wolno, nie ma ich w szkolnym statucie. Dlatego nauczyciele wpisują je do dziennika jako „testy diagnostyczne”, a potem i tak oceniają, jak duży sprawdzian. To urasta do rangi egzaminu – mówi Majka. W maju widzi u syna 4 z plusem, w czerwcu musi znowu o tę czwórkę walczyć. – Pytam, co się stało z jego plusem? Słyszę: „Plus był tylko na zachętę”. To po co on pracował przez cały rok?
Przyjdą z przyjemnością
Niepewność zaczyna się już w maju, na etapie ocen proponowanych. Czerwiec przynosi dalsze rozczarowania. „Córka ma w dzienniku piątki i szóstki, a jako ocenę proponowaną wpisano dobrą. W innym przypadku średnia przekraczała cztery, a nauczyciel proponuje ocenę dopuszczającą. Patrzę w ten dziennik i nie rozumiem, skąd takie różnice?” – pisze do mnie matka licealistki.
Takich pytań rodzice zadają sobie w czerwcu dziesiątki. Tymczasem MEN wręcz zachęca szkoły, by klasyfikacyjne rady pedagogiczne odbywały się jeszcze później.
– Aby uczniowie mieli świadomość, że trzeba uczyć się praktycznie do samego końca roku szkolnego – mówiła wiceministra edukacji Katarzyna Lubnauer w rozmowie z „Wprost”. Odpowiadała w ten sposób na pytanie, co zrobić, żeby uczniowie nie uciekali przed końcem roku na wcześniejsze wakacje.
– Szkoły naprawdę nie potrzebują dużo czasu od zatwierdzenia ocen do momentu, gdy pojawią się one na świadectwach. Jeżeli szkoła potrafi coś ciekawego zaproponować uczniom, również po wystawieniu ocen, to oni z przyjemnością będą przychodzili na zajęcia – mówiła wiceministra.
Myślą, że mogą sobie odpuścić
Rozmawiam z anglistką z warszawskiego liceum. – Codziennie słyszę uwagi, że „dziecko niepotrzebnie się stresuje” – mówi. – Ja też odczuwam stres. Bo muszę uczniów motywować do pracy. Inaczej to nie będzie szkoła, tylko przechowalnia.
Rodzice przychodzą do niej z kalkulatorem. Stawia dużo ocen, grubo ponad trzydzieści w semestrze, więc jest z czego liczyć. Wyliczyli, że dziecku wychodzi średnia 4,38. Tymczasem ona proponuje trójkę. Dlaczego?
– Uczniowie widzą w dzienniku prognozowaną czwórkę z plusem i zakładają, że sprawa załatwiona. A potem dostają jedynkę z końcowego testu i wszystko się zmienia. Myślą, że skoro zobaczyli ocenę proponowaną, to mogą już sobie odpuścić?
Dlaczego sama im nie odpuszcza? –To ostatni rok przed maturą. Muszą ćwiczyć. Inaczej potem będą dramaty.
Justyna uczy polskiego w podstawówce w Trójmieście. – Czerwiec jest upiorny – mówi. Dostaje dziesiątki maili od rodziców: „Niech się pani zlituje”, „Niech mu pani da szanse”. „Jeszcze chociaż jedna poprawka”. – Walczą o każdy promil do oceny. A jak nie ulegnę, lecą do dyrektora. Najtrudniej jest w ósmej klasie, bo średnia ocen liczy się w rekrutacji. – Najpierw proszą, szybko zaczynają grozić. Uważają, że to ja powinnam zadbać o to, żeby ich dziecko lepiej umiało przedmiot – żali się nauczycielka.
Motywujcie go!
Karolina mówi, że w sumie nie przywiązuje wagi do ocen. A przynajmniej tak o sobie mówi. Kiedy jednak informatyczka zaproponowała poprawkę na czwórkę, pomogła synowi przygotować prezentację „Wady i zalety AI”. Po co? Wzrusza ramionami. – Wiem, że muszę się oduczyć takiego pomagania – przyznaje.
Nie odpuściła też zajęć praktyczno-technicznych. Przedmiot kończy się wcześniej niż większość innych, więc ocena zostanie na świadectwie ukończenia szkoły podstawowej i będzie liczyła się przy rekrutacji. Wieczorami siedzieli więc nad projektami biurka w 3D, szukali wzorów i poprawiali kolejne wersje. Postarali się też o diagnozę problemów z koordynacją wzrokowo-ruchową. Nauczyciel odpowiedział krótko: „Motywujcie go, nie wkładajcie do szufladek”.
Z rozpędu Karolina chciała jeszcze powtarzać z synem imiona krasnoludów z „Hobbita”. Polonistka lubi na sprawdzianach pytać o szczegóły, a czwórka z polskiego wydawała się w zasięgu ręki. Tym razem jednak zaprotestował syn. – Jestem zmęczony. Nie będę już nic poprawiał – powiedział.
Wtedy się poddała. – Nikt nigdy nie sprawdzi, co miał z polskiego na świadectwie w szóstej klasie – tłumaczy. Bardziej sobie niż dziecku.
Bo jednak martwi się, czy szkolne testy nie zniechęcą syna do czytania. A przecież egzamin po ósmej klasie opiera się na znajomości lektur. Dlatego na siódmą klasę ma już gotowy plan. – Umówiłam korepetycje już pod egzamin ósmoklasisty. Dwa razy w tygodniu. Chyba sobie poradzi?
Sprawdzian razy pięć
W szkolnych rozmowach coraz mniej jest o tym, czego uczeń się nauczył. Coraz więcej o tym, na czym można więcej „zarobić”.
Szkoła używa tzw. średniej ważonej. Każda ocena ma przypisaną wagę. Sprawdzian może liczyć się kilka razy bardziej niż aktywność na lekcji, a jeden słabszy test potrafi przesunąć ucznia o cały stopień.
– Średnia ważona nie pokazuje postępu ucznia – mówi jednak Gabriela Olszowska, małopolska kurator oświaty i autorka książki „O!Cena w szkole”. Od lat promuje podejście, w którym nauczyciel nie ogranicza się do wystawienia stopnia, ale pomaga uczniowi zrozumieć, co już potrafi, a nad czym powinien jeszcze pracować.
Krytycznie przygląda się wewnątrzszkolnym systemom oceniania. – Te mnożniki są przyjęte bez żadnego uzasadnienia. Nie ma naukowych podstaw, by uznać, że np. sprawdzian powinien się liczyć pięć razy bardziej, niż odpowiedź ustna na lekcji. Łudzimy się tylko, że w ten sposób traktujemy wszystkich uczniów tak samo.
Gra na punkty
Nawet kiedy rodzic próbuje nie wywierać presji, system i tak ją produkuje. Kaśka, mama 12–latka w Warszawie, jest zapatrzona w Skandynawię i bardzo jej odpowiada pomysł, żeby zamiast jednego paska przyznawać uczniom paski w różnych kolorach – jako wyróżnienia za różne talenty i umiejętności. To się jej wydaje sensowne i rozwijające.
– Nie chciałam pakować mojego syn w żaden wyścig szczurów – mówi. Tylko że jej 12-letni syn ma inne zdanie. – Zaczyna się wciągać w zdobywanie punktów w szkole, porównują się z kolegami, kto ile zdobył, sprawdza, czy im się opłaca wolontariat, czy może konkurs. Licytują na oceny – mówi.
W tym roku bardziej niż ocenami z przedmiotów przejmują się więc oceną z zachowania. Na razie ma przewidywaną wzorową. W dzienniku są jednak uwagi: za rozmowy na matematyce albo wpis nauczyciela muzyki: „Uczeń przyszedł na lekcję w celach towarzyskich. Głośne śmiechy”.
Kaśka wzrusza ramionami. Ale jej syn już kombinuje, jak zrównoważyć stracone za uwagi punkty. – To zaczyna być jakaś gra na punkty, a nie szkoła – mówi matka.
Zmiana będzie, ale „jutro”
Od miesięcy MEN Barbary Nowackiej zapowiada odejście od kultury stopni. Ocenianie miało być jednym z ważnych elementów przygotowywanej reformy edukacji. W dokumentach programu „Kompas Jutra” wielokrotnie powraca postulat „większego nacisku na ocenę opisową, informację zwrotną i rozwój kompetencji”. Na razie jednak nowa filozofia oceniania pozostaje głównie deklaracją. Nadal obowiązuje sześciostopniowa skala ocen, wpisana do rozporządzenia w sprawie oceniania, klasyfikowania i promowania uczniów w szkołach publicznych. A w szkołach nadal rządzą cyfry, średnie i punkty. Także te przyznawane za zachowanie.
Na razie nic nie jednak wskazuje na to, by przyszłoroczny czerwiec wyglądał znacząco inaczej. Za rok znowu ktoś będzie piekł babeczki za punkty z zachowania.




