Zazdrość o relację dziecka z dziadkami to jedno z trudniejszych uczuć rodzicielstwa. Nie pasuje do obrazu „dobrego rodzica”, który powinien cieszyć się szczęściem dziecka. A jednak może się pojawić — zwłaszcza gdy widzimy, że dostaje ono od dziadków coś, czego sami kiedyś nie dostaliśmy. Jak, mimo żalu o własne dzieciństwo, cieszyć się, że nasze dzieci mają wspaniałych dziadków?
Kiedy patrzę, jak moja mama i moja trzyletnia córeczka Gaja bawią się na dywanie w wymyślony piknik, czuję ukłucie żalu. Nie lubię się za to. Powinnam przecież myśleć: jak to dobrze, że Gaja ma takich kochających dziadków, a jednak czuję niesprawiedliwość. Moja Gaja należy do żywiołowych dzieci i to nie przeszkadza moim rodzicom, kiedy ja miałam podobny temperament jako dziecko, nie pamiętam, aby mieli do mnie tyle cierpliwości” — mówi 30-letnia Anita. Widok rodziców zachowujących się inaczej wobec wnuków bywa poruszający. Przynosi bowiem konfrontację z pytaniem: „dlaczego ja tego od nich nie dostałam jako dziecko?”. Obserwujemy zmianę w zachowaniu naszych rodziców, ale pojawia się też emocjonalny paradoks: radość z relacji dziadków z naszymi dziećmi miesza się ze zranieniem, które wciąż nosimy jako dzieci swoich rodziców. Można jednocześnie odczuwać wdzięczność, że nasze dziecko doświadcza takiej miłości, i ból, że samemu było się jej pozbawionym.
Pamięć emocjonalnych braków
Marcin, lat 43, relacjonuje: „Mój syn Franek, wielce przejęty, opowiada swojemu dziadkowi o przedszkolnym konflikcie z kolegą. Mój ojciec z uwagą słucha, dopytuje, przytula i pociesza. Nie jestem pewien, czy on umiałby odpowiedzieć na pytanie, czy ja też chodziłem do przedszkola”. Rodzice potrafią być najbardziej bolesnym lustrem upływu czasu. Szczególnie wtedy, kiedy patrzymy, jak nasi ojcowie i matki — ci sami ludzie, którzy byli surowi, nieobecni emocjonalnie, wiecznie zmęczeni albo chłodni — nagle stają się czułymi, cierpliwymi i zachwyconymi każdym gestem malucha dziadkami. Nam łatwiej byłoby uznać, że rodzice byli po prostu niezdolni do ciepła. Trudniej zobaczyć, że potrafią tacy być — ale dla kogoś innego. Zazdrość, jaką odczuwamy, nie jest tu skierowana przeciwko dziecku. Jest raczej głosem z przeszłości, który w końcu wybrzmiewa w naszej głowie.
Część dzisiejszych psychologów stwierdzi, że w takich sytuacjach odzywa się w nas nasze wewnętrzne dziecko — ta część psychiki, która nadal pamięta emocjonalne braki, rozczarowania i niezaspokojone potrzeby. Bycie dorosłym nie unieważnia dziecięcej potrzeby czułości. Można mieć własne dzieci, stabilne życie, a jednocześnie wciąż nosić w sobie tęsknotę za tym, żeby mama była kochająca, a tata zaangażowany. Kiedy widzimy rodziców dających naszym dzieciom uwagę, cierpliwość i zachwyt, możemy po raz pierwszy naprawdę zobaczyć, czego sami byliśmy pozbawieni. W dzieciństwie wiele rzeczy po prostu przyjmujemy. Dziecko nie myśli: „moi rodzice są emocjonalnie niedostępni”, lecz: „tak wygląda miłość”. Dopiero jako dorośli, często obserwując własne reakcje wobec dzieci, zaczynamy rozumieć, ile nam brakowało. Pojawia się także gniew, nie tylko na rodziców, ale i na własną bezsilność wobec tej sytuacji i przeszłości. Jeśli nie doświadczyliśmy takiej czułości, jakiej potrzebowaliśmy, często w dorosłym życiu budujemy w sobie ochronną narrację: takie były czasy, moi rodzice po prostu nie umieli okazywać uczuć, nie mieli psychologów do pomocy. Takie wyjaśnianie sobie niedostępności emocjonalnej pomagało uporządkować doświadczenia. Kiedy jednak ci sami rodzice wykazują się nagle cierpliwością, delikatnością, potrafią regulować własne emocje i reagują empatycznie, u ich dorosłych dzieci pojawia się myśl: „skoro potrafią teraz, to może zawsze potrafili, tylko nie chcieli?”. To zdanie podważa dotychczasowe mechanizmy obronne, które sobie wypracowaliśmy przez te wszystkie lata, i uruchamia pytanie, którego wiele osób wolałoby sobie nie zadawać: dlaczego nie dostałem tego ja?
„To nie jest tak, że nie doceniam pomocy mamy w opiece nad Gają albo że nie cieszy mnie ich dobra relacja. Kocham przecież i mamę, i swoją córeczkę, ale nadal czuję żal” — kontynuuje Anita. Takie emocje nie wykluczają się wzajemnie, a bycie dojrzałym dorosłym polega na umiejętności zrozumienia ich koegzystencji. Wielu rodziców rzeczywiście zmienia się jako dziadkowie. Są starsi, spokojniejsi i mają więcej czasu. Kiedy wychowywali własne dzieci, byli przeciążeni ekonomicznie, emocjonalnie, społecznie. Dziś nie muszą już udowadniać swojej wartości zawodowej, walczyć o byt, organizować codzienności. Znaczenie ma też ilość czasu poświęcanego na opiekę. Inaczej wygląda okazjonalna opieka, a inaczej codzienne zaangażowanie wymagające obecności i odpowiedzialności właściwie całodobowo. Wnuki pojawiają się też w takim momencie życia, kiedy presja codzienności jest po prostu mniejsza.
Między własnym dzieciństwem a swoim rodzicielstwem
Niektórzy dojrzewają emocjonalnie dopiero po latach. Uczą się czułości, której sami nigdy nie doświadczyli. Dojrzałość może przynosić większą miękkość, refleksję, czasem poczucie winy, chęć naprawy błędów i zaniedbań z przeszłości. 72-letnia Zofia, zapytana, jak ona widzi siebie w roli babci, odpowiada, że jest to najlepszy czas w jej życiu. Ale miłość do wnuczki jest inna od tej, jaką odczuwała w stosunku do swoich córek: „Przede wszystkim nie czuję strachu o to, czy coś zrobię źle, czy podejmę decyzję, która być może wpłynie niekorzystnie na przyszłość Kalinki (6 lat). Przy swoich dziewczynkach czułam presję, tu odczuwam czystą radość. Nie zastanawiałam się, czy byłam lepszą mamą, niż jestem babcią, bo ja po prostu jestem kimś innym w tym momencie życia. Wiem, jakie błędy popełniłam, ale już nic na to nie poradzę. Postępowałam, jak umiałam najlepiej — tego jestem pewna”.
Czym jest cierpliwość, kiedy nie jest się już tak zmęczonym codziennością, zabieganiem, walką o byt rodziny? Wnuki spotykają często ludzi spokojniejszych, dojrzalszych i mniej przestraszonych życiem niż 30 czy 40 lat wcześniej. Cierpliwość staje się zatem czymś naturalnym.
Obecnie uważa się, że każdy zdrowy dorosły powinien zamknąć tematy z dzieciństwa, przestać analizować dawne relacje — szczególnie te z rodzicami — i przejść nad nimi do porządku dziennego. Tak, obwinianie o wszystko swoich rodziców prowadzi do frustracji, niemożności radzenia sobie z życiem tu i teraz. Mówi się, że rozpamiętywanie jest złe, ale z drugiej strony jest ono po prostu próbą uporządkowania własnej historii. Bycie zdrowym dorosłym to także zobaczenie swoich rodziców z ich najgorszymi i najlepszymi cechami charakteru i zaakceptowanie ich.
Nasi rodzice to ludzie z własnymi historiami, lękami, wyzwaniami, które ich przerastały, deficytami, które być może nadal w nich są. Nie chodzi o to, żeby usprawiedliwiać wszystko, czego doświadczyliśmy albo czego nie doświadczyliśmy z ich strony. Przydałoby się zrozumieć, że nasz rodzic mógł być jednocześnie osobą, która nas kochała i zraniła, która dawała bezpieczeństwo materialne, ale np. była nieobecna emocjonalnie. Nie wolno nam dusić w sobie tych emocji, bo nierozpoznane emocje nie znikają. One po prostu zmieniają swoją postać. Czasem jawią się właśnie jako nadmierna i niewytłumaczalna zazdrość o własne dziecko. Może się ona objawiać myślami: też chciałabym, aby tak się ze mną bawili, też chciałabym być tak kochana, też chciałabym, żeby mnie tak chwalili i byli ze mnie dumni. Takie uczucie „dziwnej zazdrości” może się pojawiać także wtedy, kiedy nasze dziecko mówi niespodziewanie: „dziadek rozumie mnie lepiej niż ty” albo: „babcia jest o wiele fajniejsza”. Należy to po prostu zaakceptować i cieszyć się, że nasze dziecko doświadcza czegoś, czego braku my w przyszłości nie będziemy musieli mu rekompensować.
Możemy przerwać schematy
Kolejnym ważnym aspektem, o którym warto wspomnieć, jest fakt, że dzisiejsi 30— i 40-latkowie dużo intensywniej i głębiej analizują relacje i dzieciństwo niż poprzednie pokolenia. Dlaczego? Bo wychowali się bardzo często w domach, o których mówiono: dobry, poprawny, funkcjonalny, ale emocjonalnie chłodny. Nie było czasu na ciepło, a przynajmniej nie na takie, o jakim dzisiaj słyszymy w przestrzeni psychoedukacji rodzicielskiej. Miłość wyrażało się po prostu inaczej. To była troska praktyczna: schludne ubranie, dopilnowanie odrobionej pracy domowej, ugotowany obiad na stole. Powiedzenie, że „dzieci i ryby głosu nie mają” było na porządku dziennym i w takim przekonaniu wychowywało się dzieci. Nie istniało wtedy pojęcie „rodzicielstwa bliskości”.
Jak z takich trudnych doświadczeń współczesny rodzic, który jest świadkiem mocy „super dziadków”, może wyciągnąć lekcję dla bycia rodzicem? Czasem po raz pierwszy wyraźnie widzimy, jakich zachowań chcemy uniknąć wobec własnych dzieci. My sami nie możemy już dostać od losu nowego dzieciństwa do przeżycia, ale możemy przerwać pewne schematy. Możemy nauczyć się mówić do swoich dzieci językiem, którego sami nie słyszeliśmy. Możemy próbować dać im swoją obecność, uwagę i emocjonalne bezpieczeństwo. Czasem dostrzegamy także, że czułość wobec własnych dzieci pokazuje nam, jak bardzo tamto małe dziecko ukryte w nas potrzebowało dokładnie tego samego.
Najbardziej dorosłe emocjonalne i podniosłe momenty życia rzadko są jednoznaczne. Można cieszyć się szczęściem swoich dzieci i jednocześnie opłakiwać własne dzieciństwo. Jednak najważniejsze i najpiękniejsze, co można zrobić, to spojrzeć na własnych rodziców z czułością i zrozumieniem, a może nawet lekkim podziwem dla tego, jak wspaniałą drogę rozwoju emocjonalnego przeszli. I cieszyć się, że nasze dzieci mają tak wspaniałych dziadków.
Karolina Malinowska — psycholog. Prowadzi prywatną praktykę psychologiczną. Autorka książki „Spokojnie, to tylko dzieci, czyli jak wychować i nie zwariować”