— Wróg próbuje nas zastraszyć i zakłócić nasze wybory. Nie pozwolimy mu na to — zapowiada Władimir Putin. Tym samym przyznaje, że Ukraina jest w stanie wyrządzić Rosji poważne szkody — nie tylko na foncie i w gospodarce, ale również polityczne. Tyle że zupełnie nie zgadza się to z tym, co mówił jeszcze nie tak dawno temu.
Władimir Putin to polityczny mistrz. XXI w. nie zna Rosji bez niego — albo jako prezydenta, albo premiera. Zachodni dziennikarze, dyplomaci, a nawet byli prezydenci USA podkreślali polityczny spryt Władimira Putina. Niewielu światowych przywódców waży słowa tak ostrożnie i potrafi wyrażać się równie elokwentnie.
Ale nawet człowiek o intelekcie i doświadczeniu Putina nie może wciąż opowiadać tej samej historii, gdy rzeczywistość wokół niego nieustannie się zmienia. Każde z wystąpień i oświadczeń rosyjskiego prezydenta wydaje się dopracowane w najdrobniejszych szczegółach — nawet po czterech i pół roku wojny w Ukrainie. Jednak gdy spojrzymy szerzej, w starannie budowanej narracji zaczynają pojawiać się pęknięcia.
Jeśli przyjrzymy się jego słowom począwszy od tych sprzed ataku na Ukrainę a skończywszy na ostatnich, zobaczymy, co się zmieniło, a co pozostało niezmienne, i jak tak naprawdę wygląda wojna, którą prowadzi Rosja.
„Bez Rosji nie ma Ukrainy”
Lipiec 2021 r.
Niecały rok przed rozpoczęciem pełnoskalowej inwazji na Ukrainę na oficjalnej stronie Kremla pojawił się esej rosyjskiego prezydenta. Już sam tytuł „O historycznej jedności Rosjan i Ukraińców” zapowiadał to, co miało nastąpić.
Esej z lipca 2021 r. to przedstawienie własnej wersji historii, który opiera się na jednym fundamentalnym założeniu — Ukraina istnieje jako państwo wyłącznie dzięki Rosji i Związkowi Radzieckiemu, i to ich kosztem.
„Współczesna Ukraina to całkowicie produkt epoki radzieckiej” — napisał Putin, by następnie ubolewać nad tym, że historyczna Rosja „została w istocie okradziona” z terytoriów, kiedy bolszewicy Lenina „arbitralnie wyznaczali granice i rozdawali hojne terytorialne prezenty”.
Wyłania się z tego paradoks — Putin twierdzi, że „szanuje ukraiński język oraz tradycje”, a także pragnienie życia w państwie „wolnym, bezpiecznym i dostatnim”, ale zarazem stawia warunek, że państwo to nigdy nie wyjdzie poza rosyjską strefę wpływów.
„Jestem przekonany, że prawdziwa suwerenność Ukrainy jest możliwa tylko poprzez partnerstwo z Rosją… W końcu jesteśmy jednym narodem” — twierdzi.
Luty 2022 r.
Siedem miesięcy później ponad 150 tys. żołnierzy gromadzi się przy granicy z Ukrainą, czekając na rozkaz do ataku. Putin kończy z braterskimi sentymentami jedności. Ukraina staje się teraz niesfornym dzieckiem, które Matka Rosja musi przywołać do porządku.
Najpierw pada ostrzeżenie.
W swoim przemówieniu z 21 lutego 2022 r., kiedy to formalnie uznał obwody doniecki i ługański za niezależne od Ukrainy republiki, rosyjski prezydent oznajmił, że Kijów „nigdy nie miał stabilnej tradycji własnej autentycznej państwowości”, a tamtejszemu rządowi zarzucił „utratę narodowego charakteru”. Wyśmiewał protestujących, którzy obalali pomniki Lenina i groził: — Chcecie dekomunizacji? Jesteśmy gotowi pokazać, co naprawdę znaczy dekomunizacja dla Ukrainy.
Trzy dni później rosyjskie śmigłowce i myśliwce wleciały w ukraińską przestrzeń powietrzną, a czołgi ruszyły w kierunku Kijowa. Ale to nie była wojna. To była jedynie „specjalna operacja wojskowa”.
Putin przedstawił inwazję jako konieczną korektę mającą przywrócić pod skrzydła Rosji niesfornego młodszego brata, zwiedzionego przez wrogie, antysowieckie siły oraz bronić narodu rosyjskiego przed rozszerzeniem NATO i wspieranymi przez Zachód „neonazistami”. Oznajmił, że powodem podjęcia „specjalnej operacji wojskowej” było zwrócenie się do Kremla z prośbą o pomoc „ludowych republik Donbasu”, które — przypomnijmy — oficjalnie uznał zaledwie trzy dni wcześniej.
— Po prostu nie mamy innego wyjścia, by bronić Rosji i naszego narodu, niż to, do czego dziś zostaliśmy zmuszeni… Celem jest ochrona ludzi, którzy przez osiem lat byli poddani prześladowaniom i ludobójstwu ze strony reżimu kijowskiego. W tym celu będziemy dążyć do demilitaryzacji i denazyfikacji Ukrainy — deklarował Putin.
Mimo wszystko próbował przekonać Ukraińców i świat, że działa w ich najlepszym interesie: — Wzywam do współpracy, by jak najszybciej zamknąć tę tragiczną kartę i pójść dalej wspólnie, nie pozwalając nikomu wtrącać się w nasze sprawy… Dzisiejsze wydarzenia nie są próbą naruszenia interesów Ukrainy i narodu ukraińskiego.
Moskwa walczy z Zachodem
Wrzesień–grudzień 2022 r.
Wojna w Ukrainie. Putin nie może już tego dłużej ukrywać
Foto: GAVRIIL GRIGOROV/SPUTNIK/KREMLIN POOL / SPUTNIK POOL
To, co miało być kilkudniową lub kilkutygodniową interwencją prowadzącą do demilitaryzacji i podporządkowania Ukrainy, nie poszło po myśli Putina — i po siedmiu miesiącach zaciekłych walk potrzebuje on nowych żołnierzy.
W przemówieniu mobilizacyjnym z 21 września 2022 r. język rosyjskiego prezydenta zmienia się diametralnie. Nie przyznaje Ukrainie żadnej sprawczości w jej sukcesach na polu bitwy. Rosja toczy teraz egzystencjalną walkę o przetrwanie z jednym, zjednoczonym wrogiem na Zachodzie. Ukraina działa jedynie na zlecenie swoich zachodnich „panów”. Warto pamiętać, że na tym etapie Kijów nie otrzymał jeszcze od Zachodu żadnych czołgów, pocisków manewrujących, myśliwców, systemów obrony Patriot ani amerykańskich rakiet dalekiego zasięgu ATACMS.
To cementuje rdzeń retoryki rosyjskiej przez całą wojnę — Rosja nie jest agresorem, lecz została zmuszona do walki z zachodnim blokiem, który dąży do jej upadku.
— Obecnie nasze siły zbrojne stawiają czoła nie tylko formacjom neonazistowskim, ale praktycznie całej machinie wojskowej zbiorowego Zachodu — oświadczył Putin, dodając, że ukraińskie armie operują „pod faktycznym dowództwem zachodnich doradców”.
I kontynuował: — W Waszyngtonie, Londynie, Brukseli… mówią, że Rosja musi zostać pokonana na polu bitwy za wszelką cenę, a następnie pozbawiona suwerenności politycznej, gospodarczej, kulturalnej i jakiejkolwiek innej, a nasz kraj ma zostać doszczętnie ograbiony.
Wówczas Putin złamał własną zasadę. Od marca Rosja karała za szerzenie „fałszywych informacji” o siłach zbrojnych i penalizowała nazywanie inwazji „wojną”, a nie „specjalną operacją wojskową”. Słowo „wojna” nie było formalnie zakazane, ale jego użycie w kontekście rosyjskich działań stało się niebezpieczne.
22 grudnia 2022 r. Putin po raz pierwszy użył słowa „wojna” w odniesieniu do Ukrainy, na chwilę porzucając starannie dobrany eufemizm na określenie inwazji. Ten, który sam stworzył.
Koniec braterstwa rosyjsko-ukraińskiego
Sierpień–listopad 2024 r.
Latem 2024 r. realia wojenne uczyniły narrację Putina nie do utrzymania. Ukraina nie tylko stawiała opór na własnym terytorium — jej wojska znalazły się w Rosji.
6 sierpnia 2024 r. ukraińscy żołnierze przekroczyli granicę i wtargnęli do rosyjskiego obwodu kurskiego, szybko przejmując ponad 1300 km kw. terytorium w śmiałej ofensywie. Ostatecznie ten zuchwały manewr był skazany na niepowodzenie, ale przyczynił się do radykalnej zmiany w retoryce Putina.
Od sierpnia 2024 r. historyczne uzasadnienia z wcześniejszych przemówień — o rodzinnych więziach i działaniu „w interesie narodu ukraińskiego” dla ochrony „prawdziwej suwerenności” w rosyjskiej strefie — niemal całkowicie zniknęły.
Od tego momentu Ukraina traktowana jest już wyłącznie jako aktywny uczestnik walk, choć wciąż jako zachodni pionek, który stanowi zagrożenie dla rosyjskiego terytorium, suwerenności oraz stylu życia. Język prezydenta odchodzi od procesu pokojowego — staje się chłodny, wręcz transakcyjny, skupiony na wymuszaniu ustępstw na wrogu.
— Głównym zadaniem Ministerstwa Obrony Federacji Rosyjskiej jest oczywiście wyprzeć i wypchnąć wroga z naszych terytoriów — powiedział podczas spotkania z władzami regionów 12 sierpnia 2024 r. — Zachód walczy z nami rękami Ukraińców. O jakich negocjacjach w ogóle możemy rozmawiać z ludźmi, którzy bez opamiętania atakują ludność cywilną i infrastrukturę? O czym w ogóle możemy z nimi rozmawiać?
W listopadzie, gdy rosyjskie wojsko po raz pierwszy użyło w Ukrainie pocisku balistycznego średniego zasięgu Oresznik, Putin nazwał ten atak bezpośrednim odwetem za ukraińskie uderzenia na rosyjskie terytorium przy użyciu brytyjskich rakiet manewrujących i amerykańskich rakiet ATACMS.
Marzec–czerwiec 2025 r.
W marcu 2025 r. ukraińscy żołnierze desperacko bronili kurczącego się fragmentu terytorium w Kursku, nad którym sprawowali kontrolę, a w Białym Domu zasiadł nowy prezydent — Donald Trump. Nagle Putin przestaje ostro atakować Stany Zjednoczone za wspieranie „reżimu kijowskiego”. Twierdzi za to, że Ukraińcy błagają USA o pomoc w wynegocjowaniu 30-dniowego rozejmu, a sam rozgrywa obie strony przeciwko sobie.
13 marca 2025 r. podczas konferencji prasowej z prezydentem Białorusi Aleksandrem Łukaszenką Putin powiedział o ukraińskich żołnierzach w Kursku:
— Pozostaną tylko dwie opcje: poddać się albo zginąć. W tych okolicznościach wydaje mi się, że dla strony ukraińskiej bardzo korzystne byłoby zawieszenie broni choćby na 30 dni. Mamy ich wypuścić po tym, jak popełnili tyle zbrodni na ludności cywilnej? Jak te 30 dni zostanie wykorzystane? Na dalszą przymusową mobilizację w Ukrainie? Myślę, że powinniśmy o tym porozmawiać z naszymi amerykańskimi kolegami i partnerami, a może nawet zadzwonić do prezydenta Trumpa i omówić to wspólnie.
Przez cały ten okres Putin nie rezygnuje ze swojego głęboko zakorzenionego przekonania, że Rosjanie i Ukraińcy to jeden naród. Ale już nie próbuje ukrywać imperialnych ambicji, które stoją za inwazją rozpoczętą ponad trzy lata wcześniej.
— Uważam naród rosyjski i ukraiński za jeden naród — powiedział w czerwcu podczas Sankt-Petersburskiego Międzynarodowego Forum Ekonomicznego. — W tym sensie cała Ukraina jest nasza.
Putin i zasada oko za oko
Maj–sierpień 2026 r.
Minęło już ponad cztery i pół roku od początku rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej” — eufemizmu, który przetrwał tylko w rosyjskich mediach i oficjalnych dokumentach. Iluzje pokoju, braterstwa czy wzajemnych korzyści zniknęły. Nawet Putin niemal wyłącznie mówi już o wojnie, zemście, zwycięstwie i klęsce.
Rosyjskie obchody Dnia Zwycięstwa 9 maja, które zazwyczaj gromadzą gigantyczną paradę czołgów, broni jądrowej i innych technologii na pamiątkę zakończenia wielkiej wojny ojczyźnianej, wypadły blado.
— Zdecydowaliśmy, że na pewno zorganizujemy uroczystości, ale bez prezentacji sprzętu wojskowego — powiedział Putin. — Nie tylko ze względów bezpieczeństwa, lecz przede wszystkim dlatego, że siły zbrojne muszą skupić się na ostatecznym rozgromieniu wroga.
Podczas rozmów z rosyjskimi mediami w ubiegłym tygodniu rosyjski prezydent wyraził jedną myśl — oko za oko. W ten sposób niechcący przyznał, że Ukraina, niegdyś opisywana jako niesforne dziecko do zdyscyplinowania, jest dziś w stanie wyrządzić Matce Rosji poważne szkody — zarówno fizyczne, jak i gospodarcze.
Jest jeszcze kwestia wyborów do Dumy Państwowej, które odbędą się już za miesiąc — okazuje się, że Ukraina jest na tyle silna, by „zastraszać i zakłócać” te wybory.
— Reżim kijowski postawił sobie za cel zaszkodzić naszej gospodarce. Co zrobił? Sam otworzył tę puszkę Pandory. Cóż, dostaniecie odpowiedź w najbardziej wrażliwych sektorach swojej gospodarki, która, mówiąc szczerze, już ledwo zipie — zapowiedział Putin. — Wróg próbuje nas zastraszyć i zakłócić nasze wybory. Nie pozwolimy mu na to.
A jednak rosyjski prezydent wciąż nie potrafi przyznać, że Ukraina działa z własnej woli. Nawet teraz, gdy na skutek ataków ukraińskich dronów płoną magazyny oddalone o ponad tysiąc kilometrów od frontu, Kijów pozostaje w jego oczach jedynie narzędziem Zachodu do niszczenia Rosji. Jednocześnie żadne propozycje rozejmu nie są wystarczająco dobre — Rosja musi uzyskać kontrolę nad ponad jedną piątą ukraińskiego terytorium, choć jej armii nie udaje się go zdobyć.
— Jeśli mówimy o tym, co dzieje się obecnie, to oczywiście jest to rezultat kolejnej awantury reżimu kijowskiego i jego zachodnich kuratorów, którzy planowali zadać Rosji kolejną 'strategiczną klęskę — twierdzi Putin. — Równocześnie przynoszone nam propozycje są, powiedzmy, egzotyczne i nie do zaakceptowania.
Podstawowa opowieść Putina się nie zmieniła. Ukraina wciąż nie ma prawdziwej sprawczości, jej rząd to marionetka, wojsko — pełnomocnik, a sukcesy — dzieło zachodnich „mistrzów” i „kuratorów”.
A jednak — zgodnie ze słowami samego Putina — to rzekomo podległe państwo potrafi uderzyć w Moskwę, zakłócić rosyjską logistykę, osłabić gospodarkę, a nawet wpływać na narodowe wybory. Ukraina nigdy nie będzie równa Rosji, ale zmusza Kreml, by ten zachowywał się tak, jakby miał się czego bać.
Coś tu się nie zgadza.
Tekst opublikowany w amerykańskim „Newsweeku”. Tytuł, lead i śródtytuły od redakcji „Newsweek Polska”.




