— Szczerze mówiąc, byłem od początku pewny, że jak tylko się uporają z Mateuszem, to rzucą się na siebie — śmieje się polityk PiS, który na razie nie zaangażował się w walkę frakcji. Jak dotąd na pierwszy plan wyłania się szarża byłego premiera i jego harcerzy. Ale jego akcja uruchamia efekt domina.
Dwie największe frakcje Prawa i Sprawiedliwości harcerze i maślarze toczą ze sobą bój, który tak naprawdę jest bojem o rząd dusz ludu PiS-owskiego (tak działaczy i wyborców PiS określał Ludwik Dorn w felietonach pisanych 18 lat temu).
Czarnek, wybór (w założeniu) rozsądny
Mateuszowi Morawieckiemu początkowo nie chodziło o nową partię, tylko o przejęcie PiS. Dopiero kiedy zobaczył, że to niemożliwe przeszedł do planu B, czyli agresywnego przejęcia przez założenie nowej partii.
Maślarze z kolei zastosowali metodę przejęcia przez namaszczenie. W marcu przekonali prezesa, żeby wskazał Przemysława Czarnka na kandydata na kandydata. Miał to być kandydat akceptowalny dla wszystkich frakcji. Niby skrajny konserwatysta, ale przecież był w rządzie Morawieckiego, podobno nawet się lubią, podobno odwiedzają w domach, to wszystko słyszeli komentatorzy od posłów PiS. Miał być wyborem rozsądnym, bo z jednej strony przyciągnąć wyborców, którzy łakomie patrzą na Konfederację, a z drugiej być do zaakceptowania dla tych, którzy pamiętają go z czasów rządów Morawieckiego. Złoty środek. Tylko, że nie wyszło.
Kto może zastąpić Czarnka?
Jak się popatrzy na ten wybór spokojniej i bez emocji towarzyszących prezesowi, to z perspektywy czterech miesięcy widać, że udać się to nie mogło. Politycy Konfederacji mówią o tym brutalnie — jest dla naszych wyborców za stary, nawet jeśli nie wiekiem, to postawą. Nie jest w formie, nie ma w sobie tego co ma Karol Nawrocki — fizycznej siły, która by im imponowała na tyle, żeby wrócili do PiS. Dodają, że wyborcy Konfederacji są w tym wieku, że często mają dzieci, które zderzyły się z covidowym działaniem szkoły i tego nie zapomną Czarnkowi nigdy.
Z drugiej strony Czarnek nijak nie może uchodzić za centrową, europejską twarz PiS skierowaną do wyborców, którzy nie są tak na prawo od PiS. Tylko że to widać teraz. Cztery miesiące temu prezesowi wydawało się, że wyborcy odeszli do Konfederacji czy do Korony Polskiej (partia Grzegorza Brauna) i zaraz wrócą. Wystarczy ich trochę zachęcić. Otóż nie wystarczy. W tej chwili widać, że prezes jest w kropce. Coraz częściej pojawiają się pomysły podmianki kandydata na premiera. I tu dochodzimy do powstającego nowego konfliktu w PiS.
— To jest bardzo proste, chociaż zupełnie bez sensu w tej chwili — mówi nam polityk PiS. — Skoro bowiem nie udaje się utrzymać jedności z harcerzami, skoro nie ma efektu Czarnka i on nie przyciąga wyborców, to dlaczego jego koledzy nie mieliby chcieć go zastąpić?
Patryk Jaki i Tobiasz Bocheński w Krakowie, 23 kwietnia 2026 r.
Foto: Jakub Włodek / Agencja Wyborcza.pl
Pytanie wydaje się być zasadne. W gronie maślarzy jest przynajmniej dwóch pretendentów. Polityków wymienianych od trzech lat przy okazji każdego konkursu urządzanego przez prezesa — Tobiasz Bocheński i Patryk Jaki. Tak się składa, że obaj panowie próbowali swoich sił przeciwko Rafałowi Trzaskowskiemu w Warszawie i obaj ponieśli dość dotkliwą porażkę w pierwszej turze. Obaj są też europosłami PiS.
Kaczyński chciał inaczej
Jeden z naszych rozmówców zwraca nam uwagę na głosowanie z 9 lipca nad przedłużeniem działania dyrektywy Chat Control 1.0. W bardzo dużym uproszczeniu chodzi o to, że nasze nieszyfrowane wiadomości wymieniane przez komunikatory na socialmediach są skanowane pod kątem treści, które mogą mieć związek z wykorzystywaniem dzieci. Jest to czasowe zawieszenie dyrektywy o prawie do prywatności.
Dlaczego to ważne i skąd nagle w awanturze w PiS miejsce na dyrektywę, o której na Nowogrodzkiej nikt nie słyszał? Otóż w PE padł wniosek o odrzucenie tych przepisów. I jak słyszymy, Patryk Jaki miał do europosłów PiS rozesłać maila z informacją, że cała delegacja PiS w PE ma być przeciwko odrzuceniu, czyli zagłosować razem z posłami EPP (KO i PSL). Przy głosowaniu okazało się, że kilku posłów PiS zagłosowało przeciwko odrzuceniu, a kilku z Konfederacją za odrzuceniem. Przeciwko był Patryk Jaki, za — Tobiasz Bocheński.
— Moim zdaniem Patryk popełnił błąd, który będzie go sporo kosztował — mówi nam jeden z warszawskich polityków PiS — ale to jest bardzo znaczące, że Bocheński go nie posłuchał i że [Jacek] Ozdoba, najbliższy człowiek Jakiego, zagłosował inaczej niż on. Moim zdaniem oni już zaczynają się ustawiać pod zmianę kandydata na premiera i każdy z nich chce nim być. Na razie Bocheński wygrywa.
Jarosław Kaczyński podczas konferencji prasowej w siedzibie PiS, 15 lipca 2026 r.
Foto: Radek Pietrzuszka / PAP
Bo będzie mógł się pokazać jako ten, który nie idzie z prądem w Brukseli, a to dla prezesa też będzie miało znaczenie.
— Od początku trochę tak było, że Czarnek i Sasin to byli ci dwaj, którzy nie byli brani na poważnie w tej rozgrywce. Chłopaki zawiązali doraźny sojusz i chcieli się rozprowadzić. Najważniejsze było, że są przeciwko Mateuszowi. Szczerze mówiąc, byłem od początku pewny, że jak tylko się z nim uporają, to rzucą się na siebie — śmieje się polityk PiS, który na razie nie zaangażował się w walkę frakcji.
Kaczyński chciał zamienić kampanię do parlamentu w coś na kształt kampanii prezydenckiej. Zbudować ją wokół jednego człowieka, który miał być dobry dla wszystkich. Na razie udało mu się tyle, że jedną wewnętrzną wojnę właśnie przegrywa. Kolejna zaraz mu wybuchnie na tyłach.




