Przemysław Czarnek jest kandydatem PiS na premiera od niecałego tygodnia, a już zderzył się z trzema poważnymi problemami. W jeden — z panelami fotowoltaicznymi — wpędził się sam. A tłumaczenia w tej sprawie mu nie pomogły. Ale są sygnały poważniejszych kłopotów.
Jarosław Kaczyński wystawił Czarnka jako kandydata PiS na premiera, by partia w końcu przeszła do ofensywy i narzucała własne tematy. I Czarnek bez wątpienia zaczął od ataku — w pierwszym przemówieniu jako kandydat PiS zapowiedział, że w walce z rządem „nie odstawiamy nogi”. Rzeczywiście nie miarkował się w słownych atakach.
Po kilku dniach można jednak odnieść wrażenie, że ofensywa Czarnka nie idzie tak dynamicznie, jak pewnie liczyła na to partia. Inicjatywę paliwową PiS z początku tygodnia szybko przykrył spór o SAFE. W tej sprawie to nie PiS, lecz prezydent jest głównym antagonistą rządu. Marsz Czarnka w prawo po konfederacki elektorat został dość sprawnie skontrowany przez Sławomira Mentzena. W dodatku pierwsze dni Czarnka w nowej roli upłynęły mu na tłumaczeniu się z… paneli słonecznych na dachu swojego domu.
Afera panelowa i dziwne tłumaczenia Przemysława Czarnka
Wszystko za sprawą słów „żadne OZE-sroze!”. Z całego przemówienia Czarnka w Krakowie najbardziej przebiły się one do opinii publicznej. Jednak już następnego dnia inny polityk z Lubelszczyzny, Krzysztof Hetman z PSL, powiedział w jednej z telewizyjnych dyskusji, że Czarnek sam ma panele fotowoltaiczne zainstalowane na dachu domu. Przeciwnicy Czarnka dostali prezent do ręki. Mogli powtarzać, że przekaz „OZE-sroze” kierowany jest do — by użyć określenia Jacka Kurskiego — „ciemnego ludu”. Za to prywatnie politycy PiS jak najbardziej rozumieją zalety energii odnawialnej i sami z niej korzystają.
Czarnek w kolejnych występach medialnych zaczął się więc tłumaczyć z paneli. Przekonywał, że zainstalował je, bo było dofinansowanie, ale inwestycja mu się nie zwróciła. Jednocześnie z liczb, jakie sam podał, wynikało, że wkrótce wyszedłby na zero. Swoją drogą — wymagało to matematycznych umiejętności gdzieś na poziomie egzaminu ósmoklasisty. Kandydat PiS zapewniał też, że fotowoltaikę wkrótce zdejmie. Przekonywał, że w ogóle nie musiałby jej montować, gdyby Polska mogła normalnie dalej rozwijać „tanią” energię opartą na węglu. Pozostaje tylko czekać na wideo z demontażu paneli — bez dowodów, że Czarnek faktycznie pozbył się podejrzanej, „lewackiej” instalacji, jej usunięcie nie będzie się liczyć.
Wszystko to nie wygląda dobrze dla Czarnka. Samo „OZE-sroze” mogło zrazić umiarkowanych konserwatywnych wyborców, rozumiejących potrzeby zielonej transformacji. Jednocześnie trafiało oczywiście do części elektoratu, traktującej inne źródła energii elektrycznej jako, w najlepszym wypadku, zawracanie głowy. Tłumacząc się z paneli, Czarnek znów się jednak broni, zamiast atakować, a przecież zupełnie nie o to chodziło w jego nominacji.
Mentzen pokazał refleks kontrując Czarnka
Partyjny awans Czarnka doczekał się też natychmiastowej odpowiedzi ze strony Sławomira Mentzena z Konfederacji. To ważne, bo przecież m.in. z tą partią Czarnek ma walczyć o uciekający na prawo elektorat PiS. Mentzen wrzucił między innymi na swój profil na portalu X grafikę z „piątką Czarnka” składającą się z takich haseł jak „kaucje sraucje”, „wiatraki sraki” czy „elektryki sryki”.
Nagrał też wideo, w którym przez godzinę grilluje polityka PiS. Lider Konfederacji skupia się na dwóch kwestiach: niesamodzielności Czarnka i jego poparciu dla bardzo niepopularnych w konfederackim elektoracie rozwiązań: systemu kaucyjnego i systemu e-faktur.
„Ty nie jesteś samodzielnym politykiem, cokolwiek się z tobą nie ustali […] to może się okazać, że Jarosław Kaczyński ma inne zdanie i nasze ustalenia są nieaktualne” — mówił Konfederata. I kpił z Czarnka, pytając, czy na posiedzeniach rządu będzie konsultował się z Kaczyńskim SMS-ami, zanim podejmie jakiekolwiek decyzje. Na koniec stwierdził: „Przemek, ty nawet na piwo nie jesteś w stanie wyjść bez zgody Kaczyńskiego”.
Oba te ciosy są celne, zwłaszcza ten dotyczący niesamodzielności. Cały sens manewrów z kolejnymi kandydatami na premiera wskazywanymi przez Kaczyńskiego polega na tym, by za popularnym szefem rządu ukryć niepopularnego, obarczonego potężnym elektoratem negatywnym prezesa PiS. Przypominanie, że Czarnek o niczym nie decyduje, a realnie rządził będzie Kaczyński, nie pomaga w tym manewrze i osłabia pozycję Czarnka w prawicowym elektoracie.
Podobnie jak przypominanie roli Czarnka w niepopularnych po prawej stronie decyzjach. O ile kwestia e-faktur irytuje głównie drobnych przedsiębiorców, którzy i tak raczej nigdy nie głosowali na PiS, to już system kaucyjny może irytować wyborców z całej prawicy. Także tych, których Czarnek musi odzyskać, jeśli jego kandydatura ma mieć polityczny sens.
Mentzen punktuje jednak przede wszystkim za refleks i błyskawiczną reakcję, która chyba zaskoczyła Czarnka i PiS — bo lider Konfederacji nie doczekał się jak dotąd komunikacyjnie efektywnej odpowiedzi.
Strukturalny problem Czarnka. Z Nawrockim nie wygra
Największy problem z początkiem Czarnka w nowej roli polegał jednak na tym, że zupełnie przesłoniła go kolejna odsłona konfliktu o SAFE. Czarnek zdominował medialnie ubiegły weekend i poniedziałek. Jednak już we wtorek zniknął z radaru, podobnie jak jego inicjatywa w sprawie cen paliw. We wtorek media żyły starciem premiera i prezydenta wokół SAFE, w środę konferencją prasową prezesa Glapińskiego, związaną z alternatywnym wobec europejskiego SAFE projektem prezydenckim.
Czarnek starał się być widoczny — daremnie. Nie pomogło specjalnie nawet zwracanie się po niemiecku do marszałka Czarzastego w trakcie obrad Sejmu i tytułowanie go w tymże języku „towarzyszem”.
I to będzie strukturalny problem Czarnka aż do wyborów — o ile dotrwa do nich w roli kandydata PiS na premiera — albo do wymiany na kogoś innego. Bo odkąd Karol Nawrocki wprowadził się do Pałacu Prezydenckiego, główna oś konfliktu w polskiej polityce przebiega coraz częściej między ośrodkiem prezydenckim a rządem. Nie między rządem a największą partią opozycji. W tym układzie głos PiS często po prostu ginie. Ten mechanizm pracuje szczególnie silnie przy okazji tak istotnego sporu, jak ten o SAFE. Nie zmieni się to jednak raczej, gdy prezydent podejmie już decyzję w tej sprawie. Za chwilę pojawi się nowa linia konfliktu z rządem — np. wokół wyboru nowych sędziów Trybunału Konstytucyjnego.
Można się pewnie spodziewać, że Przemysław Czarnek nie będzie miał żadnego problemu, by przelicytować Karola Nawrockiego w radykalizmie. Jednak najostrzejsza nawet retoryka Czarnka nie będzie miała takiego znaczenia jak to, czy prezydent zawetuje, czy nie zawetuje ważnej ustawy albo czy odbierze przysięgę od wybranego przez Sejm sędziego TK, czy odmówi uznania jego wyboru.
Czarnek ma jeszcze czas
Choć początki Czarnka są trudne, to ma jeszcze dużo czasu, by wykazać się w nowej roli. Wielokrotnie udowodnił w ciągu ostatnich 11 lat, że potrafi grać w polityczną grę. Mało kto pamięta, że startując z poziomu nikomu nieznanego wojewody, potrafił wejść przebojem do pierwszej politycznej ligi.
Czarnek dla własnego dobra powinien dwa razy pomyśleć, zanim rzuci następną zapadającą w ucho rymowankę. Tak, by nie musiał demontować kolejnej politycznej bomby podłożonej pod swoją karierę i poparcie PiS

