Dawne miejskie pływalnie miały być nie tylko zwykłymi obiektami rekreacji — zamożni mieszczanie przychodzili tu zażywać kąpieli, korzystać z zabiegów balneologicznych czy wzmacniać odporność w parowych łaźniach. Współczesne parki wodne, podobnie jak przed wiekami, stają się miejscami, gdzie także dba się przede wszystkim o zdrowie i edukację. Z tą różnicą, że nie jest to już przywilej jedynie dla wybranych.

Choć znajduje się w samym sercu miasta — tuż obok Ogrodu Staromiejskiego i kilka kroków od opery — większość turystów nawet nie zwraca na niego uwagi. A szkoda, bo zabytkowy, secesyjny gmach z charakterystyczną wieżyczką to wciąż żywa legenda oraz namacalny dowód zamożności i śmiałości XIX-wiecznego Wrocławia. Budynek, funkcjonujący dzisiaj pod nazwą Wrocławskie Centrum SPA, w momencie otwarcia był jednym z najnowocześniejszych tego typu obiektów w naszej części Europy.

Głównymi inicjatorami powstania kompleksu byli wrocławscy pływacy, którzy — choć już utytułowani i cenieni w całych ówczesnych Niemczech — nie mieli po prostu gdzie trenować zimą. Zrzeszające ich Wrocławskie Towarzystwo Pływackie postawiło sobie za cel budowę w mieście zadaszonej pływalni, ale aby tego dokonać, potrzebowało inwestorów. Powołano w tym celu Towarzystwo Akcyjne Łaźnia Wrocławska (niem. Breslauer Hallenschwimmbad AG), do którego dołączyli zamożni miejscowi przedsiębiorcy. Projekt przyspieszył, kiedy ogłoszono oficjalny konkurs na projekt budowli — spośród 44 nadesłanych prac wybrano propozycję pochodzącego z okolic Wuppertalu architekta Wilhelma Werdelmanna. Obiekt oficjalnie otwarto 14 czerwca 1897 r., czyli zaledwie po niespełna dwóch latach robót.

Efekt okazał się piorunujący — kompleks był przestronny, luksusowo wykończony, a do tego wyposażony w basen z podgrzewaną wodą (dzisiaj oznaczony jako basen nr 1), łaźnię parową, wanny higieniczno-lecznicze oraz restaurację z tarasem na dachu budynku. Zastosowano tu wiele nowoczesnych, nie tylko jak na tamte czasy, rozwiązań — obiekt był w pełni samowystarczalny, miał własną kotłownię, źródła wody i system jej uzdatniania. Robiło to wrażenie, szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że w tym czasie niewiele ze znajdujących się w śródmieściu Wrocławia mieszkań posiadało choćby własne łazienki.

Popularność Łaźni Miejskiej była tak duża, że wkrótce zdecydowano się na jej rozbudowę — w sąsiedztwie basenu dostępnego dotychczas tylko dla mężczyzn zbudowano basen dla kobiet, a w jego uroczystej inauguracji wzięła udział sama saksońska księżna Charlotta. Wtedy też powstała charakterystyczna wieża, a także strefa saun tureckich dla mężczyzn, która błyskawicznie stała się popularnym miejscem spotkań lokalnej elity. Najpierw przychodziło się tu popływać, później oddawano się saunowym rytuałom, by na koniec — przy cygarze i szklaneczce czegoś mocniejszego — namiętnie dyskutować o polityce. W kolejnych latach obiekt rozbudowano o jeszcze dwa mniejsze baseny, położone jeden nad drugim, co w latach 20. XX w. uważano za spore inżynieryjne wyzwanie. Zbiorniki przeznaczone były do nauki pływania dla dzieci — podobnie jak w przypadku dorosłych — jeden dla chłopców, drugi dla dziewczynek.

Pomimo intensywnych walk podczas II wojny światowej kompleks uchował się w niezłej kondycji, a przynajmniej na tyle dobrej, aby ponownie przyjmować kuracjuszy już latem 1945 r. Paradoksalnie większe szkody uczyniono tu w latach 60., kiedy w ramach przebudowy obiekt pozbawiony został wielu charakterystycznych secesyjnych detali — witraży, płaskorzeźb czy misternie wykonanych stiuków. Część z nich na szczęście przetrwała, a po przeprowadzonej w ostatnich latach rewitalizacji znów można tu poczuć ducha czasów jego świetności.

Ale kompleks zapisał się w historii nie tylko za sprawą swojej znakomitej architektury — obiekt był niemym świadkiem gigantycznych sukcesów, zarówno w czasach przedwojennych, jak po włączeniu Dolnego Śląska w granice Polski. To właśnie tu trenował Walter Bathe — kilkukrotny mistrz olimpijski i posiadacz rekordu świata na 100 metrów stylem klasycznym, ustanowionego w 1910 r. Z kolei kilka dekad później, w 1953 r., na wrocławskim basenie, i to na tym samym dystansie, rekord świata pobił Polak — Marek Petrusewicz. Obu tym wyczynom poświęcono tablice pamiątkowe znajdujące się przy wejściu do Wrocławskiego Centrum SPA.

Współcześnie osoba polskiego pływaka symbolicznie, niczym klamra, spina dwa najważniejsze miejsca w historii wrocławskiej rekreacji — u zbiegu ulic Borowskiej i właśnie Petrusewicza funkcjonuje obiekt, który można śmiało nazwać godnym następcą XIX-wiecznej Łaźni Wrocławskiej. Aquapark Wrocław zaistniał na mapie stolicy Dolnego Śląska w lutym 2008 r. i zrobił to w sposób naprawdę spektakularny. Zaledwie niecałe 11 lat po ogromnej powodzi, która spustoszyła miasto, otwarto tu duży, supernowoczesny kompleks, jakiego nie powstydziłaby się wtedy żadna europejska metropolia. Wyposażony w imponujące zjeżdżalnie, baseny i całe profesjonalne zaplecze park wodny z miejsca stał się jedną z najpopularniejszych atrakcji całego regionu — już w pierwszym roku działalności kompleks odwiedziło ponad 700 tys. osób.

Mało tego, od samego początku obiekt wyznaczał nowe trendy — np. na długo przed nastaniem w Polsce mody na saunowanie otwarto tu strefę saunową, dzięki której rozgrzewające seanse przestały być przywilejem dostępnym jedynie dla klientów najdroższych hoteli. O tym, jak duża była to nowość, świadczy, chociażby burzliwa dyskusja, która przewinęła się wtedy przez lokalne media. Dotyczyła ona słuszności aquaparkowego regulaminu przewidującego — co dzisiaj raczej nikogo nie dziwi — możliwość wejścia do saun jedynie nago lub w ręczniku. Jak wspominali pracownicy wrocławskiego parku wodnego, prawdziwą plagą byli wtedy goście wchodzący do łaźni parowych nie tylko w strojach kąpielowych, lecz także w czepkach czy nawet… płetwach.

Z czasem świadomość dotycząca zasad poprawnego saunowania stała się niemal powszechna, a sam obiekt przechodził kolejne metamorfozy — powiększał się o nowe baseny, rozbudowaną sekcję fitness czy wreszcie ogromną strefę saunową wraz ze zlokalizowaną na zewnątrz wioską saunową. Zaczęły powstawać także kolejne „wcielenia” wrocławskich aquaparków — poza obiektem na Borowskiej w ostatnich latach otwarto też kompleksy na Brochowie oraz Psim Polu, a w planach są kolejne inwestycje.

Co się natomiast nie zmieniło, to rola społeczna aquaparku, który chce być nie tylko centrum rozrywki, lecz także edukacji. Nie bez przesady mówi się o nim jako o jednej z największych szkół pływania w Polsce. Na zajęcia przychodzą tu zarówno uczniowie wrocławskich podstawówek w ramach zajęć z wychowania fizycznego, jak i indywidualni goście, korzystający z organizowanych tu komercyjnych kursów pływania — w ciągu roku tutejszą szkółkę kończy ponad 25 tys. podopiecznych, a dolna granica wieku, od którego można zapisać dziecko, to zaledwie cztery miesiące. Co ciekawe, w ramach „wejściówki” na lekcję otrzymujemy także dodatkowy czas na relaks w rekreacyjnej części obiektu.

Aquapark Wrocław mocno angażuje się także w promowanie właściwych postaw podczas wypoczynku nad różnego rodzaju akwenami. W ramach projektu „Bezpieczeństwo nad wodą” wykwalifikowani instruktorzy nauki pływania oraz doświadczeni ratownicy prowadzą bezpłatne zajęcia adresowane do dzieci w wieku przedszkolnym. Z kolei z myślą o nieco starszych przygotowano program „Bezpieczne wakacje nad wodą”. Te kończące się testem 45-minutowe zajęcia dla uczniów klas IV-VIII mają uświadomić, w jaki sposób rozważnie korzystać z basenów oraz naturalnych akwenów. I to nie tylko podczas letniego odpoczynku.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version