Nie musimy być jednomyślni w każdej sprawie dotyczącej naszego dziecka. Nie musimy też ze sobą walczyć. Uwzględnianie stanowiska drugiego rodzica to wielka wartość – służy obojgu partnerom, a dziecko uczy się, że różnice można przegadać, uwzględnić siebie i drugą osobę. Nie tracąc przy tym, poczucia bezpieczeństwa. O tym, jak się porozumiewać dla dobra dzieci – mówi pedagożka, mediatorka Małgorzata Musiał.

Małgorzata Musiał: Rzeczywiście, najtrudniej jest rodzicom odpuszczać w kwestiach związanych z dziećmi, bo to dla nich bardzo ważne relacje. Trochę trywializując, łatwiej jest się zgodzić na to, żeby ściana w salonie była w jakimś kolorze albo żebyśmy spędzili wakacje w górach, a nie nad morzem, niż rezygnować z tego, co uważamy za najsłuszniejsze w sprawach związanych z dorastającymi dziećmi.

My w swoich dzieciach mamy przedłużenie siebie. Chcemy ponaprawiać dużo rzeczy, które w naszym dzieciństwie poszły nie tak. Chcemy, by nasze dzieci miały lepiej, staramy się oszczędzić im wszystkich cierpień. A równocześnie nie wiemy do końca, jak to zrobić. I kiedy łapiemy się jakiejś odpowiedzi, by nie czuć się bezradni i bezsilni, a drugi rodzic mówi: „Nie, to nie jest dobry pomysł”, „Nie, no chyba oszalałaś. Nie będzie siedział tyle przed komputerem”, „Nie, no nie można jej pozwolić, żeby sama decydowała, kiedy będzie odrabiać lekcje”, to temperatura emocji bardzo szybko idzie w górę.

– Czasami nie jesteśmy przekonani do swoich wyborów i przeciwne zdanie wywołuje dyskomfort. A czasami jesteśmy właśnie bardzo przekonani do jakiejś strategii. Ponieważ nie do końca wiemy, dokąd nas doprowadzą nasze wybory, można powiedzieć, że sami eksperymentujemy na dzieciach i nie chcemy, żeby ktoś dodatkowo na nich eksperymentował.

– Zwłaszcza. Ponieważ ważną rolę przypisuje się roli okresu nastoletniego, dzieci są już coraz starsze, jesteśmy świadomi, że za kilka lat wyfruną z gniazda, często wydaje nam się, że naszą jedyną szansą na zadbanie o ich rozwój, bezpieczeństwo i zdrowie jest tu i teraz. To jest bardzo wymagający etap dla całej rodziny, bo dzieje się bardzo dużo rzeczy, które rodzice postrzegają jako te, które niosą konsekwencje na całe życie. Obawiają się, że jeśli nie zadbają o odrabianie lekcji, to dziecko nie zda matury, przypisują wagę temu, jaką szkołę dziecko wybierze, i temu, co się wydarzy, jeśli dziecko pójdzie na całonocną imprezę. A tam, gdzie jest strach, tam jest dużo chaotycznych działań. A gdzie jest chaos, tam dużo emocji, więc trudno się dogadać.

– Tak, i to na każdym etapie. Jednomyślność bardzo pomaga, bo jeśli oboje myślimy tak samo, to daje mi to potwierdzenie, że ja myślę dobrze. To, że mamy takie samo zdanie na jakiś temat, wiele ułatwia. Nie musimy kierować energii i wysiłku na dogadywanie się i szukanie konsensu. Tylko że często to jest mało prawdziwe, bo my jako ludzie jesteśmy pełni różnic i naprawdę rzadko jesteśmy jednomyślni. Jest więc to pozorna łatwość.

– Skoro nie jest to możliwe, żebyśmy byli zawsze jednomyślni, to wspólny front oznacza, że któreś z nas rezygnuje ze swojego zdania w imię jednomyślności. I to zawsze niesie konsekwencje.

– Albo w postaci niewypowiedzianego oczekiwania, że skoro ja ustąpiłam w tej kwestii, to druga osoba ustąpi następnym razem. Albo będzie odbijało się na naszej relacji i zaufaniu. Bo to, że mówimy „tak” wbrew sobie, zawsze nadwątla relację z partnerem lub naszą relację z samym sobą. Możemy mieć do siebie żal, odczuwać rozgoryczenie, że nie dbamy o to, co dla nas ważne. Rezygnowanie z siebie obniża też sprawczość i zaangażowanie w kwestie wychowawcze.

– Jak sięgam pamięcią wstecz, to zawsze wiedziałam, do którego rodzica zgłosić się po pieniądze, a do którego nie. To się po prostu czuło, chociaż nikt nigdy mi nie powiedział, że „po kasę to do ojca”. I nawet gdy moi rodzice podejmowali jakąś decyzję wspólnie, to i tak wiedziałam, czyja to tak naprawdę decyzja, kto się z nią zgadza, a kto ma wątpliwości.

Pozorna jednomyślność nie robi dobrze, bo niesie ze sobą niejasność. A jasność jest niezwykle potrzebna nastolatkom, których układ nerwowy przechodzi bardzo intensywną reorganizację. Ta ciągła zmiana pod względem neurosynaptycznym, która zachodzi w ich mózgu codziennie, z dnia na dzień, sprawia, że to szczególnie ważne, by mieć stabilizację i porządek, strukturę i poczucie bezpieczeństwa na zewnątrz. Nastolatki potrzebują wiedzieć, czego się mogą spodziewać w domu. Więc kiedy widzą, że ich rodzice mają coś, co jest niewypowiedziane, to ich poczucie niejasności i chaosu rośnie.

– Jeśli są nazwane i są zaopiekowane, to tak. Gdy mówimy: „Mamy z mamą różne zdania”, „My z tatą inaczej na to patrzymy, potrzebujemy się zastanowić, przegadać to, żeby podjąć decyzję, która będzie uwzględniać nas wszystkich” – to dajemy im poczucie bezpieczeństwa. To jest bezpieczne w tym sensie, że mają do czynienia z dojrzałymi dorosłymi, którzy widzą różnice między sobą, potrafią je przegadać, potrafią uwzględnić siebie i drugą osobę. Dziecko czuje się wtedy bezpieczne tu i teraz i przygotowuje na sytuacje w przyszłości, w których napotykając różne poglądy, zapatrywania i wartości, będzie umiało się do nich ustosunkować. Myślę, że to ogromny zasób. Zazwyczaj, niemal natychmiast i automatycznie staramy się zwalczać różnice i odbywa się to ze stratą dla nas samych i naszych dzieci.

– Trzeba zacząć od tego, żeby zobaczyć wartość w tym, że uwzględniamy drugiego rodzica, zamiast z nim walczyć. Jeśli podejmiemy taką próbę, będzie to służyć nam, obojgu partnerom. Mając troje nastoletnich dzieci, bardzo potrzebuję dorosłego, z którym nie będę musiała toczyć codziennie batalii o nasze decyzje, ale który będzie dla mnie towarzyszem i wsparciem.

– Moje doświadczenie mediacyjne wskazuje, że ludzie zazwyczaj bardzo chcą się dogadywać. Tym, co im w tym przeszkadza, jest myśl, że jeśli w tym konflikcie nie będą mocno bronić swego, to stracą.

– Tak, takie mieli dotychczas doświadczenia. Kiedy stwarzamy bezpieczną przestrzeń mediacyjną, ludzie widzą, że będą uwzględnieni, że można pomieścić dwie narracje. W praktyce polega to na tym, że perspektywa jednej osoby może stanąć obok perspektywy partnera czy partnerki. Wtedy oboje szybko otwierają się na porozumienie. Trudność w dogadaniu się nie wynika ze złej woli, ale z obawy, że nie możemy być oboje wzięci pod uwagę, że ktoś musi wygrać.

– To bardzo ważne, że użyła pani zwrotu „na początek”. Mediacja kojarzy się ludziom zwykle z końcem relacji, np. mediacja sądowa. Małżonkowie decydują się na nią, dopiero gdy uważają, że nie ma już szans na to, by się porozumieć, więc trzeba się rozstać. Wtedy mediacja dotyczy szczegółów rozstania. Moje doświadczenie jest takie, że im szybciej tworzy się tę przestrzeń na dialog, tym łatwiej się porozumieć. Kiedy mamy za sobą lata nagromadzonych cierpień, bólu, rozczarowań i wzajemnych pretensji, jest trudniej.

– Uczestnicy mają okazję usłyszeć drugą osobę i zostać usłyszanym z tym, co dla nich ważne, bo na co dzień o to trudno. Ponieważ jest to rozmowa w towarzystwie osoby trzeciej, to trochę zmienia się jej dynamika. W takiej wymianie jest więcej ostrożności, niektóre słowa nie padną w towarzystwie mediatorki/mediatora.

Dołącz do społeczności Newsweeka Psychologii! Obserwuj nasze profile na Facebooku i Instagramie!

– Tak! Bo zadaniem mediatora jest stworzenie bezpiecznej przestrzeni. Chodzi o to, by każdy został usłyszany dokładnie z tym, czego potrzebuje. Jeśli ktoś formułuje pretensje i oskarżenia w stosunku do partnera, to jako mediatorka pomagam przeformułować to w taki sposób, żebyśmy dotknęli tego, co jest dla tej osoby ważne i żeby partner czy partnerka nie musieli się bronić, tylko mogli ten komunikat usłyszeć i zrozumieć. Ludzie po takim doświadczeniu często mówią, że nie potrzebują mediacji za każdym razem, kiedy pojawia się między nimi różnica, bo nauczyli się ze sobą rozmawiać i nabrali zaufania, że to możliwe.

– Zazwyczaj łatwiej jest, kiedy uczymy się tego z kimś, kto to potrafi. Na przykład w praktyce warsztatowej, na konkretnych przykładach korzystając z okazji do ćwiczeń. To daje możliwość ćwiczenia nowych zwrotów, sformułowań, technik, które pomagają nam słuchać, zamiast brać do siebie to, co słyszymy. To jednak nie jest jedyna metoda. Ludzie korzystają także z książek, poradników, przekładając ich treść na swoje życie, bez praktykowania tego na warsztatach. Czasem wspierająca może być też psychoterapia indywidualna jednego z partnerów.

– Nie możemy nikogo zmusić do rozwoju ani do podjęcia z nami dialogu. Ale możemy wysłać drugiej osobie czytelny sygnał, że nam na tym zależy. Osobiście mam takie doświadczenie w moim małżeństwie. Przez wiele lat toczyliśmy ze sobą walkę, bo ja uważałam, że mam lepsze koncepcje wychowawcze niż mój mąż, a mój mąż uważał, że one nie są do końca przemyślane. Zmiana przyszła nie dlatego, że ja zrobiłam coś, by męża do moich koncepcji przekonać, ale dlatego, że stwierdziłam: schodzę z pozycji walki, chcę przerzucić most do mojego męża i zobaczyć, jak on to widzi. Chciałam zobaczyć jego perspektywę i pokazać mu, że dla mnie ten dialog jest ważny.

Oczywiście potem wiele zależało od decyzji mojego męża. On zdecydował się wyjść mi naprzeciw. Jednak nawet jeśli nie mam wpływu na to, czy ktoś będzie gotowy na dialog, czy ma na niego zasoby, czy będzie miał do mnie zaufanie, to mogę zmienić, chociażby dynamikę konfliktu, który się między nami rozgrywa. Mogę nie dokładać do konfliktu. Nawet jak partner mi powie, że moje pomysły są durne, to ja mogę nie odbijać piłeczki. Gdy nie podejmę walki, nie będziemy walczyć. Szczególnie jeśli będę umiała zadbać, wycofać się, nie wchodzić w pewne sytuacje. Zastanowić się na chłodno, jak możemy załatwić to, na czym mi zależy. W swojej książce pisze pani o tym, że nie wszystko jest kwestią komunikacji.

– Że nie wszystko da się przegadać, bo wnosimy w nasze relacje rzeczy, które są naszą istotą. Na przykład ktoś jest bardzo skrupulatny, uważny i wszystko analizuje. Mnie to doprowadza do białej gorączki. Bo ja bym chciała, żeby decyzje były podejmowane szybko i uważam, że nie ma się nad czym zastanawiać. Co z tego, że usiądziemy i o tym porozmawiamy? Nie zmienimy sobie temperamentów. Pozostaniemy z tymi różnicami.

Są pewne konflikty, które są nierozwiązywalne właśnie ze względu na to, że jedna osoba będzie potrzebowała bardzo dużo czasu do namysłu, a druga mniej. Ktoś jest bardziej spontaniczny, a ktoś potrzebuje więcej struktury i wyprzedzenia. Wstajemy rano w sobotę i ktoś mówi: „Jedźmy nad morze na weekend”, a ta druga osoba na to: „Nie ma w ogóle takiej możliwości. Możemy jechać w następny weekend, jak ja się na to nastawię”. I tu nie ma nic do przegadania. Potrzeba zrobić przestrzeń na tę różnorodność. Bo konflikty i różnice będą się pojawiać nie tylko na poziomie opinii i przekonań, ale też na poziomie naszych wrodzonych i nabytych cech, tego, jacy jesteśmy. Warto świadomie poszukiwać też tego, co nas łączy, bo kiedy wciąż się polaryzujemy i skupiamy na tym, co nas różni, zamiast szukać wspólnego mianownika, to może być nam bardzo trudno o porozumienie i dialog.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version