Stany Zjednoczone, które z impetem, nadzieją i energią wkroczyły w jesień 1929 roku, oraz Stany Zjednoczone, które wyłoniły się z mrocznych dni lat 30., były dwoma zupełnie różnymi krajami.
Jesienią 1929 roku nie zbombardowano ani nie spalono żadnego miasta. Żadna armia nie pomaszerowała na Waszyngton. Nie doszło do rewolucji ani próby zamachu stanu. Rozgniewane tłumy nie zajęły żadnych budynków rządowych. Krajowi nie groziły trzęsienia ziemi, powodzie, pożary ani pandemie. Wszystkie fabryki pozostały na swoim miejscu. Większość gospodarstw nadal produkowała.
Wbrew obiegowym opiniom nie doszło do znaczącej utraty życia. Popularne opowieści o zrozpaczonych giełdowych spekulantach, rzucających się z okien i skaczących z dachów, tworzyły fałszywy obraz. Na co zwrócił uwagę John Kenneth Galbraith w swoim fundamentalnym dziele The Great Crash 1929, krajowy wskaźnik samobójstw tamtej jesieni w rzeczywistości nawet odrobinę spadł.
A jednak codzienne życie w Stanach Zjednoczonych z pewnością sprawiało wrażenie innego. Dla narodu takie doświadczenie zapaści na rynku akcji przypominało przyglądanie się temu, jak mistrz wagi ciężkiej zostaje znokautowany przez niesprawdzonego, nieznanego amatora. Świat nie mógł tak wyglądać. To wszystko zachwiało wiarą w jakiś porządek. Wywołało szok, któremu towarzyszyły paraliż ducha i utrata wiary. Ludzie zaczęli kwestionować wszystko, co dotąd uważali za oczywiste. Czy społeczeństwo kapitalistyczne ma jeszcze sens? Czy będzie można na nim polegać w przyszłości? Czy też wszyscy dali się zwieść hossie lat 20.?
Za wszystkimi tymi pytaniami kryło się jedno większe — komu można ufać?
Stany Zjednoczone weszły w lata 20. przekonane, że udało się przezwyciężyć raz na zawsze przyprawiające o zawrót głowy cykle boomów i załamań, które od chwili powstania państwa nadwyrężały jego siły. Główną przyczyną tego odzyskanego poczucia bezpieczeństwa było utworzenie Rezerwy Federalnej, powołanej do istnienia po paraliżującym krachu giełdowym z 1907 roku. Jej istnienie miało gwarantować nieustanne krążenie kredytu w arteriach krajowej gospodarki. Choć była to instytucja niedoskonała, ograniczona w swych uprawnieniach wymogami politycznego kompromisu, ale i tak wydawała się lepsza od tajnych i zakulisowych układów, które zastąpiła.
Dawała jednak fałszywe poczucie bezpieczeństwa finansowym potentatom lat 20., w pełni przekonanym, że kapryśność ludzkiej natury nie wystawi ich już więcej na jakiekolwiek niebezpieczeństwo. Czy krachowi z 1929 roku można było zapobiec? Najkrótsza odpowiedź brzmi: tak. Było mnóstwo okazji, by poskromić siły spekulacji, zanim wymknęły się spod kontroli. Dłuższa odpowiedź jest taka, że wymagałoby to niemal boskiej przenikliwości — dalekowzroczności, dzięki której za krótkoterminową zachętą do zarabiania pieniędzy dałoby się ujrzeć jej długofalowe konsekwencje.
Jednym z najważniejszych problemów było to, że główne elementy amerykańskiej infrastruktury finansowej tamtego czasu zostały po prostu przeciążone kryzysem. Sama Nowojorska Giełda Papierów Wartościowych, swoją fasadą przypominającą świątynię w stylu włoskiego renesansu, była w istocie instytucją staroświecką, przypominającą klub towarzyski, całkowicie nieprzygotowaną do lawiny transakcji, jaka spadła na nią w latach 20. Tak samo rzecz się miała z działającym tam, dbającym przede wszystkim o własny interes bractwem.
Krajowy system bankowy był słaby i rozdrobniony, w większości nadal tworzyły go liczne kruche, niedokapitalizowane instytucje rozsiane po słabo zaludnionych obszarach wiejskich, które podupadały wraz z więdnięciem dziewiętnastowiecznej gospodarki rolnej. W miarę jak miasta rosły, a społeczności wiejskie przez całe lata 20. pogrążały się w stagnacji, system bankowy stawał się coraz bardziej niezrównoważony i niepewny. Jeszcze przed nadejściem krachu niezliczone banki były już praktycznie niewypłacalne, wyprzedzając pod tym względem swoich deponentów zaledwie o krok. Gdy strumień kredytów wysechł, nie miały już najmniejszych szans.
A jeśli chodzi o Rezerwę Federalną, była to instytucja nowa i niesprawdzona, a nawet ci, którzy ją stworzyli i nią kierowali, nie do końca rozumieli, jaka w niej tkwi potęga. Niektórzy autorzy i badacze posuwają się wręcz do twierdzenia, że wielki Benjamin Strong, rozważny i powszechnie szanowany szef nowojorskiego Fedu, mógłby powstrzymać krach lub przynajmniej przeprowadzić przez niego gospodarkę, gdyby w 1928 roku nie zmarł na gruźlicę. Ich zdaniem Strong cieszył się dostateczną wiarygodnością i autorytetem, by wiosną i latem 1929 roku opanować kredytowanie na marżę, a nawet gdyby mu się to nie udało, miałby dość mocy sprawczej, by po nadejściu krachu natychmiast obniżyć stopy procentowe i nie dopuścić do tak gwałtownego ograniczenia przez sektor bankowy kredytowania, które ostatecznie zadusiło gospodarkę.
Łatwo jest wierzyć, że jeden człowiek mógłby zapobiec katastrofie, gdyby tylko nie umarł. Równie łatwo jest wskazać jako czarne charak-tery tej opowieści całą galerię łotrów zaludniających Wall Street lat 20. Trudność polega na tym, że poza skompromitowanymi Richardem Whitneyem i Albertem Wigginem trudno dowieść, by którakolwiek z pozostałych pierwszoplanowych postaci świata finansów w tej epoce dopuściła się w istocie czegoś wyraźnie gorszego niż większość ludzi będąc na ich miejscu i w podobnych okolicznościach.
Gra giełdowa to nie turniej, w którym trzeba wykazać się cnotą i honorem. Współzawodnictwo w chciwości pozwala graczom w cha-otyczny sposób dochodzić do ustalenia uczciwej i rozsądnej ceny. W dłuższej perspektywie, najogólniej rzecz ujmując, system działa, nawet jeśli niejednokrotnie wydaje się nim rządzić chaos. Działania Whitneya i Wiggina nabrały znaczenia dopiero po fakcie, służąc ogó-łowi społeczeństwa za dowód, że Giełda przy Wall Street jest przeżarta korupcją i powinna za to ponieść karę. Choć zachowanie tych osób było moralnie odrażające, podobnie jak postępki innych bankierów z Wall Street, samo z siebie nie spowodowało krachu. Niemniej, tworząc zachęty do spekulacji i obiecując ponadprzeciętne zyski nowej klasie inwestorów, którzy nigdy wcześniej nie brali udziału w giełdowej grze, nadal nie do końca przez nich rozumianej, potentaci z Wall Street przyczynili się do pomnożenia szkód, gdy w końcu nadeszło załamanie. A jak historia powinna potraktować Herberta Hoovera?
W większości rankingów amerykańskich prezydentów Hoover zwykle plasuje się blisko samego końca. Są jednak uczeni, którzy próbowali ocalić go od niesławy, zaś argumenty, które przytaczają na jego obronę, nie są całkowicie pozbawione wartości. Jak wielu zwraca uwagę, Hoover być może był tak naprawdę najlepiej przygotowaną osobą, jaka kie-dykolwiek objęła urząd prezydenta. Dorobił się fortuny w przemyśle wydobywczym, a następnie urósł do rangi prawdziwego bohatera dzięki swym działaniom humanitarnym z czasów I wojny światowej, pomagając wyżywić miliony głodujących Europejczyków, dając impo-nujący popis dyplomatycznej i logistycznej sprawności.
Gdy w 1921 roku w giełdę uderzył kryzys, a gospodarka zaczęła się pogrążać w straszliwej recesji, pełniący wówczas funkcję sekretarza handlu, Hoover był jedyną osobą w szeregach nieudolnej administracji Hardinga, która zdawała się mieć pomysł, jak temu zaradzić: opowiadał się za wydatkami publicznymi i zachęcał czołowych ekonomistów w kraju do przekonywania do tego, że ożywienie gospodarki jest w zasięgu ręki4. I ta strategia odniosła skutek, a przynajmniej tak się wydawało, przynajmniej w tym sensie, że gospodarce udało się odbić od dna na tyle szybko, że kryzys z 1921 roku ledwie zaznaczył się w annałach dziejów Stanów Zjednoczonych.
Z tego właśnie powodu, spośród wszystkich ludzi, którzy mogli pełnić urząd prezydenta w 1929 roku, Hoover wydawał się najlepiej przygotowany nie tylko do tego, by uporać się z krachem na giełdzie, lecz może nawet do tego, by mu zapobiec. Obejmując Biały Dom, miał świadomość tego, że gospodarka w tym kraju od zbyt dawna pracuje na nadmiernie wysokich obrotach, i próbował przekonać do tego ludzi z Wall Street, Kongres i cały naród. Nie znajdując u nich jednak żadnego posłuchu, niestety się poddał i zwrócił się ku innym sprawom. A gdy doszło do krachu, miał przeciw sobie całą prasę, a wraz z utratą jej względów stracił również najpotężniejsze narzędzie kształtowania opinii publicznej. Próżnia ta miała okazać się zabójcza.
Choć był gorącym orędownikiem radia i pierwszym prezydentem, który zainstalował telefon na swoim biurku, Hoover pozbawiony był całkowicie umiejętności komunikowania się z opinią publiczną.
„Time”, jeden z nielicznych liczących się tytułów prasowych, które nie poparły jego kandydatury w wyborach, przed tym właśnie ostrzegał:
„W społeczeństwie umiarkowanych, pracowitych i niespektakularnych bobrów — pisano — tego pokroju człowiek-bóbr byłby idealnym królem—bobrem. Ludzie są jednak inni”.
Hoover popełnił największy błąd człowieka-bobra, próbując uspokoić społeczeństwo samą zmianą nazwy gospodarczego spowolnienia z „paniki” na „kryzys”, co być może było najgorszym zabiegiem wize-runkowym wszech czasów. Jedyną dobrą stroną paniki jest przecież to, że nie może trwać wiecznie. A kryzys? Kto wie, jak długo może trwać.
Roosevelt przeszedł do historii jako amerykański bohater, lecz w 1933 roku, w pierwszym burzliwym roku spędzonym w Białym Domu, kiedy wycofywał się z parytetu złota, niewielu upatrywało w nim jakąkolwiek przyszłą wielkość. Zrozumienie zasad działania gospodarki przez Roosevelta, jak pisał John Brooks, było „komicznie powierzchowne, a jego stosunek do niej — skandalicznie lekkomyślny”. A jednak Amerykanie jakoś mu zaufali i gdy cały świat się rozpadał, Stany Zjednoczone karmiły się jego szczodrą pewnością siebie. Ludzie rozpaczliwie pragnęli uwierzyć w cokolwiek. A jeśli czegoś już nie darzyli zaufaniem, to na pewno pieniędzy.
Kiedy przystępowałem do pracy nad tą książką, jednym z moich najważniejszych punktów odniesienia była praca A Night to Remember Waltera Lorda, porywająca klasyczna opowieść o zatonięciu Titanica. W odniesieniu do kryzysu 1929 roku pragnąłem dokonać tego samego, co Lordowi udało się w odniesieniu do tamtejszej straszliwej tragedii z roku 1912: ożywić w najdrobniejszym ziarnie i szczególe biografie osób, które znalazły się w epicentrum przełomowych zdarzeń historycznych. Kim dokładnie byli ludzie, których porwała lawina, jak wyglądało i jak smakowało ich życie? Lordowi udało się tego dokonać po mistrzowsku. Sam starałem się jednak oprzeć pokusie formułowania uogólnień, na jakie on mógł sobie pozwolić. „Poza wszystkim innym — pisał Lord — Titanic kład kres powszechnemu poczuciu bezpieczeń-stwa”7. Po spędzeniu tysięcy godzin na studiowaniu lat 20. wydało mi się bardzo mało prawdopodobne, by tego rodzaju „powszechne poczucie bezpieczeństwa” zniknęło dopiero wtedy.
Jeśli z XX wieku, a zapewne z całej historii, wynieść można jakąś jedną cenną lekcję, powinna być nią wiara w to, że społeczeństwa są zdumiewająco odporne na wszelkie przeciwności. Ludziom zawsze jakoś udaje się wyjść z najgorszych nawet opałów. Pod tym względem rok 1929 jest wyjątkowy, bo doprowadził do najdłuższego gospodarczego marazmu w historii Stanów Zjednoczonych. Ale sama trauma wynikająca z doświadczenia krachu minęła stosunkowo szybko.
Już wiosną 1930 roku Wall Street gotowe było ruszyć w dalszą drogę. Tyle że nie była na to gotowa reszta kraju, a sama Giełda ostatecznie pozbawiona była mocy sprawczej, jaką sobie przypisywała. Spustosze-nie, jakiego dokonały spadki kursów akcji, nie tylko w trakcie samego krachu, lecz przez większą część następnej dekady, przysporzyło milionom obywateli Stanów Zjednoczonych niewysłowionych cier-pień. Sprawiło, że nie tylko odwrócili się od giełdy, lecz znienawidzili również tych, którzy żyli z obracania akcjami.
A jednak siły, które wyniosły rynek na tak stratosferyczne poziomy — optymizm, ambicja i wiara, że przyszłość może być bez końca jaśniejsza — nie przepadły na zawsze. Nigdy nie przepadają.
Ostatecznie, historia zdarzeń roku 1929 nie jest opowieścią o stopach procentowych ani o regulacjach, ani o sprycie krótkoterminowej wyprzedaży, ani o porażkach bankierów. Jest opowieścią o czymś znacznie trwalszym: o ludzkiej naturze. Bez względu na niekończące się ostrzeżenia, niezależnie od wszystkich praw, jakie można spisać, ludzie zawsze znajdą nowe sposoby, by uwierzyć w to, że dobre czasy będą trwać wiecznie. Wezmą nadzieję za pewność. A w tej zbiorowej gorączce, ludzkość raz po raz będzie tracić głowę.
Niezapomniana lekcja nie dowodzi tego, że boomom można zapobiec, ani tego, że załamań da się całkowicie uniknąć. Płynąca z niej mądrość to konieczność pamiętania o tym, jak łatwo przychodzi nam zapomnieć. Antidotum na irracjonalny entuzjazm nie będą nigdy.
Fragment książki „1929” autorstwa Andrew Ross Sorkina, Wydawnictwo Poznańskie. Tytuły i lead od redakcji „Newsweeka”.
„1929”
Foto: Newsweek
ANDREW ROSS SORKIN
Jest wielokrotnie nagradzanym dziennikarzem „The New York Times” i współprowadzącym „Squawk Box”, porannego programu stacji CNBC. Jest również założycielem i redaktorem naczelnym „DealBooka”, internetowego, codziennego raportu finansowego publikowanego przez „The New York Times”. Sorkin jest autorem bestsellerowej książki Zbyt wielcy, by upaść i współproducentem adaptaji filmowej z 2011 roku, która była nominowana do jedenastu nagród Emmy. Sorkin jest również współtwórcą serialu Billions.




