Śledczy widział, że nie idę na współpracę, że nie odpowiadam na pytania. I wtedy zaczął poruszać temat dzieci. Mówił, że trafią do domu dziecka. Mówił, że w domach dziecka praktykuje się bicie dzieci po rękach pałką, jeśli są nieposłuszne. I że to wszystko czeka również moje dzieci — opowiada Antanina Kanawaława, która trafiła do białoruskiego więzienia za działalność polityczną.
W jaki sposób znalazła się pani wśród ofiar białoruskiego systemu represji?
Antanina Kanawaława: W 2020 r. byłam pełnomocniczką Swiatłany Cichanouskiej i koordynatorką sztabu w Mińsku oraz w obwodzie mińskim, a także koordynatorką wolontariuszy w całej Republice Białorusi. Można więc powiedzieć, że zakres moich obowiązków był bardzo szeroki. Zatrzymano mnie 6 września 2020 r.
Pierwszym zarzutem, który mi postawiono, był ten na podstawie artykułu 342 — chodziło o rzekome tamowanie ruchu. Następnie zarzut przekwalifikowano na artykuł 293 część 2, czyli udział w masowych zamieszkach, a wszystko to przeprowadzono jeszcze przez artykuł 13, czyli „przygotowanie” do obalenia władz państwa.
Zatrzymano panią na wiecu?
— Zatrzymano mnie już po zakończeniu całej kampanii wyborczej, kiedy spotkałam się z innymi osobami, żeby zastanowić się, co robić dalej.
Po wszystkich pikietach, które organizowaliśmy, zostały nam jeszcze takie półlegalne materiały: ulotki, opaski zaciskowe — wszystko było zapakowane do bagażnika. Trzeba było zdecydować, co z tym zrobić i jakie będą kolejne kroki. W tamtym momencie Swiatłana Cichanouska opuściła już Białoruś pod presją gróźb. Planowaliśmy iść na akcję protestacyjną, ale nie zdążyliśmy dotrzeć na miejsce. Zatrzymały nas oddziały milicji, w takich czarnych, opancerzonych busach, a dodatkowo był jeszcze radiowóz DPS, czyli drogówki.
Kiedy przewieziono nas do Rejonowego Wydziału Spraw Wewnętrznych (RUWD) dzielnicy Partyzanckiej w Mińsku, umieszczono nas w garażu, gdzie zwykle stoją radiowozy. Spędziliśmy tam około ośmiu godzin.
Dopiero później zaczęto nas przesłuchiwać — kim jesteśmy i czym się zajmujemy. Wtedy na Białoruś przyjechała rosyjska telewizja RT [Russia Today — przyp. red.], żeby „pomóc”, ponieważ wielu pracowników Biełaruś TV odmówiło dalszej pracy. Powiedziano im, że zatrzymano grupę osób, rzekomo należących do organizacji terrorystycznej, która miała zajmować się podejrzaną działalnością. Dodano, że w bagażniku auta należącego do owej grupy znaleziono różne transparenty i „zakazane materiały”. Pamiętam, że przyjechali do tego garażu, żeby nagrać z nami wywiad, ale wszyscy odmówiliśmy. W efekcie odjechali z niczym.
Już później, w samym RUWD, byłam przesłuchiwana. Przesłuchiwali mnie funkcjonariusze KGB oraz śledczy milicji. Wszystkie pytania dotyczyły kampanii wyborczej.
Co najbardziej interesowało śledczych?
— Bardzo ich interesowało, zwłaszcza funkcjonariuszy KGB, dlaczego w ogóle zaangażowałam się w tę kampanię wyborczą. Jakim sposobem wpadłam na pomysł, żeby założyć organizację „Kraj do życia” i ją oficjalnie zarejestrować. [Kraj do życia (biał. Краіна для жыцця) – początkowo, od 2019 roku, był to kanał na YouTubie prowadzony przez Siarhieja Cichanouskiego, który dał początek szeregowi inicjatyw związanych z obroną praw człowieka. Obecnie funkcjonuje na emigracji fundacja o tej nazwie zajmująca się pomocą udzielaną więźniom politycznym (stranafund.org) — przyp. red.]
Wtedy zrozumiałam, że to naprawdę bardzo ich dotknęło, bo nasza organizacja była autentyczna. Odniosłam wrażenie, że próbowali za wszelką cenę udowodnić istnienie jakichś powiązań zewnętrznych i próby przewrotu. W tamtym czasie oni po prostu bali się ogromnej liczby ludzi na protestach. Wydaje mi się, że przede wszystkim bali się siły, która wyszła na ulice. Naród nie był już tak łatwy do kontrolowania jak wcześniej. I to ich przerażało. Nie wiedzieli też, czego się po nas spodziewać. Tym bardziej że zdawali sobie sprawę, iż zatrzymali ludzi związanych z „Krajem do życia”, a to był w tamtym momencie główny przeciwnik Łukaszenki, którego on wyraźnie nie docenił.
Jak wyglądało to pierwsze przesłuchanie?
— To była raczej rozmowa prowadzona spokojnym tonem. W tamtym okresie nie formułowano jeszcze podczas przesłuchań otwartych gróźb. Grali w „dobrego i złego policjanta”: ktoś próbował pozyskać moje zaufanie, ktoś inny mówił: „grozi ci wyrok, zastanów się”. Zadawali różne pytania: co robiliśmy w sztabie, czym się zajmowaliśmy, co planowaliśmy dalej?
Udawałam naiwną. Mówiłam, że nic nie wiem, że jestem tylko zwykłą wolontariuszką. Zawsze trzymałam się właśnie tej wersji. Już po pierwszych przesłuchaniach organy ścigania dopuściły się wielu rzeczy, które były nielegalne. Na przykład wiem, że zgodnie z prawem białoruskim nie mieli prawa mnie zatrzymać na 24 godziny, ponieważ mam dwoje małoletnich dzieci — w tamtym czasie miały cztery i sześć lat. To jednak im w niczym nie przeszkodziło.
Rozumiem, że doszło już do aresztowania i umieszczenia w areszcie?
— Zabrano nas wtedy na Akreścina [główny areszt milicyjny w Mińsku — przyp. red.]., do słynnego aresztu w Mińsku. W tamtym czasie nie wiedziałam jeszcze, że istnieje podział na CIP (areszt administracyjny) i AUS (areszt śledczy). Kiedy podjechaliśmy na Akreścina, najpierw zawieziono nas do CIP-u. Problem polegał jednak na tym, że funkcjonariusze tego budynku nie otworzyli drzwi własnym kolegom.
Wtedy przewieziono nas do AUS-u. Być może to mnie w pewnym sensie uratowało, bo w CIP-ie w tamtym czasie było strasznie. Wtedy ludzi już bito, i to bardzo brutalnie. Jak się okazało w AUS-ie także. Gdy trafiliśmy do AUS-u, zaprowadzono nas do „szklanek”, czyli małych, ciasnych pomieszczeń.
Mniej więcej metr na metr. Bez okien, bez niczego, goły beton.
Przez jakiś czas staliśmy właśnie tam. Potem wyprowadzono nas na korytarz i tam było widać ślady krwi na ścianach, narożnikach, wszędzie.
To były naprawdę straszne rzeczy.
Chodziło o wzbudzenie przerażenia?
— Tak. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam, że zaraz będą nas bić. Funkcjonariusze byli bardzo agresywni. Chodzili w maskach, z pałkami, krzyczeli na nas, że jesteśmy „sektą”, że pierzemy ludziom mózgi, że „zaraz was nauczymy rozumu”. Wtedy po raz pierwszy taka myśl przemknęła mi przez głowę, że będą nas bić. Ale w tamtym momencie nas nie ruszyli.
Byliście jeszcze razem: kobiety i mężczyźni?
— Tak, byliśmy razem. Rozdzielono nas dopiero później, gdy zaczęto nas rozprowadzać po celach. Chłopaków zaprowadzono na drugie piętro, tam ich rozdzielili, a mnie zaprowadzono na czwarte piętro. Później mi powiedziano, że na czwarte piętro trafiają już ci, u których będzie sprawa karna. Dostałam też tak zwaną „pomoc humanitarną”: paczkę z papierem toaletowym, szczoteczką i pastą do zębów. Wydawało mi się to wszystko takie… zwyczajne. I myślałam sobie: „no dobrze, odsiedzę dobę, będzie sąd i wrócę do domu”. Wszystkie swoje rzeczy zostawiłam dziewczynom.
Tak jednak nie było… Mieli mnie sądzić następnego dnia, ale ten sąd odwołano. Ostatecznie postępowanie administracyjne odbyło się dzień później. To był poniedziałek, 8 września 2020 roku. Sam sąd administracyjny przebiegł jak we wszystkich przypadkach, dosłownie pięć sekund: pytanie, czy przyznaję się do winy, uderzenie młotkiem i koniec. Dostałam wtedy 40 stawek bazowych grzywny. Kiedy wyszłam z sali sądowej na korytarz, kazano mi czekać.
I wtedy zadzwonił telefon. Słyszałam już, że po mnie idą, bo nie oddano mi moich rzeczy. Wiedziałam, że ktoś zaraz wejdzie. I rzeczywiście: przyszło trzech mężczyzn w cywilnych ubraniach, nie przedstawili się, powiedzieli tylko, że muszę z nimi pojechać do Komitetu Śledczego (SK).
Zabrali mnie do siedziby SK w Mińsku, na ulicę Waładarskiego3. I tam zaczęło się już coś w rodzaju absurdu. Sam śledczy, który miał się mną zajmować, wyglądał tak, jakby w ogóle się mnie nie spodziewał. Był wyraźnie zaskoczony, że mnie przywieźli. Biegał w pośpiechu, nerwowo wypełniał dokumenty i nie mógł się zdecydować, jaki artykuł mi wpisać.
Najpierw napisał jeden, potem wyrzucił kartkę, poszedł, wydrukował kolejną… Wszystko odbywało się w takim chaosie, jakby sami nie wiedzieli, co ze mną zrobić. W skrócie: trzeba było mnie za coś przetrzymać chociaż trzy doby. A w Republice Białorusi obowiązuje zasada, że na podstawie samego „podejrzenia” organów można człowieka zatrzymać na 72 godziny.
Tak po prostu?
— Tak. Tak po prostu. I właśnie tak to zostało rozegrane. Wtedy wezwano mi adwokatkę. Z urzędu. I paradoksalnie jestem jej wdzięczna, bo udało jej się choć w minimalnym stopniu przekazać moim rodzicom informacje: że bardzo martwię się o dzieci, że płaczę, że jestem w złym stanie psychicznym.
Śledczy widział, że nie idę na współpracę, że nie odpowiadam na pytania. I wtedy zaczął poruszać temat dzieci. Mówił, że dzieci trafią do domu dziecka, że jestem wrogiem narodu, że moje dzieci też są wrogami narodu. Groził, że zrobią wszystko, aby moje dzieci „poczuły, co to znaczy być wrogiem narodu”. Opowiadał, jak potem zostaną adoptowane przez obcych ludzi, a mnie nikt nie poinformuje, do kogo trafią. Jak będą nad nimi znęcać się inne dzieci, czym będą je karmić, że będzie gorzej niż z psami. Siedziałam i tego wszystkiego słuchałam. Był jeszcze jeden szczególnie szokujący moment: mówił, że w domach dziecka praktykuje się bicie dzieci po rękach pałką, jeśli są nieposłuszne. I że to wszystko czeka również moje dzieci. To są rzeczy, które każdą matkę mogą złamać.
Nie udało mu się?
— W tamtym momencie byłam niesamowicie pewna moich rodziców. Wiedziałam, że nie pozwolą skrzywdzić dzieci. Poza tym już wcześniej wiedzieliśmy, do czego zdolne są służby. Podczas kampanii wyborczej mieliśmy z nimi do czynienia, wiedzieliśmy, jak na przykład zatrzymali nasze listy podpisów z poparciem dla Cichanouskiej razem z samochodami.
Dlatego nie zgodziłam się na nagranie wideo, choć mi to proponowano.
Mówili: podpiszcie umowę przedprocesową, opowiedzcie wszystko, co wiecie, a nawet trochę podkoloryzujcie, żeby kogoś obciążyć. Przecież Cichanouski, mąż Swiatłany, już siedzi, a Cichanouska jest za granicą.
Dla mnie to było dzikie i obrzydliwe. Bo nawet jeśli ktoś się na to zgodzi, to jak potem z tym żyć?
Mówili, że Swiatłana Cichanouska was zostawiła, sprzedała?
— Tak, dokładnie tak. Co więcej, uprzedzając trochę wydarzenia: kazano mi napisać podanie o ułaskawienie. Zmuszono mnie do tego, chociaż i tak nie miałam wyjść na wolność. I kazano mi wpisać zdanie, że Swiatłana Cichanouska uważa naród Republiki Białorusi za „mięso”. Dla nich było kluczowe, żeby członek jej zespołu użył takich słów. Skoro członek zespołu tak twierdzi, znaczy, że to prawda. A przecież w rzeczywistości Swieta jest niezwykle empatycznym, dobrym człowiekiem, który naprawdę przejmuje się losem narodu białoruskiego, wielu prezydentom bardzo daleko do takiej postawy.
Co było później, po tych nieudanych próbach namówienia pani do zdrady własnego środowiska?
— Sprawa karna, 11 miesięcy w areszcie na Waładarskiego, potem dwa miesiące w Homlu, a następnie kolonia karna K-4 w Homlu. I ciekawa rzecz: kiedy już znasz ten system od środka, zauważasz różnice między jego elementami. Kiedy przewieziono nas z Waładarskiego do homelskiego aresztu śledczego, strażnicy ciągle krzyczeli: „Tutaj to nie Waładarskiego!”.
I wtedy zrozumieliśmy, że między poszczególnymi aresztami panuje rywalizacja i nieufność. To dokładnie tak samo jak w strukturach KGB czy MSW — kto zrobi „grubsze” śledztwo, kto weźmie „mocniejszą” sprawę.
Tam też trwa ciągłe współzawodnictwo. To samo dzieje się w koloniach karnych. Tam też wszyscy na siebie donoszą. Tak wygląda system: jest w gruncie rzeczy wszędzie taki sam, tylko gdzieś działa ostrzej, a gdzieś trochę łagodniej.
Jakie były warunki na Waładarskiego?
— Szczerze mówiąc, gdy tam trafiłam, obowiązywały dość absurdalne zasady.
Nie wolno nam było siedzieć na górnym poziomie piętrowego łóżka, można było tylko na dolnym albo na ławce, nie wolno było spać w ciągu dnia. Z czasem zaczęło przyjeżdżać coraz więcej więźniów politycznych, potem pojawili się także zwykli przestępcy i reżim na Waładarskiego po prostu się załamał. Wtedy strażnicy mówili już wprost: „Słuchajcie, będzie kontrola, nie przesadzajcie, włączcie telewizor i połóżcie się, udawajcie, że oglądacie”. Tak to wyglądało. Wielu funkcjonariuszy, którzy tam wtedy pracowali, dziś już tam nie pracuje — jedni poszli do innych wydziałów, inni całkowicie zmienili branżę. Nie mogę powiedzieć nic jednoznacznie złego o Waładarskiego.
Oczywiście były pewne momenty, na przykład jeden z funkcjonariuszy operacyjnych próbował mnie namówić na spotkanie z „bardzo ważnymi ludźmi”, bo nie bardzo wiedzieli, kim jestem. W dokumentach nigdzie nie figurowałam, ale mieli jakieś informacje, że byłam w sztabie, że uczestniczyłam w kampanii wyborczej. Ja jednak konsekwentnie powtarzałam: „Tak, byłam wolontariuszką”. O tym, że miałam bliski kontakt ze Swiatłaną Cichanouską, oni nie wiedzieli — i ja to zdecydowanie negowałam. Nie mogli mnie zaszufladkować, nie wiedzieli, kim jestem i jaką rolę odgrywałam. Pamiętam, że mój adwokat ciągle mówił: „Tonia, ty jesteś szarą eminencją”.
Później próbowali jeszcze innego manewru: zaproponowali mi widzenie z mężem, który w tamtym czasie też był już zatrzymany. Mówili, że to on był inicjatorem i że możemy się spotkać. Odpowiedziałam: „Skoro on był inicjatorem, to niech sam ze sobą się spotyka”. Powiedziałam wprost: „Ja nic nie wiem, nic mu nie mam do powiedzenia. Jestem zwykłą wolontariuszką”.
I wtedy dali mi spokój, bez gróźb, bez dalszej presji. Jeśli chodzi o areszt śledczy, to oczywiście jest ciężko. Trudno jest przebywać w czterech ścianach, trudno znosić rygor — pobudka o szóstej, cisza nocna o dziesiątej. Trudno żyć od listu do listu, od paczki do paczki. Pamiętam, że cieszyłyśmy się z każdej paczki, którą ktoś przynosił. I nie chodziło nawet o jedzenie. Chodziło o to, że jeśli ktoś przyniósł paczkę, to znaczyło, że z tą osobą wszystko w porządku. Najważniejsze było zobaczyć nazwisko na dokumencie. To była wiadomość: „żyję, jestem, wszystko jest w miarę okej”. Każdy miał swoje znaki, swój kod. Ktoś rysował uśmiechnięte buźki, ktoś przekazywał drobne sygnały. Marfa Rabkowa i jej mąż w ten sposób prowadzili swoją korespondencję. Przez symbole, przez drobne znaki rozpoznawcze. On wysyłał jej rysunek buźki — jeśli narysował smutną minę, to znaczyło, że jest źle. Jeśli gdzieś był narysowany wesoły uśmiech, to znaczyło, że wszystko w porządku. Najczęściej rysował je na opakowaniach po piernikach albo na drobnych kartkach.
Ile osób znajdowało się w jednej celi? Były przeludnione?
— Nie, na Waładarskiego nie było tak jak w Żodzinie. To właśnie w Żodzinie cele były zawsze przepełnione i mam wrażenie, że była to forma dodatkowej kary. U nas krążyły plotki, że z powodu ogromnej liczby więźniów politycznych mogą zacząć „upychać” więcej osób w celach, ale w praktyce tak się nie stało. Mieliśmy celę na osiem osób. Gdy trafiłam tam w 2020 roku, byłam jedyną polityczną. Pamiętam, że bardzo się bałam wejścia do tej celi, bo wcześniej naoglądałam się rosyjskich filmów i seriali więziennych.
Wydawało mi się, że trafię na jakąś „twardą” kobietę, która będzie bić albo zmuszać do czegoś. Ale nic takiego się nie wydarzyło. Większość dziewczyn siedziała z artykułu 328, czyli za posiadanie narkotyków. Nie mogę Antanina Kanawaława 38 powiedzieć, że przyjęły mnie od razu ciepło. Mogę jednak zrozumieć ich zachowanie. Gdy siedzisz półtora roku i masz dostęp tylko do państwowej telewizji, to bardzo trudno jest zachować zdrowy osąd sytuacji.
One też były pod wpływem propagandy?
— Pierwsze, co od nich usłyszałam, to: „przez was nie mamy rozpraw sądowych”.
One czekały bardzo długo na swoje procesy, a wszystkie sądy były zajęte nami, politycznymi. To był właściwie jedyny zarzut, jaki wtedy padł.
Nie było jednak jakiejś otwartej, agresywnej nienawiści. Potrzebowałam mniej więcej półtora miesiąca, żeby je przekonać, pokazać im, że nie robimy nic złego i że to, co się naprawdę dzieje w Białorusi, wygląda zupełnie inaczej niż w telewizji. Tłumaczyłam im, że matki osób oskarżanych z artykułu 328, które bardzo walczą o swoje dzieci, w rzeczywistości walczą też wspólnie razem z nami z władzą. Że to jest walka nie tylko o więźniów politycznych, lecz także o nie. I kiedy później wyjeżdżały już do kolonii, żegnały się ze mną ze słowami „dziękuję”. Mówiłam im wtedy: „Teraz już potraficie czytać wiadomości między wierszami i rozumiecie, jaka jest atmosfera. Nie wierzcie w to wszystko dosłownie — tak, jak mówią, nigdy nie będzie”.
A czy ze strony funkcjonariuszy była jakaś przemoc, złe traktowanie?
— Nie. Ani na Waładarskiego, ani w Homlu niczego takiego nie doświadczyłam.
W Homlu zdarzało się bardziej szorstkie, surowe podejście, bo tamtejsi funkcjonariusze uważali, że Waładarskiego to „sanatorium”, a u nich jest „prawdziwy reżim”, więc próbowali go wszelkimi sposobami zaostrzać.
Ale nie było przemocy. Strażnicy raczej próbowali jakoś współpracować, dogadywać się, oczywiście w granicach tego, na co system im pozwalał.
Trzeba jednak rozumieć, że opieka medyczna praktycznie nie istnieje.
Nie z ich winy, tylko dlatego, że system jest źle zbudowany. Felczerzy robili wszystko, co było w ich mocy. Wiem, że jeden z felczerów na Waładarskiego popełnił samobójstwo. Był naprawdę dobrym człowiekiem, bardzo się starał pomagać, szukał zamienników leków, nawet wtedy, gdy ich formalnie nie było. Jeśli traktowało się ludzi po ludzku, oni również traktowali innych po ludzku. Jeśli — nazwijmy to wprost — ktoś „pyskował”, czyli przekraczał pewną granicę, próbował się kłócić z funkcjonariuszami, to wtedy tak — oni odpowiadali agresją.
Co było po areszcie na Waładarskiego?
— Zawieźli mnie do Homla. Mnie przewieźli najpierw do homelskiego SIZO, czyli aresztu śledczego. Stało się to dwa dni przed rozpatrzeniem mojej apelacji. Sądził mnie Miński Sąd Miejski, więc jedyną instancją, która mi pozostała, był Sąd Najwyższy. I właśnie przed samym posiedzeniem mnie tam wysłali.
Dlaczego tak zrobili?
— W tamtym czasie nie robiono tego bez powodu. Jeśli przewożą cię dwa dni przed rozprawą, to już wiesz, że nic się nie zmieni i że Sąd Najwyższy cię nie uniewinni. W Białorusi wymiar sprawiedliwości nie działa tak jak w Polsce, gdzie, jeśli sąd się myli, sprawa może zostać cofnięta do ponownego rozpatrzenia. U nas takiego mechanizmu nie ma. Instancja wyższa nigdy nie przyzna, że instancja niższa popełniła błąd. Nigdy. Albo zapadnie taka sama decyzja, albo wyrok będzie jeszcze surowszy. Bywały przypadki, że Sąd Najwyższy czy sądy obwodowe dokładały kolejne lata.
To się zdarza i jest praktykowane.
Jaki ostatecznie zapadł wyrok w pani sprawie?
— Pięć i pół roku. Wyrok dostałam m.in. za rzekomy związek z kanałem telegramowym „Armia z narodem”. Mój mąż był administratorem tego kanału i uznano, że żona „na pewno wiedziała”. Do tego doszły zeznania innych osób, składane pod presją, oraz narracja, że występowałam pod nickiem „córka pułku”. To rzeczywiście był jeden z elementów tej farsy.
Na tej podstawie oraz na „dowodach”, że do kanału został wprowadzony funkcjonariusz KGB, zbudowano całą bazę dowodową mojego oskarżenia.
Choć nie miałam z tym kanałem absolutnie nic wspólnego. W żadnym z moich telefonów nie znaleziono tego kanału. Mój nowy adwokat, zorganizowany przez środowisko obrońców praw człowieka, przygotował bezbłędną linię obrony — wykazał, że ten nick do dziś istnieje, że ktoś nadal pisze w jego imieniu. To nic nie dało. Powiedziano po prostu, że wszystko można podmienić, wszystko można sfabrykować.
Dodatkowa, osobna sprawa została sklecona z oskarżeń o udział w legalnych pikietach kampanii wyborczej, z dokumentów różnych administracji miejskich, z legalnych ulotek, a nawet dołączono identyfikator ze sztabu Swiatłany Cichanouskiej.
Pięć i pół roku… to bardzo dużo.
— Tak. W 2021 roku był to jeden z najwyższych wyroków dla kobiet. Z sali sądowej pamiętam przede wszystkim poczucie niesprawiedliwości i niezrozumienia.
Kiedy prokurator ogłosił swój wniosek, już wiedziałam, że dostanę właśnie tyle, byleby sędzia nie dał więcej. Walka toczyła się już tylko o to. Na etapie zapoznawania się z aktami brakowało funkcjonariuszy, więc przysyłano młodych pracowników z obwodu brzeskiego czy mohylewskiego, żeby po prostu siedzieli i pilnowali, jak czytamy materiały.
Wszyscy mi mówili: „Dostaniesz trzy lata, może nawet wyjdziesz do domu, bo masz małe dziecko”. A ja dostałam pięć i pół roku i jeszcze w uzasadnieniu napisano, że okolicznością łagodzącą jest małe dziecko. Tak… to było dziwne i bardzo ciężkie doświadczenie, bo człowiek nie rozumie, za co właściwie go skazano. Pamiętam, że podczas ostatniego słowa zwróciłam się do swojego adwokata i powiedziałam mu, że nie jestem w stanie nic powiedzieć. Po prostu nie mogłam. Łzy same leciały, a jednocześnie rozumiałam, że muszę jakoś zareagować — bo czekali na to moi rodzice, przyjaciele, bo to miały być moje ostatnie słowa. Więc przez łzy jednak je wypowiedziałam. A kiedy już jechałam z powrotem na Waładarskiego, wiedziałam jedno: nie wolno mi już płakać, nie mogę pokazywać słabości.
Musiałam się uspokoić. Trzeba oddać funkcjonariuszom jedno: wobec osób, które już mają wyrok, zwykle nie stosują przemocy. Kiedy mnie przywieźli i próbowali przetrzymać ponad godzinę, zaczęłam się awanturować.
I to ostro. Najpierw trafia się do „odstojnika” — takiego miejsca przejściowego w areszcie, a dopiero potem prowadzą do właściwej celi.
Kiedy po ogłoszeniu wyroku położyłam się na pryczy i otworzyło się to małe okienko w drzwiach — „karmuszka” — powiedziałam tylko: „Mam wyrok”. Usłyszałam: „Dobra, dobra”. Pamiętam, że wieczorem komunikowaliśmy się przez wewnętrzny system porozumiewania się przez okna.
Nad moją celą siedział Uładzimir Cyhanowicz — znany bloger, był tam też mój przyjaciel i jeszcze jeden chłopak z Brześcia, któremu wcześniej dali 10 lat za „masowe zamieszki”. On siedział z art. 293 i dodatkowo z art. 139 — oskarżono go o zabójstwo kolegi, choć na nagraniach widać, że to funkcjonariusz zastrzelił jego przyjaciela.
Uładzimir zapytał mnie wtedy, ile dostałam. Gdy powiedziałam, odpowiedział: „Nie bój się, damy radę. Nie będziemy tu siedzieć tak długo”.
***
Antanina Kanawaława wyszła na wolność 10 grudnia 2024 r., ale nie mogła opuścić Białorusi. W końcu udało jej się uciec z kraju przez granicę z Litwą. Jej rodzina zamieszkała w Polsce.
***
Fragment rozmowy z Antaniną Kanawaławą z książki „Archipelag Białoruś. Relacje byłych więźniów politycznych”, wydanej przez Ośrodek Studiów Wschodnich im. Marka Karpia
Okładka książki „Archipelag Białoruś. Relacje byłych więźniów politycznych
Foto: OSW





