Karol Nawrocki z pompą obchodził pierwszą rocznicę urzędowania w pałacu prezydenckim. I słusznie. Ale dlaczego nikt nie wpadł na to, by obejść rocznicę drugiej porażki Rafała Trzaskowskiego? A niewyciągnięcie wniosków z tej klęski to proszenie się o następne porażki.

Może tylko ja tak mam, ale wciąż bardziej interesuje mnie przegrany Trzaskowski niż wygrany Nawrocki. Porażka i pokonani zasadniczo są ciekawsi niż triumfy i triumfatorzy. Klęski są mitotwórcze, przegrywy malownicze. Lubimy zajmować się tymi, którym się nie udało, którzy coś spartaczyli. Stąd bierze się popularność festiwali złych filmów i kult uważanego za najgorszy obraz wszech czasów „The Room”. Stąd ponadnarodowa fascynacja wiecznie przegrywającą piłkarską reprezentacją San Marino. Stąd takie, a nie inne opowiadanie o historii. Ktoś w ogóle pamięta, z kim Napoleon przerżnął bitwę pod Waterloo?

Wypieranie tej klapy, a to właśnie uskuteczniają liberalni demokraci, jest błędem kardynalnym.

49,11 proc. do 50,89 proc. sprzed roku ma kapitalne znaczenie dla najnowszej historii Polski, powinno zostać wnikliwie przestudiowane i zapamiętane. To pewnie jedno z największych „co by było, gdyby…” w historii III RP. Historia Polski potoczyłaby się inaczej, gdyby Stan Tymiński pokonał Lecha Wałęsę w 1990 r., a naród nie dowiózł frekwencji podczas referendum akcesyjnego w 2003 r. W obu przypadkach wynik nie był jednak tak blisko jak rok temu. Kilka błędów mniej (tyle tego było, że trudno coś wybrać) i dziś mielibyśmy ustawę o związkach partnerskich, uporządkowane sądownictwo, ustawę regulującą rynek kryptowalut i — być może to najważniejsze — zupełnie inną perspektywę na najbliższe lata.

Nie chodzi o to, żeby kopiować pomysł prezydenta jeden do jednego. Punktem kulminacyjnym imprezy Nawrockiego był wyścig osób, które udają, że wykonują pracę dziennikarską, o to, kto najbardziej powie, że gospodarz imprezy jest najwspanialszy i najwybitniejszy i że w całym wszechświecie nie ma prezydenta, który byłby doskonalszym prezydentem. Rywalizację Doroty Gawryluk, Rafała Ziemkiewicza i Krzysztofa Stanowskiego uznaję za nierozstrzygniętą, lecz jestem przekonany, że doczekamy się kontynuacji.

Konsolacja u Trzaskowskiego — nie upieram się przy nazwie — miałaby jednak inny charakter i cele. Zastanówcie się, ile osób może powiedzieć, że dwukrotnie przegrywało wybory prezydenckie w drugiej turze? Ile to doświadczeń, obserwacji, wniosków. Niejeden coach chciałby mieć coś takiego w życiorysie. Gdyby tylko prezydent Warszawy chciał, mógłby zalewać swoje konto na LinkedInie pseudomądrościami o podnoszeniu się po porażkach, wyciąganiu wniosków i pozostawaniu w zgodzie ze sobą.

Bez ponownego przeżycia tej ubiegłorocznej kampanii, bez zadania sobie trudnych pytań nie da się przerwać tej straceńczej sztafety pokoleń. Rok temu wraz z Dominiką Długosz nagraliśmy podcastową serię o polskich kampaniach prezydenckich „Na prezydenta tylko ty”. Te same mechanizmy, o których mówiliśmy, opowiadając o staraniach Tadeusza Mazowieckiego i Bronisława Komorowskiego, widzieliśmy później u Rafała Trzaskowskiego. Lata mijały, Polska się zmieniała, a demokraci bardziej niż z rywalami przegrywali z pychą, chaosem i przekonaniem o własnej wielkości. Wszyscy wyżej wymienieni byliby przecież lepszymi prezydentami niż ci, którzy wygrali, prawda?

Odsuwanie od siebie tej porażki jest proszeniem się o kolejną. Kiedyś będą kolejne wybory. I demokraci zapewne znów będą mieli bardziej rozpoznawalnego i kompetentnego kandydata. I znów będą zdziwieni, jeśli nie wygrają. Nie ma nawet żadnych dowodów na to, że obóz demokratyczny zrozumiał już, że wybory nie są o tym, kto ma lepszego kandydata, tylko o tym, kto ma kandydata, który może wygrać.

A jeśli komuś brakuje jeszcze powodów, by przyjrzeć się tej porażce, niech spróbuje spojrzeć na nią z innej perspektywy. Dwa lata temu Karol Nawrocki miał w CV szefowanie Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku oraz Instytutowi Pamięci Narodowej, szemraną przeszłość oraz napisaną jako Tadeusz Batyr biografię gangstera „Nikosia”. I żadnej pozycji politycznej. Dziś jest prezydentem dobrze ocenianym przez ponad połowę Polaków i może zostać liderem polskiej prawicy od Grzegorza Brauna po PiS. Łatwo sobie wyobrazić scenariusz, w którym to właśnie on wytypuje premiera po wyborach w 2027 r. I to jest problem, który demokraci sami sobie stworzyli.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version