Na Tinderze? Owszem, choć to już zbyt oczywiste. Coraz częściej małżonkowie i stali partnerzy szukają kochanków w takich miejscach, jak dyskoteka w innym mieście, specjalny portal dla zdradzających oraz… biuro matrymonialne.
– Wstydzę się, że lekceważyłam swoją intuicję i zbyt mocno zaufałam konsultantce biura matrymonialnego – przyznaje Elżbieta (48 l.). Trzy lata temu się rozwiodła. Mąż rzucił ją dla koleżanki z pracy, zakochał się na zabój. Nie chciał niczego ukrywać, przyszedł z tym do Elżbiety niemal od razu. Rozstali się bez wielkich walk, z szacunkiem za spędzone dwadzieścia dwa lata. Ona przez półtora roku przeżywała klasyczną żałobę: wyparcie, niedowierzanie, pretensje do losu i byłego już męża, aż wreszcie powolna akceptacja nowego stanu rzeczy.
Kiedy się już wypłakała, uznała, że przyszedł czas na nową relację. Nie chciała rzucić się w wir randkowania i romansowania z różnymi mężczyznami. Marzyła o drugiej wielkiej miłości. Miała dość samotności; jedyny syn studiował w Hiszpanii, a ona od rozwodu marzyła o bliskości i czułości.
Na stałe, alternatywnie
– Po kilku tygodniach na Tinderze zwątpiłam w mężczyzn, natrafiałam wyłącznie na propozycje szybkiego seksu lub romansu. Przyjaciółka poradziła mi, aby zgłosiła się do biura matrymonialnego. Nie sądziłam, że te biura jeszcze istnieją, ale okazało się, że to wciąż popularne forma szukania kogoś na stałe – opowiada. No właśnie, na stałe.
O ile często na aplikacjach przyjmuje się (bezpośrednio lub domniemując), że różne osoby chcą tylko jednorazowej przygody lub romansu bez zobowiązań, o tyle do biura mają już zgłaszać się poważnie myślący o relacjach ludzie.
Konsultantka podsunęła Elżbiecie dwie kandydatury: szybko zdecydowała się na jedną z nich. Artur, 55-latek, miał w sobie luz, niewymuszoną elegancję, choć— zdaniem Elżbiety— zbyt gorliwie za każdym razem zapewniał, że szuka miłości na całe życie, bo ma dość samotności. Deklarował, że jest wdowcem, a ukochana córka mieszka w innym mieście. Nie lubił randkować na mieście, unikał kawiarni, kina, spacerów po parku. Powtarzał, że marzy o domowych pieleszach, bo tego od lat mu brakuje.
– Po kilku miesiącach spotykania się, kiedy już regularnie, w każdy weekend u mnie nocował, poza tym mieliśmy za sobą tygodniowy urlop na Maderze, napisała do mnie na Facebooku żona Artura. Właśnie odkryła moje istnienie i naszą bogatą korespondencją na komunikatorach. Była w szoku, ale ja byłam chyba w jeszcze większym, bo już wyobrażałam sobie mój drugi ślub. Z Arturem, który podobno był wdowcem, spragnionym miłości – mówi Elżbieta.
Nigdy więcej nie rozmawiała ani z Arturem, ani z jego żoną. On ją zablokował wszędzie, gdzie się dało; obcych połączeń nigdy nie odbierał. Niczego nie wyjaśnił, nie przeprosił. – Zniknęli dla mnie oboje, z dnia na dzień – kwituje Elżbieta.
Zrozumiała, że Artur kłamał jak z nut. Szukał tylko alternatywnej relacji, bo żonę przecież miał.
To nie jest odosobniony przypadek. Tysiące ludzi w Polsce intencjonalnie szukają tej trzeciej lub tego trzeciego. Czym innym jest przypadkowe natrafienie na osobę, która nas zauroczy, a czym innym są zaplanowane, aktywne i sekretne poszukiwania kogoś do alternatywnej relacji.
Błąd
– Szukanie kochanków to obecnie norma, a dla niektórych sposób na życie – komentuje prywatny detektyw Dariusz Korganowski, szef ogólnopolskiej grupy Top Detektyw, były funkcjonariusz policji i twórca akcji społecznej „Samotność to nie wyrok”. Jego pracownicy, podobnie jak on sam, każdego tygodnia wykrywają co najmniej kilka małżeńskich zdrad oraz istnienie „tych trzecich”.
– Od dłuższego czasu zgłaszają się do nas również osoby, które chciały znaleźć kochanków przez biura matrymonialne, a zostały oszukane, w tym finansowo. Obserwuję, że użytkownicy znudzeni Tinderem i innymi aplikacjami randkowymi uważają klientów biura matrymonialnego za osoby zawsze uczciwe. Błąd! Należy zauważyć, że biuro matrymonialne to po prostu podmiot gospodarczy, który nie zapewni pełnej weryfikacji i bezpieczeństwa. Owszem, wypełnia się tam szczegółowe ankiety, odpowiada na pytania konsultantów itd. Ale czasem znacznie później okazuje się, że osoba przedstawiła fałszywe dokumenty. Dziś nie ma żadnego problemu, aby zakupić „fejkowy” dowód osobisty przez internet– opowiada detektyw.
Niedawno zrealizował zlecenie od klienta, dojrzałego mężczyzny, który został oszukany finansowo przez kobietę, poleconą przez biuro matrymonialne. Detektyw szybko odkrył, że ta osoba oficjalnie nie istnieje, gdyż wszystkie jej dane i dokumenty były fałszywe. I szukaj wiatru w polu.
Skok w bok
„Najlepsza strona dla zdradzających”, „Pozamałżeński seks”, „Szukasz stron do skoku w bok? Przedstawiamy 5 najlepszych”. W sieci jak grzyby po deszczu powstają specjalne portale i fora dla małżonków oraz osób w stałych związkach, którzy mogą znaleźć kogoś do romansu lub na jedną noc. Bez zobowiązań. – Ludzie uwięzieni w nieszczęśliwych małżeństwach czy relacjach to istna plaga; samotność w związku jest realnym, powszechnym problemem w Polsce – kręci głową detektyw. – Pary, będące 15, 20, 30 czy 40 lat po ślubie często żyją ze sobą z przyzwyczajenia. W rutynie. Nie zawsze chcą się rozwodzić, więc poszukują „tej trzeciej”, „tego trzeciego”. Poza tym obserwuję kolejny nowy popularny trend, o którym też należy głośno powiedzieć, choć stanowi tabu. Otóż polskie małżeństwa coraz częściej szukają kobiety lub mężczyzny do seksualnego trójkąta, zgadzając się tym samym na „zdradę”.
Korganowski dostrzega nową falę młodych małżeństw, w których jedna strona pragnie znaleźć lub już posiada kochankę/kochanka. Niedawno prowadził sprawę 25-letniej klientki, która po 8 miesiącach od ślubu odkryła, że mąż ma romans. To była ich wspólna koleżanka, która bawiła się na ślubie i weselu tej pary. Okazało się, że mąż i koleżanka sypiali ze sobą od dawna.
A czy wątek poszukiwań romansu jest wnoszony w gabinecie terapeutycznym?
– Owszem, bardzo często – komentuje Amanda Staniszewska — Celer, psycholożka, seksuolożka i psychoterapeutka. – Słyszę nieraz, że albo ktoś już sobie znalazł kochanka czy kochankę, albo właśnie szuka. I czasami to pragnienie budzi w tej osobie wyrzuty sumienia, pewną niezgodę. Chce wiedzieć, skąd pojawia się taka potrzeba, czy da się to zmienić? Czasem pacjent ma już relację alternatywną, z której chce wyjść, lecz nie wie, jak. I przychodzi po pomoc – relacjonuje.
Jeden z pacjentów, pięćdziesięcioletni mężczyzna, który jest z ukochaną żoną od wielu lat, narzeka na brak namiętności i rutynę. Więc teraz szuka kobiety, która zgodzi się być tą trzecią, spotka się z nim raz na jakiś czas i – co ważne – nie będzie miała żadnych oczekiwań. Bo mężczyzna rozwodu nie chce brać. Łączą go z żoną dzieci, wspólne życie, pasje. Ale związek intymnie stał się pusty.
Majątek i wygoda
Dlaczego ludzie intencjonalnie szukają kochanka lub kochanki?
– Najczęściej z powodu braku bliskości i namiętności w bazowym związku, a ta ostatnia oczywiście wygasa z biegiem czasu – odpowiada psychoterapeutka. –Małżonkowie tęsknią za porywami serca, za zakochaniem. Szukają ekscytacji, pożądania lub potwierdzenia swojej atrakcyjności: ten powód jest bardzo częsty. Narzekają, że nie są zauważani w domu przez bliską osobę, wątpią w swoją wartość. Nawet jeśli słyszą komplementy, to one po latach powszednieją… Jednocześnie nie chcą zostawiać małżonka czy współpartnera, bo tak wiele ich łączy: dom, dzieci, przeżycia lub choćby tylko wspólny majątek, wygoda. Nowa osoba zazwyczaj podnosi naszą samoocenę, poczucie własnej atrakcyjności. Coraz częściej w „tej trzeciej” szukamy emocjonalnego wsparcia, rozmów, wysłuchania, bliskości – dodaje.
Ale nie zapominajmy o tym, że z definicji „tych trzecich” szuka się po to, aby realizować nowe, płomienne życie seksualne. Albo w ogóle je sobie reaktywować, bo na przykład w bazowym związku niemal nie istnieje. Albo panuje potężna rutyna. Bywa, że kochanek czy kochanka to jedyna osoba, z którą ktoś realizuje niesztampowe lub kontrowersyjne (jak praktyki BDSM: duszenie, chłosta, itd.) fantazje seksualne. Kochanka zazwyczaj nie osądzi, a żona mogłaby wyzwać od „zboków”.
Na łowy
Paweł, 30-latek, dwa razy do roku jeździ z kolegami na tzw. męskie wypady. Akceptują to partnerki jego czterech kolegów i oczywiście własna narzeczona. Panowie rezerwują weekend w znanej sieci luksusowych hoteli w Wiśle, Karpaczu lub w Mikołajkach. Od rana piją whisky, pluskają się w jacuzzi i w basenie, grają w kręgle, lecz przede wszystkim dwie noce z rzędu „odpinają wrotki”.
Zachowują się jak zadeklarowani single; kolega, który ma żonę, chowa obrączkę do sejfu na cały weekend. Szaleją, tańczą, stawiają sobie kolejki, bawią się do rana. Zazwyczaj w towarzystwie nowopoznanych, atrakcyjnych towarzyszek, z którymi potem nie utrzymują kontaktu. Zasada jest prosta: nigdy nie opowiadają o szczegółach weekendu partnerkom, a one nie dopytują, co się działo. – Moja narzeczona też jeździ na te swoje kobiece wypady: malowanie przy winie, warsztaty tworzenia biżuterii czy rozwojowe, a ja nie wnikam, co dokładnie tam jeszcze robi – wzrusza ramionami Paweł.
Dariusz Korganowski wielokrotnie bywał na akcjach w eleganckich hotelach połączonych ze SPA w całej Polsce. Na terenie obiektu są zwykle bary, dyskoteka, liczne atrakcje. – Widuję tam zwykle 4- czy 6-osobowe grupy kobiet i mężczyzn, którzy przyszli na łowy. Chcą się ostro zabawić, piją, ćpają, chętnie poznają nowe osoby, z którymi wchodzą szybko w romans. Zwykle nikt się nie przyznaje do tego, że jest w związku. Niejednokrotnie wszyscy lądują z kimś w łóżku, taka nowa norma.
Psycholożka Amanda Staniszewska-Celer przyznaje, że niebagatelną rolę w posiadaniu kochanków odgrywa ryzyko, dreszcz emocji. Tajemnica. Raz do jej gabinetu przyszła na terapię para 40-atków. Kobieta i mężczyzna byli wcześniej kochankami (mieli bazowe związki, z których wyszli). – I nagle okazało się, że kiedy ukrywali się przez dwa lata jako kochankowie, to wszystko było cudownie. A gdy zostali „legalną” parą, zaczęło być jakoś nudno, przewidywalnie…
Zły mąż, zimna żona
Są tacy, którzy wchodząc w romans, tłumaczą: „raz się żyje”, „coś mi się przecież należy, ciężko pracuję, nikt mnie nie docenia”, „korzystam z życia i już”. – Tak, tak, często stosujemy tego typu mechanizmy obronne, które mają zmniejszyć poczucie winy i wyrzuty sumienia – wyjaśnia psychoterapeutka. – Pojawia się także obwinianie drugiej strony, że „to przez nią/przez niego ja muszę sobie kogoś znaleźć”. Powodem bywa „zły, despotyczny mąż”, „niemiła, zimna żona” itd.
Amanda Staniszewska-Celer zna historie ludzi szukających kochanków przez biura matrymonialne, bo to bezpieczne środowisko: osoby są zarejestrowane, dyskretne. – To szukanie staje się bardziej komfortowe niż na Tinderze, gdzie ryzykujemy, że ktoś nas rozpozna, zobaczy. Poza tym w biurze znajdziemy głównie osoby, które spełnią wysokie wymagania, bo przeszły przez sito selekcji – przypomina.
Przypomina sobie mężczyznę przed 30-tką, który przyszedł na terapię indywidualną z ciekawym (choć dla niego zupełnie najzwyklejszym) przekonaniem. Otóż twierdził, że monogamia nie istnieje i właśnie tak funkcjonuje cały świat. Był w stałym związku, ale powtarzał, że zawsze można mieć kogoś na boku, jedynie trzeba zachować sporą ostrożność i dyskrecję.
– Bywa, że kochanek ma stać się dla kogoś sposobem na nudę – przyznaje Amanda Staniszewska-Celer. Dopiero kiedy wprowadzamy tę „trzecią” osobę do naszego życia, ono wreszcie staje się ekscytujące.