Osadnictwo żydowskie odbywało się kosztem najbiedniejszych arabskich pasterzy i rolników. Po sprzedaży ziemi musieli się wyprowadzić, co oznaczało dla nich finansową i życiową katastrofę. Masowe eksmisje musiały doprowadzić do buntu.

W kwietniu 1936 r. palestyńska banda zabiła dwóch Żydów. W Tel Awiwie tysiące ludzi wyszły na ulice i pomaszerowały do arabskiej Jaffy, gdzie zdemolowały kilka ulic i pobiły wielu Arabów. W odpowiedzi arabscy robotnicy w całej Palestynie rozpoczęli strajk generalny i zapowiedzieli, że wrócą do pracy, kiedy zostanie wstrzymana imigracja Żydów i sprzedaż arabskiej ziemi. Na prowincji palestyńskie grupy niszczyły tory kolejowe i uszkodziły nowo otwarty rurociąg naftowy z irackiego Kirkuku do Hajfy. Atakowały też kibuce i podpalały sady owocowe wokół nich. Wiosną i latem zginęło około 70 Żydów.

„Nie zaprzeczam, że nasza polityka na Bliskim Wschodzie ma w sobie coś z przygody i może się zakończyć porażką… Ale jestem głęboko przekonany, że to przygoda, którą Wielka Brytania powinna kontynuować” — mówił latem 1921 r. Winston Churchill, ówczesny minister do spraw kolonii, w brytyjskim parlamencie. Jego słowa okazały się prorocze. Ćwierć wieku później Wielka Brytania z najwyższym trudem wyplątała się ze swojej „przygody” — powszechnie znienawidzona przez wszystkich, których do niej zaprosiła. Dla Żydów i Palestyńczyków ta „przygoda” trwa do dzisiaj. Jej początki były doprawdy epickie, nie trzeba było prawie nic zmyślać, żeby na ich podstawie nakręcić słynny, nagrodzony siedmioma Oscarami film „Lawrence z Arabii”.

Brytyjczycy chcieli zniszczyć imperium tureckie, które w I wojnie światowej sprzymierzyło się z Niemcami, dlatego potajemnie zachęcali Arabów — od wieków zniewolonych przez sułtanów w Stambule — do powstania przeciwko Turkom. W kontaktach między rządem brytyjskim a Haszymidami, arabskimi zarządcami Mekki, pośredniczył szpieg T.E. Lawrence, czyli tytułowy Lawrence z Arabii, który potem stał się doradcą wojskowym i autentycznym przyjacielem arabskich rewolucjonistów. Niestety, ukrywał przed nimi, że jego rząd zawarł również tajne porozumienie z Francją, której obiecał — po upadku imperium tureckiego — terytorium dzisiejszej Syrii i Libanu.

Jakby tego było mało, w listopadzie 1917 r. minister spraw zagranicznych Arthur Balfour publicznie ogłosił, że „Rząd Jego Królewskiej Mości popiera stworzenie w Palestynie domu dla narodu żydowskiego”. Przy czym zastrzegał, że budując ten „dom”, nie można zaszkodzić ludom nieżydowskim, które już żyją w Palestynie.

Historycy nurtu romantycznego twierdzą, że ten sposób Wielka Brytania spłacała dług wdzięczności względem żydowskiego biochemika Chaima Weizmanna, który opracował przemysłową metodę wytwarzania acetonu — składnika niezbędnego w produkcji ładunków wybuchowych. Kiedy w Londynie pytali, jak się mogą odwdzięczyć, odpowiedział: „Dla siebie nie chcę niczego, ale chciałbym kraju dla mojego ludu”.

Historycy nurtu realistycznego twierdzą, że Brytyjczycy dbali tylko o swoje interesy. Po pierwsze, chcieli wciągnąć do wojny Stany Zjednoczone i liczyli na poparcie amerykańskich Żydów. Po drugie, byli największym imperium i mieli imperialne odruchy, a na Bliskim Wschodzie były nowe tereny do zagospodarowania. Po trzecie wreszcie, chcieli zabezpieczyć drogę morską z Indii, czyli ze swojej perły w kolonialnej koronie, dlatego obstawiali dwa przejścia na Morze Śródziemne: Kanał Sueski i Gibraltar. Wprawdzie na mocy umów z Egiptem już kontrolowali kanał, ale Palestyna była tuż obok i lepiej było ją zaklepać dla siebie, niż wpuścić tam np. Francuzów albo zostawić ją samopas. Droga morska przez Morze Śródziemne, nazywana czasami „tętnicą imperium”, stała się jeszcze istotniejsza, kiedy w Iranie i Iraku brytyjskie firmy zaczęły na dużą skalę wydobywać ropę.

Obietnice, jakie składali Brytyjczycy, były celowo mętne. Przemilczali kwestię granic przyszłego „państwa arabskiego”, choć Arabowie naiwnie zakładali, że będzie ono obejmować wszystkie zamieszkane przez nich ziemie. Stwierdzenie „dom dla narodu żydowskiego” jest językową ekwilibrystyką — można je rozumieć jako „państwo żydowskie”, ale niekoniecznie. Kiedy Balfour ogłaszał swoją deklarację, w Palestynie mieszkało 700 tys. Arabów i około 60 tys. Żydów. Dwie trzecie z nich, czyli około 40 tys., to byli syjoniści, czyli imigranci z Europy, którzy przybyli na przełomie XIX i XX w. inspirowani wizją Teodora Herzla — o powrocie Żydów na biblijną ziemię przodków. Z kolei Syria i Liban były w 100 proc. arabskie.

Matactwa wydały się zaraz po wojnie. Fajsal, arabski książę z Mekki, nieświadomy tajnej umowy z Francją, tryumfalnie wjechał do Damaszku i ogłosił się królem Syrii. Ale zaraz został stamtąd wygnany przez żołnierzy francuskich. Ten przykry incydent jeszcze udało się wyprostować: Brytyjczycy stworzyli dla Fajsala i jego brata Abdullaha dwa nowe królestwa, czyli Irak i Jordanię. W 1923 r. powstał tzw. Mandat Palestyny, którym Brytyjczycy zarządzali sami. Początkowo przyjeżdżało tam około 10 tys. Żydów rocznie, więc wydawało się, że nie będzie to wielki problem dla Arabów, których było dziesięć razy więcej. Szybko okazało się, że to założenie było błędne.

Wprawdzie żydowskich imigrantów nie napływało wielu, ale byli dobrze zorganizowani i mieli wsparcie całej diaspory. Założony w 1901 r. Żydowski Fundusz Narodowy zbierał pieniądze nie tylko od Rotszyldów i bogatych amerykańskich Żydów, ale również od zwykłych, niezamożnych milionów Żydów z Warszawy czy Nowego Jorku, którzy wrzucali drobne do specjalnych niebieskich puszek w synagogach. Za te pieniądze Fundusz skupował ziemię w Palestynie — głównie od arabskich arystokratów. Tym sposobem w 1935 r. żydowskie organizacje posiadały już prawie 6 proc. terytorium Mandatu Palestyny. Pozornie wydaje się to niewiele, ale to była najlepsza, urodzajna ziemia w Galilei (na północy kraju) i nad brzegiem Morza Śródziemnego. Tam właśnie powstawały żydowskie miasta i kibuce.

Odbywało się to kosztem najbiedniejszych arabskich pasterzy i rolników, którzy żyli w latyfundiach i część dochodów z ziemi oddawali właścicielom. Po sprzedaży ziemi musieli się wyprowadzić, co oznaczało dla nich finansową i życiową katastrofę. Wielu nie chciało opuścić ziemi, ale wtedy nowi właściciele informowali władze, przyjeżdżała brytyjska policja i egzekwowała prawo własności, tzn. siłą eksmitowała Palestyńczyków. Ci najczęściej przeprowadzali się na przedmieścia miast i szukali dorywczej, kiepsko płatnej pracy. Ale tutaj również czekała ich niespodzianka. Żydowscy imigranci szybko zdominowali przemysł, bo Europa była dużo lepiej rozwinięta niż Palestyna. W 1935 r. Żydzi byli właścicielami trzech czwartych z 1200 fabryk i manufaktur w brytyjskiej Palestynie. Oczywiście najchętniej zatrudniali Żydów, a jeśli już decydowali się na Arabów, płacili im znacznie mniej (co często było uzasadnione, bo byli słabiej wykwalifikowani).

Już na początku lat 30. kolonialni urzędnicy alarmowali Londyn, że imigracja osiągnęła taką dynamikę, że — wbrew deklaracji Balfoura — szkodzi palestyńskim Arabom, a masowe eksmisje mogą doprowadzić do niepokojów społecznych. Wydarzenia nabrały rozpędu w 1933 r., kiedy do władzy w Niemczech doszedł Adolf Hitler. W ciągu trzech lat do Palestyny przyjechało ponad 150 tys. ludzi, którzy uciekali przed nazistami. Pod koniec 1935 r. było tam już 380 tys. Żydów i stanowili 30 proc. populacji.

Kiedy Palestyńczycy debatują nad przyczynami wszystkich katastrof, jakie spadły na nich przez ostatnie sto lat, czasami oskarżają nie tylko Brytyjczyków i syjonistów, ale również własne elity. W latach 20. i 30. ubiegłego wieku nie tylko bogate rodziny z Bejrutu, Kairu czy Damaszku sprzedawały wielkie majątki. Żydowski Fundusz Narodowy często oferował stawki kilka razy wyższe niż ceny rynkowe i wielu miejscowych potentatów ziemskich skorzystało z okazji. Zamożnym i wykształconym Palestyńczykom imponowało kosmopolityczne, nowoczesne życie: ubierali się na modłę europejską i ochoczo uczestniczyli w przyjęciach urządzanych przez brytyjskich wysokich komisarzy. Nawet ci, którzy dostrzegali zagrożenie, przekonywali, że „jeszcze za wcześnie, żeby wystąpić zbrojnie przeciwko syjonistom”, aż do czasu kiedy było za późno.

Pierwszym bohaterem palestyńskiego ruchu oporu stał się muzułmański duchowny Izz ad-Din al-Kassam, kaznodzieja tamtejszej biedoty. Nauczał nie tylko w meczecie, ale również na ulicach, w domach publicznych i palarniach haszyszu. Założył szkołę wieczorową dla dorywczych palestyńskich robotników, którzy zostali eksmitowani z terenów wykupionych przez Żydowski Fundusz Narodowy. Od początku lat 30. zaczął wzywać swoich zwolenników, żeby zbrojnie występowali przeciwko Żydom i Brytyjczykom. Bandy, które powstały z jego inspiracji, dokonały kilku aktów sabotażu na kolei i zabiły kilku żydowskich osadników.

Tymczasem atmosfera w całej Palestynie stawała się coraz bardziej napięta. W październiku 1935 r. w Jaffie, podczas rozładunku beczek z Belgii — rzekomo z cementem dla żydowskich osadników — z jednej z nich wypadły karabiny. W całym transporcie arabscy robotnicy portowi znaleźli 25 ciężkich karabinów maszynowych i 800 strzelb. Zapewne to wydarzenie, które odbiło się głośnym echem, popchnęło imama Al-Kassama do działań ostatecznych. Choć miał już 53 lata, razem z grupką kilkunastu zwolenników wyruszył w góry, żeby rozpocząć dżihad, czyli świętą wojnę z okupantami. Potrwała ona niecałe dwa tygodnie. Brytyjczycy urządzili obławę. Kiedy osaczyli go w górach, oświadczył swoim ludziom, że woli zginąć z karabinem w rękach, ale kilku jego towarzyszy poddało się i opowiedziało o jego śmierci. Tak narodziła się legenda. Na pogrzeb Al-Kassama w Hajfie przyszły tysiące ludzi. A kilka dekad później stał się patronem Hamasu.

Podczas zamieszek w kwietniu 1936 r. Brytyjczycy zachowywali się bardzo powściągliwie. W listach do rodzin policjanci i żołnierze nadal pisali o dumnych i gościnnych beduinach. Ale już zaczęły się agresywne rewizje, których celem nie było tylko szukanie broni i rebeliantów, ale również zastraszanie i karanie. Żołnierze niszczyli meble i sprzęty domowe, tłukli lustra i dzbany, rozcinali worki z zapasami żywności i rozrzucali wszystko gdzie popadło.

W październiku 1936 r. Arabowie zawiesili strajk, ponieważ rząd w Londynie ogłosił, że wysyła do Palestyny królewską komisję pod przewodem lorda Williama Peela, która ma ustalić przyczyny konfliktu i zaproponować plan naprawczy. Przez wiele miesięcy przygotowywała ona raport, który ogłosiła w lipcu 1937 r. Jego konkluzje były szokiem dla wszystkich zainteresowanych.

Komisja orzekła, że Mandat Palestyny jest niewykonalny, tzn. nie jest możliwe stworzenie „domu dla narodu żydowskiego” bez naruszania praw palestyńskich Arabów. Dlatego Palestynę trzeba podzielić. Państwo żydowskie powinno obejmować 20 proc. jej terytorium — głównie Galileę i połowę wybrzeża Morza Śródziemnego (na tych terenach były prawie wszystkie kibuce), a państwo arabskie — 75 proc. Niewielki obszar wokół Jerozolimy, czyli pozostałe 5 proc., miał zostać pod kontrolą brytyjską. Żydzi byli nawet skłonni się na to zgodzić — ich przywódca Dawid Ben Gurion zakładał, że będzie to początek do dalszej ekspansji terytorialnej. Arabowie absolutnie odrzucili raport Peela, bo Galilea i wybrzeże to były najbardziej urodzajne tereny w całej Palestynie, a co gorsza, komisja proponowała, żeby wysiedlić stamtąd 200 tys. Arabów. Rewolta wybuchła na nowo.

Tym razem Brytyjczycy ostro zabrali się do jej tłumienia. Policjant Reubin Kitson wspominał po latach, że „doszło do tego, że walczyliśmy z terroryzmem takimi metodami, że wreszcie sami staliśmy się terrorystami…”. Współcześni Palestyńczycy uważają, że brytyjscy żołnierze z lat 30. byli nauczycielami współczesnej armii izraelskiej, która stosuje dokładnie te same metody, czyli przede wszystkim — zasadę odpowiedzialności zbiorowej. Jeśli w jakimś domu znaleziono broń albo któryś z domowników był poszukiwany (lub nawet schwytany czy zabity), Brytyjczycy wysadzali całe siedlisko w powietrze. Stosowali miny o wielkim ładunku — czasami od eksplozji zawalały się nawet domy w sąsiedztwie. Podobnie od trzech dekad postępują Izraelczycy na okupowanym Zachodnim Brzegu Jordanu — domy, w których wychowali się palestyńscy terroryści, są wysadzane lub równane z ziemią przez buldożery.

Przeszukania wiosek często zaczynały się od tego, że Brytyjczycy budowali druciane klatki, w których zamykali mężczyzn z wioski. Czasami trzymano ich tam przez kilka dni i zdarzało się, że niektórzy umierali z wycieńczenia, słońca i pragnienia. W każdym domu we wiosce robiono rewizję, niszcząc wszystko, co się dało, łącznie z zapasami żywności, a na koniec cała wioska musiała zapłacić grzywnę — jeśli mieszkańcy nie mieli gotówki, zabierano im zwierzęta domowe.

Brytyjczycy wprowadzili też blokady drogowe i punkty kontrolne. Żeby dojechać do sąsiedniej wioski czy miasta, żeby np. sprzedać cytryny czy pomarańcze na bazarze, trzeba było mieć przepustkę. Byli też prekursorami stosowania żywych tarcz: np. na czole lokomotywy podłączano drezynę, w której umieszczano kilku Palestyńczyków. Jeśli na torach była mina, oni ginęli pierwsi.

Najsłynniejszy epizod arabskiej rebelii miał miejsce we wiosce Al-Bassa przy granicy z Libanem. W tamtym rejonie operował oddział Royal Ulster Rifles, który kilkanaście lat wcześniej pacyfikował powstanie niepodległościowe w Irlandii. We wrześniu 1939 r. niedaleko od wioski rebelianci podłożyli przy drodze minę, która zabiła czterech żołnierzy. Ich koledzy wjechali do wioski wozami opancerzonymi, wypędzili ludzi z domów, które oblali benzyną i podpalili. Cześć mężczyzn zamknięto w klatkach, a część zapakowano do autobusu — według różnych relacji zmieściło się do niego od 20 do 50 wieśniaków. Żołnierze kazali kierowcy najechać na minę, którą ustawili na drodze. Fragmenty ciał — nogi, ręce, głowy — były porozrzucane wokół resztek autobusu. Ci, którzy przeżyli, zostali dobici z karabinów. Pozostali mieszkańcy wioski zostali zmuszeni do pochowania resztek ludzkich pozostałych po wybuchu w zbiorowym grobie.

Szczególnym okrucieństwem wyróżniał się również kapitan Orde Wingate, który stworzył nielegalne paramilitarne Specjalne Oddziały Nocne, do których werbował żydowskich ochotników. Praktykował dziesiątkowanie znane z czasów legionów rzymskich, tzn. mężczyzn ze „złej wioski” ustawiał w szeregu i mówił, że jeśli w ciągu kwadransa nie pokażą kryjówek z bronią, to co dziesiąta osoba w szeregu zostanie zastrzelona. Kiedy dowiedziało się o tym dowództwo wojsk brytyjskich w Palestynie, kazało zlikwidować nocne oddziały i odesłało kapitana Wingate’a do Londynu z rekomendacją, żeby wysłać go w jakiś inny zakątek imperium brytyjskiego.

Wiosną 1939 r. arabska rebelia została stłumiona. W porównaniu z ostatnią wojną w Strefie Gazy była harcerską sprawą — łącznie w latach 1936-1939 zginęło ok. 5 tys. Palestyńczyków, 500 Żydów i 500 Brytyjczyków. Również jak na ówczesne kolonialne standardy brutalność Brytyjczyków była bardzo umiarkowana, np. Włosi w latach 1935-1937 wymordowali 200 tys. Etiopczyków, a kolejne 100 tys. zmarło z powodu chorób i strasznych warunków życia. A w latach 1954-1962 Francuzi zabili w Algierii kilka razy więcej ludzi niż Włosi w Etiopii.

Paradoksalnie, pokonawszy rebeliantów, Brytyjczycy postanowili spełnić większość ich żądań, bo obawiali się wielkiej wojny w Europie i chcieli mieć Arabów na całym Bliskim Wschodzie po swojej stronie. W maju 1939 r. rząd w Londynie ogłosił Białą Księgę, czyli nowy plan dla Palestyny, który zapowiadał, że w ciągu 10 lat zostanie tam utworzone jedno niepodległe państwo, w którym Arabowie będą większością, a polityczne, obywatelskie i religijne prawa Żydów zostaną zabezpieczone. Żeby zapewnić w tym przyszłym państwie większość arabską, wprowadzono limit dla imigracji: przez następne lata mogło do Palestyny łącznie przyjechać maksimum 75 tys. Żydów (co, uwzględniając ich tragedię w Europie, było wyjątkowo niefortunne). Wprowadzono też niemal całkowity zakaz sprzedaży arabskiej ziemi.

Biała Księga zraziła Żydów, którzy po kilku latach rozpoczęli własną rebelię przeciwko brytyjskim władzom kolonialnym. Ponieważ Arabowie zostali zrażeni już wcześniej, Brytyjczycy byli znienawidzeni przez wszystkich mieszkańców Palestyny. Po II wojnie światowej ją po prostu porzucili, a Churchillowi nie pozostało nic innego, jak ze swadą opowiedzieć swoje przygody w pamiętnikach, co zresztą zawsze planował zrobić. Zwykł mawiać, że „historia będzie dla mnie łaskawa, ponieważ mam zamiar sam ją napisać”.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version