„Proszę sr*** psem poza posesją”, „Kartonowe śmieci wrzucamy do kontenerów poskładane”, „Gów***rzu w zielonej bluzie, kiedy wreszcie zrozumiesz, że garaż to nie skatepark?” — to tylko kilka przykładów wymiany zdań ludzi z tego samego osiedla. Dlaczego sąsiad sąsiadowi wilkiem?

Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

— Trzy lata temu wprowadziliśmy się na nowe osiedle — opowiada Marzena. — Ładne bloki, trawiaste patio, plac zabaw dla dzieci, ogrodzony teren. Wymarzone miejsce, aby zacząć nowe życie we dwoje. Do tej pory mieszkaliśmy w jedenastopiętrowym punktowcu. Nikt nikomu się nie kłaniał, wszyscy przemykali między piętrami, odwracali wzrok w windzie. A tu — kultura. Ludzie widzą się pierwszy raz, mówią „dzień dobry”, uśmiechają do siebie. Inny świat.

Jej mąż to dusza towarzystwa. Lubi ludzi. Uznał, że trzeba poznać sąsiadów i zacząć się integrować. Dobra okazja nadarzyła się rok temu w okolicach końca karnawału. Marzena z Jarkiem z okazji tłustego czwartku zaprosili do domu mieszkańców ze swojego piętra. Własnoręcznie wykonali zaproszenia i postanowili pukać od drzwi do drzwi.

— Mamy na piętrze sześć lokali. Zastukaliśmy do każdego. Tylko jeden lokator nie otworzył drzwi, ale był w mieszkaniu i chyba stał z okiem przyklejonym do wizjera, bo słychać było ciężkie sapanie. Pozostali przyjęli nas życzliwie. I co najważniejsze, przyjęli zaproszenie — wspomina Marzena.

Gospodarze podjęli gości pączkami i winem domowej roboty. Impreza z początku była trochę drętwa, ale słodkości i alkohol pomogły rozruszać towarzystwo. — Siedzieliśmy od wczesnego wieczora do północy. Śmiechy, poważne tematy — superatmosfera. Na odchodne obiecywaliśmy sobie, że trzeba to koniecznie powtórzyć. I na obietnicach się skończyło — rozkłada bezradnie ręce kobieta.

Początkowy czar szybko prysł. Uśmiechy szybko ustąpiły skwaszonym minom. Od czasu wieczornej nasiadówki niektórzy sąsiedzi zaczęli się dziwnie zachowywać. Marzena z Jarkiem poznali Magdę, singielkę, tak jak oni — przed czterdziestką. Podczas imprezy przeszli na „ty”, spędzili z nią cały wieczór, ale gdy trzy dni później spotkali ją na klatce i powitali radosnym „cześć”, kobieta odburknęła „dzień dobry” i schowała się w mieszkaniu.

Inni też zachowują się dziwnie. — Ludzie na piętrze nie wychodzą z domu, kiedy słyszą, że ktoś inni wychodzi. Nieraz tego doświadczyłam. Otwieram drzwi rano, śpieszę się do pracy i słyszę, jak ktoś z sąsiadów przekręca klucz w zamku też szykując się do wyjścia, ale nie wychodzi, dopóki ja nie wyjdę. Pewnie czeka przy wizjerze, aż wsiądę do windy i zjadę na dół — przypuszcza Marzena.

Winda to osobny temat. Marzena i Jarek mieszkają na trzecim piętrze. Niby niewysoko, ale jak człowiek wraca po całym dniu z pracy albo niesie ciężkie zakupy, czeka na windę niczym na zbawienie. Kilka razy zdarzyło się Marzenie spotkać znajomą twarz na parterze. Kiedy wchodziła do windy i trzymała nogą drzwi na widok zmierzającego w jej stronę sąsiada, ten szedł w stronę schodów.

— Albo inna sytuacja. Wchodzę do klatki, czekam na windę, a za drzwiami wejściowymi przy domofonie widzę przez szybę znajomą twarz. Chcę poczekać, lecz sąsiadka długo majstruje kluczem przy skrzynce pocztowej i niby wyjmuje listy, aby tylko nie jechać ze mną windą — uśmiecha się pobłażliwie Marzena. Rozmawiała o tym wielokrotnie z Jarkiem. Mąż też parę razy doświadczył podobnych sytuacji. Jest rozgoryczony. Sądził, że na nowym osiedlu uda się poznać fajnych znajomych, a tu nic z tego. — Chyba dał za wygraną. Powiedział, że w tym roku na ostatki nikogo nie zaprasza ani nigdzie nie wybiera się w gości — mówi żona Jarka.

W 2025 roku CBOS zrobił badania, z których wynika, że aż 58 proc. Polaków preferuje zachowanie dystansu w relacjach z sąsiadami, a 15 proc. ankietowanych wręcz unika takich kontaktów. Dlaczego tak wielu z nas nie wykazuje ochoty pielęgnowania osiedlowych znajomości?

— Jednym z powodów jest potrzeba zachowania anonimowości. Szczególnie łatwo zaobserwować to u osób przyjezdnych, którzy przeprowadzili się do dużego miasta z mniejszej miejscowości i dobrze się odnajdują w sytuacji, kiedy nikt ich o nic nie wypytuje, nie czują się obserwowani i nie są obiektem towarzyskich plotek. Zachowują własne życie tylko dla siebie — tłumaczy Marta Majchrzak, psycholożka i badaczka społeczna z pracowni Herstories.

To niejedyne wyjaśnienie. Do atrofii więzi międzyludzkich dołożyła się pandemia, która nauczyła nas życia w izolacji. Czasami decyduje wstyd — kiepsko się nam powodzi w życiu, w pracy i nie chcemy się z tym obnosić. Powodem może być też lenistwo albo zimna kalkulacja — wprowadziłem się na chwilę, wynajmuję mieszkanie, pomieszkam pół roku, może rok i zmienię adres, po co więc inwestować w nowe znajomości. Znajdą się również argumenty socjologiczne — społeczeństwo się starzeje, a osoby starsze są zwykle nieufne i lękliwe, więc w trosce o swoje bezpieczeństwo unikają kontaktów z obcymi.

— Jedno jest pewne: zmagamy się z kryzysem zaufania. Coraz więcej z nas nie wierzy nikomu i uważa to za rozsądne podejście, wręcz strategię przetrwania. A przecież zaufanie do ludzi przynosi korzyści: ktoś z sąsiadów podleje kwiatki, kiedy pojedziemy na wakacje, zaopiekuje się psem czy po prostu przystanie pod blokiem i porozmawia. Nawet przelotne relacje z ludźmi, szczery uśmiech, zwykłe „dzień dobry” albo krótka wymiana zdań mogą dobrze wpłynąć na nasze samopoczucie — zapewnia Majchrzak.

Psycholożka zwraca uwagę na jeszcze jedną kwestię — chodzi o niezależności. Nie chcemy być komukolwiek coś winni. Wszystko wolimy zawdzięczać sobie. A jak sąsiad pomoże dokręcić kran czy pożyczy narzędzia, trzeba się jakoś odwdzięczyć. To bywa krępujące.

Paweł dorastał na przełomie lat 80. i 90. w dziesięciopiętrowym bloku. Doskonale pamięta, jak mieszkańcy zbierali się na dole i obradowali w ważnych sprawach. Zawsze był temat do rozmów — popsuty domofon, drzwi, które się nie domykają czy brak ławki pod blokiem. Wszyscy przejmowali się osiedlowymi sprawami. Człowiek człowiekowi był uczynny.

— Któregoś razu jechałem z klasą na autokarową wycieczkę. Rodzice odprowadzali mnie na miejsce. Wsiadamy do winy i nagle nie ma prądu — gaśnie światło w kabinie, dźwig zatrzymuje się między piętrami. Panika. A co, jeśli nie zdążę? Nie było telefonów komórkowych, nie można było powiadomić wychowawczyni o spóźnieniu. Zaczęliśmy łomotać w drzwi windy. Po chwili wyszedł z lokalu pan Marek, zapukał do pana Andrzeja, wzięli narzędzia, odblokowali drzwi i uwolnili nas ze środka. Dzięki temu zdążyłem. Gdyby nie natychmiastowa pomoc sąsiedzka, pewnie siedziałbym z rodzicami w tej windzie ze dwie godziny w oczekiwaniu na maszynistę i nici byłyby z wycieczki — wspomina Paweł.

Każdy w bloku znał każdego. Jeśli nie osobiście, to z widzenia. Na trzecim mieszkała pani z owczarkiem niemieckim, piętro wyżej — bezdzietne małżeństwo, a drzwi obok — samotna matka z dwójką dzieci. — To się przez lata nie zmieniało. Nie to co teraz. W moim nowym bloku trzy czwarte lokali zajmują tymczasowi najemcy. Dziś są, jutro ich nie będzie. Rotacja jest ogromna. Nie wiadomo, kto jest kim. Nie daj Boże gdybym dzisiaj zaciął się w windzie. Nie sadzę, aby ktokolwiek pośpieszył z pomocą — przypuszcza Paweł.

Nie zna nikogo z sąsiadów. Próbował nawiązywać kontakt, zagadać, ale ludzie odpowiadali od niechcenia, półsłówkami. Dał sobie spokój. — Mało kto wydusi z siebie „dzień dobry” czy chociaż się uśmiechnie. A w mojej klatce jest niedużo mieszkań. To powinno sprzyjać integracji. Jednak nie sprzyja — mówi Paweł.

Mężczyzna mieszka z żoną i małą córką. Jak przychodzi wieczór, rozdrażniona i zmęczona po całym dniu trzylatka, zaczyna płakać, czasami wpada w historię. Sąsiedzi od razu dają o sobie znać — rozlega się walenie w kaloryfer. W ten sposób upominają się o ciszę i spokój.

— Odprowadzam córkę do przedszkola. Co rano przywożę z dołu wózek dziecięcy i stawiam na moment pod drzwiami mieszkania, skąd wyruszamy z córką, jak już jesteśmy gotowi. Przyprowadzam go dosłownie na pięć minut. Któregoś ranu wychodzimy i widzę przyklejoną do drzwi kartkę: „Proszę nie brudzić wózkiem ściany”. Dziesięć minut wcześniej kartki nie było. Ktoś zadał sobie trud, napisał i przykleił ją, zamiast zapukać i uprzejmie zwrócić uwagę w kwestii wózka. To paranoja. W tym bloku nikt ze sobą nie rozmawia, za to każdy gotowy przyczepić się z byle powodu — Paweł nie kryje irytacji zachowaniem mieszkańców bloku.

— Czuję się jakbym mieszkała w domu wariatów — zaczyna naszą rozmowę o relacjach z sąsiadami Ula. Osiedle mieszkaniowe, na którym mieszka od przeszło pięciu lat, składa się z trzech bloków. Jeszcze z nikim nie udało jej się zakolegować. Jedna dziewczyna dobrze rokowała. Ula złapała z nią kontakt. Zaprosiła do siebie na drinka. Liczyła na rewizytę. Jednak nic takiego nie nastąpiło. — Od tamtej pory mam wrażenie, że Baśka mnie unika. A jak już na siebie wpadniemy, gadka się nie klei — przyznaje Ula.

Jest singielką, nie ma dzieci, może dlatego trudniej jej nawiązać kontakt z mieszkańcami. Rodzice zbierają się pod blokiem i siłą rzeczy rozmawiają, bo maluchy razem się bawią. To hermetyczna grupka, żyje swoimi sprawami i peroruje o grabkach i foremkach. A pozostali? — Chodziłam na zebrania wspólnoty. Pomyślałam, że to dobry pomysł, żeby kogoś poznać. Była w błędzie. Moi sąsiedzi to w większości roszczeniowi pieniacze. Narzekają na zbyt wysoką trawę, za wolno jeżdżącą windę, źle umyte miejsca parkingowe. A jedna kobieta domagała się wymiany płytek podłogowych na klatce schodowej, gdyż pastelowe kolory szybciej się brudzą. Totalna porażka — narzeka Ula.

Myślała, że łatwiej pójdzie z mieszkańcami na piętrze. Kiedyś zabrakło jej mąki. Była niedziela, większość sklepów zamknięta. Przypomniała sobie, jak mama pożyczała od sąsiadek, a to szklankę cukru, a to miarkę proszku do prania. Nigdy nie było problemu, ludzie chętnie się dzieli. Jeszcze prosili do środka na kawę.

— Zapukałam do sąsiadki z pytaniem, czy mogłaby mnie poratować dwiema łyżkami mąki. Otworzyła kobieta w średnim wieku i wypaliła, że chyba pomyliłam drzwi, bo Żabka jest za rogiem. Po czym zamknęła się od środka zamaszyście przekręcając klucz w zamku. W szczycie pandemii ta sama sąsiadka chodziła po piętrze i wycierała ludziom klamki płynem dezynfekującym. Mówiłam, mieszkam w domu wariatów — powtarza Ula.

U niej w bloku jedyna komunikacja odbywa się za pomocą korespondencji windowej. Sąsiedzi wypisują na kartkach żale i pretensje: „Proszę sr*** psem poza posesją”, „Kartonowe śmieci wrzucamy do kontenerów poskładane”, „Gów***rzu w zielonej bluzie, kiedy wreszcie zrozumiesz, że garaż to nie skatepark?”. — Zatraciliśmy zdolności normalnej rozmowy. Ludzie się unikają. Nie są siebie ciekawi. Reagują hejtem. Jak mamy się dogadać jako społeczeństwo, skoro nie potrafimy kulturalnie i bez emocji rozmawiać w sąsiedzkim gronie — zastanawia się Ula.

Życzliwy sąsiad jest na wagę złota. Do takiego wniosku doszli autorzy raportu „Zróbmy sobie razem… szczęśliwe sąsiedztwo”. Badania przeprowadzone przez serwis Otodom wskazują, że przed decyzją o zmianie miejsca zamieszkania prawie co druga osoba szuka informacji, czy w danej okolicy jest bezpiecznie. Co więcej, coraz częściej zwracamy uwagę nie tylko na lokalizację, ale także na ludzi z najbliższej okolicy — 17 proc. Polaków zanim się przeprowadzi, sprawdza, kto mieszka w pobliżu: rodziny, seniorzy czy studenci.

Dla 41 proc. z nas bezpieczeństwo to przede wszystkim gotowość sąsiadów do reakcji i pomocy, gdy dzieje się coś niepokojącego, a nie liczba kamer w bloku czy szlabany na osiedlu. Jedna trzecia badanych podkreśla, że ważne jest wzajemne zaufanie między sąsiadami.

— Wybuch wojny za wschodnią granicą znacząco wpłynął na nasze poczucie bezpieczeństwa i uświadomił, jak istotna jest bliskość oraz zaufanie w najbliższym otoczeniu. Dziś coraz większe znaczenie zyskuje bezpieczeństwo w skali mikro — w domu, na osiedlu, w sąsiedztwie. Świadomość, że obok mieszka ktoś, kto zauważy coś niepokojącego i zareaguje, daje poczucie spokoju, którego nie zapewni żadna infrastruktura. To właśnie wzajemna obecność, empatia i gotowość do pomocy tworzą fundament codziennego poczucia bezpieczeństwa — podkreśla Agata Stachowiak, ekspertka rynku mieszkaniowego Otodom.

Na sąsiadach nigdy nie zawiódł się Marek. — Mamy grupę na WhatsAppie. Kiedy ktoś potrzebuje pożyczyć narzędzia, pisze i któryś z nas przyniesie młotek czy wiertarkę. Odwiedzamy się po domach. Puszczamy dzieciaki na dwór i ktoś z nimi schodzi, aby popilnować grupy. Jednego dnia kolega spod trójki, innego koleżanka spod dziewiątki — opowiada mężczyzna.

Mieszka na strzeżonym osiedlu. Ale strzeżonego sąsiad strzeże. Nie tylko strzeże — oferuje bezinteresownie życzliwość. — Mam sąsiada, który zaprosi z dziećmi na gofry albo przyniesie słoiki ogórków domowej roboty. Właśnie wrócił z rodziną z ferii. Pojechali na tydzień do Czech. Dzwonił i pytał, jakie mi przywieźć piwo: ciemne czy jasne? Bo ja mu odebrałem paczkę, kiedy nikogo nie było w domu. Taki sąsiad do skarb — podsumowuje Marek.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version