Dziecko samo nie potrafi przestać grać. Zniewalająca moc pochodząca z ekranu jest większa niż jego szczere chęci. Straszak w postaci krzyku czy interwencji policji na uzależnionego gracza nie działa długo. Co ma szansę pomóc w takim kryzysie?

Historia prawdziwa: uzależniony nastolatek przemyca smartfon do ośrodka terapii uzależnień od technologii cyfrowych. Sceny, które się tam rozgrywają, mogą przypominać przeszukanie pacjenta po przyjęciu na leczenie z uzależnienia od narkotyków, znane nam z historii Monaru – ośrodków prowadzonych przez Marka Kotańskiego. Możliwe było wówczas rozbieranie do naga, by udaremnić przemycenie środków odurzających. Pytanie, gdzie ukryć smartfona? Może to być maskotka, poduszka, but albo książka. Determinacja jest tak silna jak w przypadku środków chemicznych, a awantura nie mniejsza niż te, do których coraz częściej dochodzi w domach.

Krzyki, kopanie czy rękoczyny i groźby nie należą do rzadkości. Problem narasta. Coraz częściej zdesperowani rodzice wzywają nawet policję z prośbą o pomoc. Gdy zaś nadchodzi kolejny dzień, zwykle towarzyszy mu atmosfera nieznośnego milczenia. Cisza przeszkadza i bywa dojmująca. A przecież to z ciszy może wyniknąć to, o co nam chodzi – czyli zmiana. Nowy początek.

Jak zacząć dialog

Odnalezienie wspomnianego przemycanego smartfona w maskotce zakończyło się niezręczną ciszą, a potem przeprosinami, które winny wyraził w stosunku do terapeutów. Po kilku tygodniach odcięcia od telefonu nastąpiły serdeczne podziękowania, bo młody człowiek sam doszedł do wniosku, że telefon nie jest niezbędny do życia i jego świat się nie zawalił. Detoks cyfrowy pomógł mu nie tylko poszukać w sobie pozytywnych stron, ale przede wszystkim – wyciszyć się. Gry komputerowe nie wyciszają, potęgują zaś wydzielanie adrenaliny. Stąd też krzyki podczas gry na monitorze przypominają czasami te na korcie, na boisku piłkarskim czy podczas gry w tenisa stołowego.

Nierzadko padają słowa uznawane powszechnie za wulgarne, a skala wrzasku uniemożliwia zaśnięcie domownikom. Kakofonia dźwięków, kolorów i szybkość akcji są dla grającego nastolatka codziennością. Dlatego poszukiwanie sposobów na wyciszenie jest wymagającym zadaniem dla rodziców i osób prowadzących terapię. Cisza wymaga cierpliwości, a podstawą cierpliwości jest cierpienie. Cisza bywa trudna, nieznośna. Pobudzony umysł i zmysły zapomniały o stanie, jakim jest cisza. Z tego powodu tak trudno wspierać nastolatków, dla których cisza jest czymś nieznośnym.

Wydaje się, że kluczem do skutecznej komunikacji z młodym człowiekiem jest umiejętne (trudne) poruszanie tematu uzależnienia w atmosferze cierpliwej ciszy rozumianej jako dialog. Bez wrzasków, pretensji, wyrzutów i przekleństw. Zdarza się, że rodzice, mimo że sami nie grają nocami i nie zaniedbują swoich obowiązków, reagują impulsywnie, podobnie jak sami grający. W przekrzykiwaniu trudno powiedzieć to, co chcemy przekazać i realnie efekt bywa odwrotny do zamierzonego. Do zmiany zachowań i porzucenia lub ograniczenia toksycznych nawyków wyciszenie jest konieczne po obu stronach. A to jest praca nad sobą. Czyli najtrudniejsze zadanie.

Rodzice w takim momencie mogą uznać, że to znowu ich wina i że są niewystarczająco superrodzicami, bo: nie potrafią rozmawiać ze swoim dzieckiem, są nerwowi, krzyczą, nie mieli wystarczającej ilości czasu, za dużo pracowali etc. Lista nierzadko wyimaginowanych win jest długa, choć w istocie jest listą wyobrażeń o sobie, a nie faktów.

Zniewalająca moc pochodząca z ekranu jest większa niż dobra wola i szczere chęci dziecka, które samo nie potrafi przestać grać. Liczne przykłady dowodzą, że dziecko samo z siebie ekranu nie pokona. Krzyk nie stanie się panaceum na uzależnienie. Interwencja policji pomoże wyciszyć awanturę, ale nie na długo. Czasami ten straszak działa i na jakiś czas grający udaje, że ograniczył nałóg. Szuka jednak sposobów, jak ukryć to, nad czym nie jest w stanie zapanować.

Własną historię opisuje była dziennikarka technologiczna amerykańskiego „Newsweeka” Rana Foroohar w książce „Nie czyń zła. Jak Big Tech zdradził swoje ideały i nas wszystkich”. Foorohar jest matką wychowującą 10-letniego syna i kiedy widzi wydruk z karty kredytowej uszczuplony o prawie tysiąc dolarów, postanawia sprawdzić, co się stało z pieniędzmi. Okazało się, że podczas gdy pisała poczytne teksty chwalące gigantów technologicznych, w tym producentów gier, jednocześnie jej syn uzależniał się od tych gier i mikropłatnościami opróżniał konto matki, do którego miał dostęp. Mały gracz kupował kolejnych wirtualnych graczy do swojej ulubionej gry w piłkę nożną. Nie panował nad chęcią dokonania supertransferu. Za każdy nowy nabytek do swojej drużyny musiał zapłacić dolara, pół, półtora.

Chłopak stracił kontrolę nad tym, co robi. Zaniepokojona matka postanawia prześwietlić ten mechanizm, ale tym razem już z innej strony. I dochodzi do wniosku, że jej dziecko stało się zmanipulowanym przedmiotem w rękach producentów gier, a nie podmiotem. Tak powstała książka obnażająca triki ekonomiczne i behawioralne, które tak mocno zaburzyły jej życie i życie syna. Podczas pisania do autorki zgłaszali się „ojcowie i matki próbujący radzić sobie z dziećmi, które uzależniły się od technologii”. Książka mimo wszystko dobrze się kończy. Matka postanowiła mniej pracować, mniej zarabiać, lecz więcej czasu spędzać z synem.

Najpierw towarzyszył tej zmianie krzyk, potem zdumienie i zmiana. Fundamentem takiej sekwencji zdarzeń jest jednak cisza, która stała się remedium na chaos w głowie i na rachunku bankowym autorki. Cisza jest rodzajem resetu, stawianiem grubej kreski ponad tym, co było i nowym początkiem. Uporządkowaniem zdarzeń, na które mogliśmy nie mieć wpływu. A jeśli mieliśmy wpływ na sytuację w domu, to opanowując emocje, rodzice mają szansę na wyciągnięcie wniosków i opracowanie strategii zmiany. Pochopne i nerwowe decyzje dotyczące zmian w korzystaniu z internetu, komputera czy smartfona rzadko przynoszą radosny efekt i poczucie ulgi, że oto nasze dziecko nagle porzuci to, co stało się dla niego najwyższym autorytetem i atrakcyjnym sposobem spędzania czasu.

Wydaje się, że w świecie pełnym praw do szeroko rozumianej wolności coraz mniej jest miejsca na reguły i zasady postępowania, a próba osiągnięcia upragnionej zmiany wydaje się nieosiągalna. Rodzice negocjują z dzieckiem tak, jakby chodziło o kredyt w banku.

Obserwacja: W pewnym hotelu zapłakana matka, bezsilna wobec swojego nastoletniego syna scrollującego podczas śniadania, usłyszała od męża: „no negocjuj!”. Chłopak był nieobecny na plaży, na boisku, na spacerze, a jeśli już wyszedł z pokoju nad wodę, szedł na technologicznej smyczy za telefonem w kolejnym etapie e-sportowej rozgrywki. Kapitalne miejsce do wyciszenia, złapania tchu i odbudowania wzajemnych relacji stało się miejscem rodzinnych awantur i zachętą jedynie do „negocjacji”. O ile w banku możemy coś wynegocjować, to z grającym nałogowo człowiekiem nie ugramy wiele.

W innym przypadku 10-letnie dziecko dostaje pieniądze z 500+ na swoją kartę i wydaje wszystko na piłkarzyki w grze. Kiedy rodzic odkrywa ten fakt, następuje zdziwienie, gniew i gwałtowna próba zmiany. W ekstremalnych sytuacjach zdenerwowani rodzice dzwonią na numer alarmowy 112 po to, by ktoś pomógł wprowadzić zmianę i zaprowadzić porządek. Jest to jakaś opcja, choć ten wyjątkowy numer przeznaczony jest głównie dla ratowania życia. Bo kiedy gra toczy się o życie dziecka, to rodzice zrobią wszystko co możliwe, by je ratować i szukać wszędzie pomocy.

Przykładem rodzica poszukującego pomocy dla siebie i ochrony własnych dzieci pozostanie nieżyjący Steve Jobs. Założyciel Apple’a drastycznie ograniczał dostęp swoim dzieciom do własnych technologicznych wynalazków. A walcząc o swoje życie, mówił o tym, że „zamieniłby całą swoją technologię za jedno popołudnie z Sokratesem”. Szukał wsparcia w filozofii, nie technologii. Tą samą drogą idą współcześni praktycy stoicyzmu, których sposób myślenia oraz katalog zasad i reguł opisał Donald Robertson (psychoterapeuta, autor), który uważa, że starożytne zasady wdrażane w życie były rodzajem terapii psychologicznej. W skrócie Robertson w swojej książce dowodzi, że stoicyzm jest najmocniej ukierunkowanym nurtem filozoficznym na terapeutykę.

We współczesnej wersji stoicki wymiar terapeutyczny odzwierciedla racjonalno-emotywna terapia zachowań, która dała początek terapii poznawczo-behawioralnej. W obu nurtach poszukiwana jest cisza i zapanowanie nad emocjami. Umiejętne ich nazywanie i dystans w ocenie danego zachowania czy słów. Bestseller Robertosna „Myśl jak rzymski cesarz. Praktykuj stoicyzm Marka Aureliusza” może być podpowiedzią, jak dojść do fundamentalnej decyzji o zmianie i przewartościowaniu dotychczasowych priorytetów. Starożytni borykali się z problemami podobnie jak współczesny rodzic. Uważano wówczas, że młodzi są leniwi. Czyli – nic nowego.

Być może warto sięgnąć do starych zasad po to, aby na nowo odbudować relacje tu i teraz. W przesłaniach pozostawionych nam przez poprzednie pokolenia jest sporo podpowiedzi i wskazówek, jak skutecznie się zresetować: pokonując katastroficzne myślenie, zamartwianie, i jak nie poddawać się nierzadko rujnującym emocjom. Tych ostatnich w kakofonii współczesnych czasów jest wiele. Dlatego potrzeba resetu, zatrzymania się i pobycia w ciszy pomaga w dojściu do równowagi. Również tej cyfrowej. Drogi bywają różne. Jedną wyznaczył Marek Aureliusz, inną wspomniany Marek Kotański. Zależało im na tym samym.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version