Jacek Sasin, gdyby mu dać szansę powrotu do władzy, mógłby sprowadzić do Polski i przekazać Tadeuszowi Rydzykowi resztki Władysława Warneńczyka.

W ramach naszego cyklu „Portrety wielkich Polaków” dziś dwie wybitne osobowości: Mieszko I oraz Jacek Sasin.

Do pochylenia się nad dokonaniami tych mężów stanu, których co prawda dzieli ponad tysiąc lat, ale zbliżają interesy z Tadeuszem Rydzykiem, skłoniła mnie podana przez „Fakt” informacja, że prokuratura zaaresztowała domniemany miecz pierwszego władcy Polski. To miecz, który w lipcu 2023 r. Jacek Sasin uroczyście przekazał w darze Rydzykowi jako symbol kontynuacji polityki piastowskiej, objawiającej się dziś w zbożnym dziele redemptorysty.

Prokuratura, jak się dowiadujemy, chce sprawdzić, czy miecz nie jest fałszywką, czy też w istocie — jak utrzymywał Sasin — pochodzi z czasów Mieszka I.

Otóż Sasin, wówczas minister aktywów państwowych w rządzie PiS, w trakcie Pielgrzymki Rodziny Radia Maryja, w przytomności innych wielkich Polaków — Jarosława Kaczyńskiego i Mariusza Błaszczaka — wręczył Rydzykowi miecz, pochodzący z X, a może XI w., o którego istnieniu żaden specjalista od średniowiecznej broni w życiu nie słyszał. A nawet, gdy już miecz się objawił, nie miał możliwości obejrzenia go inaczej niż na zdjęciach, gdzie Sasin miecz składa na ręce Rydzyka.

Miecz miał zasilić kolekcję toruńskiego Muzeum Pamięć i Tożsamość im. Jana Pawła II, ale nigdy nie był publicznie eksponowany, za to obecnie znalazł się w zbiorach prokuratury. Cudownego odkrycia skarbu z czasów wczesnych Piastów dokonano w jakimś, bliżej nieokreślonym, antykwariacie. A dokładniej tajemniczy antykwariusz kupił miecz z niemieckiej kolekcji i z ekspertyzą niemieckiego biegłego — „Gazeta Wyborcza” odkryła, że biegły to Jürgen Fricker i handluje on starą bronią. Jak zrozumiałem, Fricker odpalił tajemniczemu antykwariuszowi miecz Mieszka i dołączył do tego certyfikat oryginalności, dzięki czemu Sasin mógł miecz wręczyć Rydzykowi. Tym antykwariuszem musiał być Waldemar Batura z książek o Panu Samochodziku.

Ćwierć miliona złotych na miecz — jak na takie cudo to i tak grosze — wyłożyła nieistniejąca już dziś Fundacja Enea, powołana przez wielkiego producenta i dystrybutora energii. Jak widać, Enea zajmowała się również dystrybucją prestiżu i dumy narodowej. A prestiż i duma narodowa to były sprawy najważniejsze dla rządu, w którym Sasin był ministrem aktywów państwowych, ale i duchem sprawczym wielkich projektów, po prostu wizjonerem.

Najnowsza historia zna już przypadki wręczania cennych artefaktów wybitnym obywatelom, nie tylko Polski, ale i świata. Kto pamięta, jak w 1999 r. Michał Kamiński, geniusz politycznego marketingu, w towarzystwie Marka Jurka i Tomasza Wołka pojechał do generała Augusta Pinocheta, by wręczyć mu ryngraf z Matką Boską? Nie musieli nawet lecieć do Chile, bo Pinochet siedział wówczas w londyńskim areszcie. Swoją drogą ciekawe, co się później z ryngrafem stało. Pinochet został z nim pochowany? A może ryngraf wylądował w skupie złomu? A czy nie warto byłoby go odzyskać dla Polski? Tutaj trzeba by dziennikarskiego śledztwa.

Miecz Sasina miał być pisowskim Szczerbcem, skoro Szczerbiec — miecz, którym syn Mieszka Bolesław Chrobry jakoby kruszył mury kijowskiej Złotej Bramy — spoczywa na Wawelu i chyba nie da się go wręczyć nikomu, nawet jak się jest Sasinem. W istocie prawda w tym taka, że Szczerbiec jest na Wawelu, ale jeszcze nie istniał za Chrobrego, więc Chrobry nie mógł go wyszczerbić w Kijowie, ale za to tzw. mieczyk Chrobrego, czyli Szczerbiec owinięty biało-czerwoną flagą, stał się znaczkiem narodowców.

Stąd, jak mniemam, genialny pomysł Sasina, żeby PiS miało własny Szczerbiec, jeszcze starszy niż ten słynny, bo Mieszkowy, a przy okazji, żeby tym mieczem Mieszka zrobić dobrze Rydzykowi. Na co zrzucić się miał jak zawsze podatnik, bo polska polityka, osobliwie w wydaniu patriotów i niezłomnych obrońców ojczyzny, polega na tym, żeby robić partyjną propagandę za państwowe pieniądze, a ściślej za pieniądze obywateli.

Tyle że sprawa Szczerbca Sasina jak zwykle wśród tego towarzystwa robiona była na rympał — żadnej finezji, żadnego wspaniałego fałszerstwa, żadnej kradzieży w stylu Arsène’a Lupina, ale wchodzimy na wydrę i jak nas złapią, to będziemy krzyczeć, że Polaków biją, a my dla Polski wszystko, nerki byśmy oddali i zęby dali sobie wybić, ale nas podłość za to spotyka i nikczemność za niemieckie srebrniki.

Znamienne, że Szczerbiec Sasina został zakupiony właśnie od niemieckiego kolekcjonera i Niemiec zarobił grube złotówki z naszych polskich pieniędzy. Może być większa zdrada, niż od Niemca kupować, w dodatku coś, co może być niemieckim gefälscht? Cała ta antyniemiecka retoryka idzie w diabły, okazuje się, że Kaczyński i jego wesoła kompania to są handlarze niemieckim złomem, transferujący kasę do odwiecznego wroga narodu polskiego. Czy PiS tutaj nie zadziałało przypadkiem für Deutschland?

Miecz miał być zdobiony złotymi elementami chrześcijańskimi i „znakiem ryb flankowanym dwoma krzyżami równoramiennymi”, co rozśmieszyło do łez specjalistów od średniowiecznych narzędzi zabijania. Dobrze, że to nie „ryby siną farbą na piersiach wykłute”, bo przecież im się wszystko myli, wszystko miesza, a im bardziej kręcą, tym silniej się zaplątują we własne kłamstwa. Poziom krętactwa Sasina i jego kolegów to niestety styl z Bazaru Różyckiego — z całym szacunkiem dla wszystkich benklarzy z Różyca — gdzie się frajerów ogrywa w trzy karty.

Ma się rozumieć, że przy Elektrowni Ostrołęka, przekopie Mierzei Wiślanej, respiratorach od skremowanego w Albanii handlarza bronią miecz Mieszka to drobny numer, ale za to najbardziej patriotyczny ze wszystkich. Gdyby rząd PiS nie upadł kilka miesięcy po transakcji z niemieckim handlarzem starzyzną, to by Sasin jeszcze mógł nakupić za nasze pieniądze wiele cudów. Osobiście chciałbym zobaczyć jakieś materialne dowody na istnienie Wielkiej Lechii. Może korona Leszka I, który toczył zwycięskie wojny z Aleksandrem Macedońskim? Albo regalia króla Lecha III, tego, który trzy razy pobił legiony Juliusza Cezara, co wiemy z kroniki Wincentego Kadłubka i całkiem nowych książek turbosłowian? A przynajmniej mógłby Sasin kupić całą Włócznię Świętego Maurycego, bo w Krakowie przechowują wyłącznie ocalały grot, bez drzewca. Jakby Sasin się zakręcił, to by zdobył nową oryginalną włócznię i przekazał do muzeum w Toruniu, pięknie by wyglądała obok miecza Mieszka.

Jako że dla mnie osobiście też kultura jest ważna, to ubolewam nad upadkiem władzy Sasina, bo może kupiłby szczątki Witkacego? W końcu muszą gdzieś być, skoro na zakopiańskim cmentarzu pochowano szkielet młodej kobiety zamiast mężczyzny w średnim wieku? Kto mógł­by skombinować oryginalne zwłoki Witkacego i je uroczyście pochować, jak nie Sasin?

Co tam Witkacy! Dajmy spokój Witkacemu, niech leży, gdzie chce. Ale Sasin, gdyby mu dać szansę powrotu do władzy, mógłby sprowadzić do Polski i przekazać Rydzykowi resztki Władysława Warneńczyka. Jak wiadomo, ciała króla nie odnaleziono na polu żałosnej klęski pod Warną w 1444 r., a obcięta jego głowa, której posiadaniem szczycili się zwycięscy Turcy, najpewniej należała do innego chrześcijanina. Założę się, że jakby się Sasin sprężył, to znalazłby antykwariusza mającego w swojej kolekcji świetnie zachowane ciało Warneńczyka. Młody król, który poległ bohatersko w walce z muzułmanami, byłby ozdobą toruńskiej kolekcji Rydzyka.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version