W PRL cenzurowano wszystko: gry planszowe i greckich klasyków, literaturę dziecięcą i katolicką publicystykę. Z „Pippi Pończoszanki” usunięto scenę, w której dziewczynka wręcza nauczycielce kosztowny złoty zegarek.
Newsweek: Oficjalnie cenzura w Polsce zaczęła działać 5 lipca 1946 r., ale trudno uwierzyć, że władza dążąca do wprowadzenia komunizmu nie stosowała jej wcześniej?
Dr Anna Wiśniewska-Grabarczyk: Tak, rok 1946 był tylko zalegalizowaniem faktycznego stanu rzeczy, po prostu ogłoszono dekret o utworzeniu Głównego Urzędu Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Ale cenzura działała już od 1944 r.
Jak się zaczęło?
— 16 grudnia 1944 r. do Lublina, w którym rezydował Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego, przyjechali Piotr Gładin i Kazimierz Jarmuż. Byli to oficjalnie oddelegowani do pracy przedstawiciele Gławlitu, czyli Głównego Zarządu do spraw Literatury i Wydawnictw, to znaczy radzieckiej cenzury. Mieli pomóc stworzyć polski odpowiednik.
Anna Wiśniewska-Grabarczyk
Foto: Archiwum prywatne
Czyli w kwestii cenzury wzorce czerpaliśmy ze Związku Radzieckiego?
— Ostatecznie tak, choć polski urząd cenzury nigdy nie był wierną kopią sowieckiego. Przypomnijmy, że cenzura nie była w Polsce niczym nowym. Przecież istniała w czasach zaborów czy w okresie sanacji. Do niedawna jako jedną z różnic między cenzurą przedwojenną i powojenną wskazywano brak cenzury prewencyjnej w 20-leciu — to znaczy np. książka czy artykuł przed ukazaniem się nie były poddawane kontroli. Dziś historycy nie są już tego tak pewni. Sporu nie ma w przypadku cenzury represyjnej, która była obecna przed 1945 r. i po — jeśli ukazało się już coś, z czym władza się nie zgadzała, wówczas następowały reperkusje finansowe, wycofanie nakładu, a nawet kara więzienia. Kluczową decyzją, która miała niebagatelne skutki na cenzurę powojenną, było włączenie jej w struktury Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, co nastąpiło już w 1944 r. Wojewódzkie delegatury nie tylko przedstawiały kandydatów na pełnomocników biur, ale także miały obowiązek wyposażać terenowe urzędy — w meble, telefony, maszyny do pisania czy żywność itp.
Czym się zajmowała ta instytucja, gdy była w strukturach Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego?
— Urzędnicy MBP próbowali zagarnąć pod swoje opiekuńcze skrzydła wszystkie wytwory działalności człowieka. Nie była to tylko kontrola mediów czy kultury, ale także prywatnych listów. Od 1946 r. tymi ostatnimi sprawami zajmowała już inna komórka, a nie Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk.
Niezadrukowane łamy stanowią protest redaktorów „Wieczoru Wrocławia”
Foto: PAP/CAF/Zbigniew Matuszewski
Jakie treści były wówczas wycinane przez cenzorów?
— Wszystkie definiowane przez ówczesną władzę jako wywrotowe. A zatem mogły to być informacje dotyczące działań wojennych, polityki, gospodarki, ubóstwa i alkoholizmu, jeśli zdecydowano, że zostały przedstawione w sposób niepożądany. Dotyczyło to także, wydawałoby się, zupełnie niegroźnej literatury dla dzieci. W pierwszych latach Polski Ludowej zalecano usuwanie z niej wszelkich wzmianek o królach i księżniczkach, argumentując, że są to postacie nieprzystające do nowego ustroju. Wstrzymano książkę Wandy Chotomskiej „Moja babcia gra na trąbie” — cenzor trafnie wyczuł, że ta niepozorna opowieść była metaforą systemu totalitarnego — a było to już w latach 80. W dokumentach cenzury znajdziemy także oceny cenzorskie gier planszowych lub poradników.
One też podlegały cenzurze?
— Tak, począwszy od poradników dotyczących szycia, np. Róży Hellman-Unger „Krój dziecięcy — podręcznik dla samouków i uczniów szkół krawieckich z 100 rysunkami i tablicami w tekście”, po poradniki gospodarcze, np. „Uprawę marchwi pastewnej” Zygmunta Buczyńskiego, która w 1951 r. trafiła na listę książek zakazanych.
Kto pracował w cenzurze?
— Jeżeli chodzi o pierwsze lata, to w gronie pracowników dominowały dwie grupy: ideowcy, czyli ludzie, którzy wierzyli, że cenzura jest dobrym rozwiązaniem dla młodego komunistycznego państwa. Drugą określiłabym jako osoby z „łapanki”, które ktoś polecił do tej pracy, ale często bez wykształcenia czy odpowiednich predyspozycji. Czytałam akta osoby, która miała problem nawet z napisaniem swojego życiorysu, a potem oceniała książki.
Jak to możliwe?
— Cenzorzy nie byli pozostawieni sami sobie, powstawały szczegółowe wytyczne i wskazówki dotyczące właściwego cenzurowania, które na pewno pomagały pracownikom z wykształceniem podstawowym, np. jeśli pojawia się słowo Katyń, wyrzucamy albo gdy w tekście pojawiają się negatywne informacje o ZSRR — tniemy. Poza tym pracownicy bez wykształcenia dostawali do oceny mniej istotne czy mniej kłopotliwe książki lub mogli korzystać z pomocy kolegów i przełożonych.
Często były aktualizowane takie wytyczne?
— W zależności od potrzeby. Kiedy coś niepokojącego działo się w kraju, jak na przykład w grudniu 1970 r., kolegia odbywały się nawet kilka razy dziennie. W okresach spokojniejszych przeprowadzano odprawy dzienne lub tygodniowe. Poza tym organizowano nawet kilkudniowe konferencje pracowników cenzury — z przemówieniami zaproszonych gości, z wystąpieniami uczestników, sekcją Q&A (używając dzisiejszej terminologii).
Kim byli ci ideowcy?
— W tym gronie było wielu wybitnych twórców, ludzi doskonale wykształconych. Odtwarzanie i zrozumienie biografii cenzorów to chyba jeden z najtrudniejszych tematów badawczych, jakich się podjęłam. W archiwach cenzury natrafiłam na informacje, które — dla mnie jako badaczki — stanowią dużą wartość poznawczą, ale których ujawnianie wiąże się z poważnymi dylematami etycznymi. Dlatego od półtora roku wstrzymuję się z publikacją wywiadu, który przeprowadziłam w październiku 2024 r. z Marianem Turskim. W rozmowie opowiedział o swoim epizodzie pracy w cenzurze. Kiedy podzieliłam się tą informacją w środowisku naukowym, zobaczyłam ogromny podział. Dla jednych to było potwierdzenie tez o „żydokomunie”, określali decyzje Turskiego jako skandaliczną. Druga grupa próbowała go zrozumieć.
Marian Turski jest jednym z nielicznych byłych cenzorów, którzy zgodzili się na rozmowę o tym etapie ich życia, a wysłałam prośby do kilkudziesięciu osób. Pracował w cenzurze w latach 1946-1949. Znam powody, dla których się na to zdecydował i okoliczności jego odejścia. Nie potrafię jednak odpowiedzieć na pytanie, czy moje zaglądanie w życiorysy cenzorów jest uzasadnione. Jednocześnie zastanawiam się, kiedy przychodzi właściwy moment na publikację takich ustaleń — czy istnieje czas, w którym można o nich mówić bez ryzyka, że zostaną wykorzystane do doraźnych sporów ideologicznych, zamiast stać się punktem wyjścia do rzetelnej refleksji historycznej.
A co wiemy o motywacjach innych utalentowanych ludzi, którzy trafili do cenzury?
— Potrzeba zabezpieczenia finansowego — taka motywacja była często podawana w podaniach o pracę składanych przez kobiety, szczególnie w pierwszym powojennym okresie. To nie były ogromne pensje, ale wyższe niż średnia krajowa, a do tego spokojna urzędnicza posada, która zabezpieczała na przykład matkę z dwójką dzieci, której mąż zginął na wojnie.
Pewien człowiek był jednocześnie autorem tekstów, satyrykiem „Szpilek” i cenzurował teksty kolegów, którzy publikowali w tym samym czasopiśmie.
A jak wyglądały relacje cenzorów z autorami?
— Część z nich walczyła z każdym słowem, inni szli na rękę autorom. Twórcy mieli zresztą swoje strategie na cenzorów. Niektórzy na przykład wprowadzali specjalnie kilka wątków, które mogły być uznane za kontrowersyjne, licząc, że tylko jeden temat zostanie zauważony, a reszta przejdzie przez sito cenzorskie. A z drugiej strony po prostu próbowano negocjować. Udało mi się porozmawiać z Andrzejem Kurzem — wieloletnim szefem Wydawnictwa Literackiego, który wspominał, że miał świetne relacje z cenzurą. Wszystkie sprawy załatwiał bezpośrednio, dzwoniąc do cenzorki, którą wspominał jako osobę inteligentną, miłą, niezwykle oczytaną i wykształconą.
Ale tak naprawdę, zanim tekst trafił do cenzora, był już przynajmniej częściowo ocenzurowany…
— Tak, istniała głęboko zakorzeniona w twórcach autocenzura. Każdy wiedział, że w PRL o pewnych sprawach się nie pisze albo przynajmniej nie nazywa się rzeczy po imieniu.
A po autocenzurze było jeszcze jedno sito. Zanim teksty czy materiały ruszyły z redakcji lub wydawnictwa do cenzury, redaktorzy jako pierwsi dokonywali skreśleń. Kiedyś oglądałem album „Zakazane zdjęcia” z fotografiami Centralnej Agencji Fotograficznej, które zatrzymali nie cenzorzy, ale szefowie.
— Autor nie chadzał do cenzury, więcej, niekiedy nie miał świadomości, że jego książka tam trafiała, o czym opowiadał Jacek Podsiadło, zaskoczony, że cenzura chciała ingerować w jego wiersz „Społeczeństwo”.
Redaktorzy to było miękkie podbrzusze całego układu, to oni jako pierwsi dokonywali cięć w tekstach, chodzili do cenzury i walczyli o każde słowo. I to dotyczyło absolutnie wszystkich, nawet niepokornego „Tygodnika Powszechnego”, w którym redaktorzy wiedzieli, na ile mogą sobie pozwolić. Bo jeśli wysyłało się za dużo nieprawomyślnych tekstów, redakcję mogły spotkać restrykcje, na przykład ograniczenie papieru na druk albo zakaz publikacji dla jakiegoś autora.
„Tygodnik Powszechny” w pewnym momencie zaczął zaznaczać ingerencje cenzury w tekstach.
— Tak, robiono to na kilka sposobów. Na przykład na stronie, podczas składu, zostawiano wyraźne białe plamy, ślady po wyciętych akapitach. Uważny czytelnik mógł się domyślić, że coś tu było. Po zmianie przepisów w 1981 r. w miejsce wyciętego fragmentu wstawiano kwadratowy nawias z nazwą ustawy „[….] [Ustawa z dn. 31 VII 1981, O kontroli publikacji i widowisk, art. 2, pkt. 6 (Dz.U. nr 20, poz. 99, zm.: 1983, Dz.U. 44, poz. 204)]”. Polecam zajrzeć na przykład do tomu poezji Tomasza Jastruna „Węzeł polski”, między stronami z wierszami znajdują się strony z zacytowaną informacją o ustawie. To znak, że pewne utwory usunięto.
Redaktorzy „Tygodnika”, podobnie jak szef Wydawnictwa Literackiego, mieli coś, co można nazwać „bezpośrednią linią z cenzurą”, to znacz zyskali przywilej, aby dzwonić bezpośrednio do cenzora zajmującego się ich pismem i ustalać pewne rzeczy, zanim pismo zostanie przesłane do urzędu przed pójściem do druku. Na YouTubie można znaleźć nagranie z redaktorem Krzysztofem Kozłowskim, który opowiadał, jak targował się z cenzorami, przekonywał ich, żeby czegoś nie wycinali.
W każdym z 49 województw cenzura działała w ten sam sposób?
— Różnice między województwami wynikały z rangi materiałów trafiających do konkretnych urzędów. Cenzorka pracująca w jednym z mniejszych województw opowiadała, że dostawała sprawy małej wagi, bo na „prowincji” nie wydawano Pawła Jasienicy, Witolda Gombrowicza ani Stefana Kisielewskiego, ale raczej książki lokalnych twórców. Prasa należała do partii, więc redaktorzy wiedzieli, co może się ukazać. Zresztą, jak wspominał inny cenzor, trudne przypadki były po prostu odsyłane do Warszawy.
Bolączką cenzorów było to, że nie mieli przypisanej specjalizacji. W jednym z biuletynów cenzorskich pracownik żalił się: „Jak można się specjalizować, czytając dwie godziny »Naftę«, przez kolejne dwie »Cement, wapno, gips«, a przez resztę np. »Poglądy filozoficzne Dembowskiego«?”.
Jakie jeszcze informacje można było znaleźć w tych biuletynach?
— To był miesięcznik wydawany dla cenzorów i o cenzorach, powiedziałabym, że była to gazetka zakładowa. Można było w niej przeczytać zarówno o tym, jak, co i kogo cenzorować, ale też o wyczerpujących nocnych dyżurach, problemach z wyeksploatowanym autem służbowym, o niełatwej współpracy z redakcjami, ministerstwami (np. kultury i sztuki), bezpieką czy drukarniami. Ostatnio trafiłam na znaczącą pomyłkę, gdy zamiast „wkraczamy w okres pokoju” wydrukowano „wkraczamy w kres pokoju”. Poza tym bardzo często pisano o różnicach w traktowaniu poszczególnych działów cenzury — dało się wyczuć napięcie między tzw. prasowcami a cenzorami oceniającymi książki. Tym drugim zarzucano nieróbstwo — spacerki, wylegiwanie się na kanapie, podczas gdy ci pierwsi mieli pracować ponad miarę. Może tak było, chociaż cenzorzy od książek też mieli dużo pracy, na przykład dostosowywali utwory klasyków do nowej rzeczywistości, bo przecież cenzurze podlegała nie tylko literatura współczesna. Nawet Sofokles został cenzurowany w PRL. Z tamtych czasów pozostał nam zresztą pewien kłopotliwy spadek.
Jaki?
— Część wznawianych książek wciąż ukazuje się w wersji ocenzurowanej, a współcześni wydawcy nie wiedzą, że coś zostało wycięte i należy poprawić wydanie. Na przykład „Pippi Pończoszanka”. Nadal nie ma w tej książce fragmentu, w którym Pippi wręcza nauczycielce kosztowny złoty zegarek. Czy cenzura tego nie puściła, bo w Polsce Ludowej, jak wiadomo, nie przekupywało się nauczycieli? Czy chodziło o ochronę polskiego młodego czytelnika przed niemoralnym zachowaniem? A może to była decyzja tłumaczki?
Hasła opozycji solidarnościowej na murach w PRL
Foto: Wojtek Laski/East News / East News
A czy pismo dla cenzorów było cenzurowane?
— Takie pytanie zadał w liście do redakcji jeden z cenzorów. Badając archiwa, nie znalazłam na nie odpowiedzi, ale znalazłam coś, co mogłoby wskazywać na pewien dystans do samego aktu cenzurowania. W roku 1954 wydrukowano w biuletynie tekst pod tytułem „Wnikliwe spojrzenie”. Była to satyra na nadgorliwość „wybitnego” cenzora. Taki artykuł zamieszczony w pisemku dla cenzorów jest — choć może niechętnie to przyznamy — dowodem na wysokie kompetencje pracowników. Widać je również w innej, nie do końca znanej, aktywności — we własnej twórczości artystycznej. Bo cenzorzy nie byli wyłącznie urzędnikami oceniającymi innych, publikowali również własne wiersze, opowiadania i sztuki… niektóre z nich na łamach biuletynów. Poza tym niektóre z utworów wystawiali na deskach teatru GUKPPiW — jedno z nich pod tytułem „Cicha woda brzegi rwie” zostało wystawione 22 stycznia 1955 r. Autorem był Jerzy Kleyny, w tamtym czasie pracownik cenzury, a czytelnikom znany przede wszystkim ze swojej twórczości satyrycznej. Szukam finansowania na publikację tej cenzorskiej twórczości, a gdyby po wydaniu udało się jeszcze przenieść ją na deski teatru, byłoby to spełnienie kolejnego z moich badawczych marzeń.
Jak wyglądała cenzura teatralna? Przecież podczas spektaklu odpowiednio postawiony przez aktora akcent, mógł kompletnie zmienić wydźwięk mówionego tekstu.
— Cenzorzy widowiskowi chodzili do teatrów na próby generalne. Ta grupa ludzi cenzurowała wszystkie występy sceniczne: teatr, kabarety, a nawet pokazy cyrkowe. Proszę mnie nie pytać, co można było cenzurować w występach z lwem albo z żyrafą, ale trzeba było złożyć scenariusz. Kontrolowano nawet treść pieczątek. Państwo bardzo pilnowało, o czym się pisze i mówi.
Dr Anna Wiśniewska-Grabarczyk, Uniwersytet Łódzki, adiunkt w Zakładzie Literatury Polskiej XX i XXI wieku — badaczka cenzury Polski Ludowej, pisarka i poetka, założycielka międzynarodowej the First Eastern Bloc Censorship Research Group




