W tej chwili nie ma chyba nikogo innego w rządzie, kto ma takie relacje z Donaldem Tuskiem jak Andrzej Domański — słyszymy od jednego z ministrów. Koledzy bardzo go chwalą, choć każdą rozmowę z nimi zaczyna od „nie ma pieniędzy i nie będzie”.
Andrzej Domański jest jednym z zaledwie kilku ministrów, na których premier ani razu się nie wściekł. Daje Tuskowi coś bardzo cennego: święty spokój.
Przede wszystkim jest dla Tuska tarczą. Premier może zawsze powiedzieć: „Ja to bym ci nawet dał, ale Andrzej nie pozwoli” — śmieje się jeden z ministrów, który narzeka, że wyciąganie pieniędzy od Domańskiego to orka na ugorze.
To coś, co zgodnie powtarzają kolejni ministrowie: — Domański nie znosi dawać kasy.
— Pierwsza odpowiedź jest zawsze: „Nie ma pieniędzy i nie będzie” — mówi nam jeden z członków rządu.
— Taka moja rola, żeby się wiecznie martwić — odpowiada Domański na pytanie, czy rzeczywiście tak mocno trzyma się za państwowy portfel.
Ludzie z otoczenia ministra finansów twierdzą, że to chyba zaskoczyło go najbardziej — nawet własnym kolegom trzeba tłumaczyć, że kasa państwa to nie są domowe zaskórniaki, z których można kupić i nowe garnki, i buty na zimę, i wycieczkę na Bahamy.
— To jest najbardziej niesamowite — opowiada nam osoba z resortu finansów — że politycy z długoletnim stażem uważają, że można wziąć pieniądze i po prostu je wydać. Szef był tym mocno zaskoczony.
Wymyślił babciowe
Pojawił się w rządzie Donalda Tuska trochę znikąd. Nie należy do kręgu dawnych przyjaciół ani do pierwszego szeregu liderów PO, który wyrósł, kiedy Tuska nie było w kraju. W kategoriach politycznych wciąż jest świeżakiem.
— To personalna gwarancja, że wszystko to, co zostało zapisane, będzie miało solidne zabezpieczenie finansowe. A państwo nie będzie narażone na turbulencje. Nie będziemy musieli szukać oszczędności w kieszeniach Polaków — tak nowego ministra przedstawił premier Tusk podczas exposé.
Polityka początkowo Domańskiego rozczarowała, kiedy postanowił się z nią związać lata temu, jeszcze na studiach w Krakowie. Jak każdy początkujący liberał zaczynał w Unii Wolności i w partyjnej młodzieżówce, a to były dwie rzeczy, które mogły na początku XXI w. mocno rozczarować. Z polityki zrezygnował i zajął się finansami. Ale w 2019 r. związał się z PO. Tyle że jako zupełnie nieznany ekonomista, bardziej ekspert niż polityk, dostał 24. miejsce na 28 osób na liście wyborczej do Sejmu. Miejsce, z którego nie da się wiele zwojować. Uzyskał niewiele ponad 1300 głosów, nie zdobył mandatu, ale wszedł do grona ekspertów Platformy (dzisiaj Koalicji Obywatelskiej) i do Instytutu Obywatelskiego, czyli partyjnego think tanku.
A Tusk potrzebował nowej twarzy w dziedzinie finansów. Kogoś, kto jeszcze nie zdążył nigdy powiedzieć: nie ma pieniędzy. To Domański był autorem obietnicy wyborczej, która miała być „nowym 500 plus”. On wymyślił babciowe. Nie miało takiego efektu jak program PiS, ale Tuskowi się spodobało.
— Andrzej doskonale zdaje sobie sprawę z tego, że jesteśmy w takim miejscu, że powiedzenie jak Rostowski: „nie ma pieniędzy” jest niezbyt mądre, ale pieniędzy rzeczywiście nie ma, więc trzeba kluczyć — mówią politycy KO.
Premier Donald Tusk i minister finansów Andrzej Domański ogłaszają plan zmian w systemie podatkowym
Foto: Albert Zawada / PAP
Jak się zostaje wrogiem PiS
Już na początku urzędowania dowiedział się, że praca w Ministerstwie Finansów to nie tylko spokojna praca księgowego. To Domański musiał zablokować pieniądze dla PiS z subwencji partyjnej i odłożyć je, żeby poczekały na wyrok sądu. Tym samym znalazł się na krótkiej liście tych, których PiS będzie chciało kiedyś rozliczyć w pierwszej kolejności.
— Andrzej przyjął to bardzo spokojnie. Pierwszy raz chyba sprawa oparła się o ministra finansów i to była de facto jego decyzja, ale ustał, nie przestraszył się, nie negocjował. I co? I miał rację — podsumowują jego koledzy.
Sąd oddalił kasację PiS w tej sprawie. A Domański dość chyba niespodziewanie dla siebie został jednym z największych wrogów PiS.
— Ja po Morawieckim dostałem wzrost 0 proc., ukryty gigantyczny deficyt i inflację. A teraz proszę spojrzeć. Mamy wzrost gospodarczy ponad 3 proc., jesteśmy 20. gospodarką świata i mamy trzecie najniższe bezrobocie w Unii — wylicza jednym tchem minister finansów, a na pytania o gigantyczny deficyt odpowiada: — To niech pani zobaczy, na co ja wydaję pieniądze.
I znowu zaczyna wyliczać przede wszystkim bezpieczeństwo i zbrojenia — podkreśla, że gdybyśmy wydawali na wojsko tyle, ile nasi partnerzy z Unii, to mielibyśmy ten deficyt o miliardy niższy, ale Bruksela rozumie naszą specyficzną sytuację.
Nie na tyle, żeby nie objąć nas procedurą nadmiernego deficytu. Wszystkie analizy ekspertów mówią, że w tym roku będziemy na ostatnim miejscu wśród krajów Unii, jeśli chodzi o zadłużenie państwowej kasy. Ale ani minister, ani premier nie wydają się tym nadmiernie przejęci.
— Dobrze byłoby, gdyby pan prezydent nam życia nie utrudniał — mówi Domański, zwracając uwagę na prezydenckie weta wobec ustaw zwiększających podatki dla niektórych branż.
Karol Nawrocki zawetował ustawę o podatku od nadmiarowych zysków dla branży paliwowej, a także podniesienie akcyzy na alkohol, które miało przynieść budżetowi prawie 2 mld zł w tym roku i prawie 3 mld w przyszłym.
— Pan prezydent chciałby, żebyśmy jednocześnie mieli duże wydatki, mały deficyt, nowoczesną armię i żadnych dodatkowych obciążeń. Tak się nie da. Nie chcę powiedzieć, że to jest myślenie infantylne, ale na pewno dość naiwne — mówi minister finansów.
Co ciekawe, kiedy rozmawiam z ministrami rządu Tuska, wielokrotnie mówią, że Domański nie chce im dać pieniędzy, ale ani razu nie słyszę narzekań, że nie da się z nim pracować.
— To jest bardzo konkretny facet. Naprawdę pracuje z każdym, tylko zaczyna od tego, że „nie ma kasy”. Potem jest dyskusja, ale on pokazuje konkretne rozwiązania, gdzie można dyskutować, a gdzie nie ma żadnych szans — słyszymy od jego kolegi z rządu.
Podobnie mówią politycy z lewicy.
— Bardzo konkretny, jak się z nim na coś umówimy, jest to, co obiecał — przekonuje Tomasz Trela, poseł lewicy zasiadający w sejmowej komisji finansów.
Naprawdę się zdenerwował
Teraz Domański ma dodatkowe zasługi w oczach premiera, bo zapewnił mu program uszyty na kampanię wyborczą. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz poruszyła temat, który zaczął być dla KO bardzo niewygodny, bo trafiał prosto do jej wyborców. Chodzi oczywiście o podniesienie drugiego progu podatkowego. Polska 2050 wyczuła znacznie lepiej niż KO, że to ważne, i zaproponowała rozwiązanie.
— To chyba był pierwszy raz, kiedy Domański się naprawdę zdenerwował. Wiemy wszyscy, że pani Kasi chodziło wyłącznie o to, żeby pokazać, że Tusk czegoś nie chce dać. Wszyscy prawie zapomnieli o kwocie wolnej, a ta wyskoczyła z tym podwyższeniem progu. No ręce opadają — ocenia jeden z ministrów z KO.
Kiedy pytałam o to ministra Domańskiego w czasie przypadkowego spotkania w maju, odpowiedział: — A wy pierwsi napiszecie, że mamy kolosalny deficyt i nam się kasa nie zgadza.
Już w sierpniu musiał jednak znaleźć pieniądze, bo premier zrozumiał, że to jest coś, co w kolejnej kampanii zaprocentuje.
— To jest rozwiązanie z punktu widzenia podatników korzystne. Z punktu widzenia budżetu dosyć kosztowne, ponad 10 mld zł — mówił Domański, zapowiadając zmianę w podatkach.
Wyborcy KO mogą teraz pomyśleć: „zrobili tyle, ile mogli”, a do tego w grupie, która skorzysta na zmianach, są nauczyciele. Dla wielu polityków rządzącej koalicji to był jeden z największych paradoksów ostatnich trzech lat — nauczyciele dostali podwyżki już na starcie rządów koalicji 15 października, ale ponieważ weszli w drugi próg podatkowy, nie zyskali na nich tyle, ile powinni. Teraz znaczna część odzyska swoje pieniądze.
— Może przestaną być na nas tak bardzo wkurzeni — śmieje się osoba z otoczenia minister edukacji.
O ile nie jest za późno. Większość wyborców wolałaby kwotę wolną od podatku na poziomie z obietnic wyborczych — czyli 60 tys. zł. Propozycja rządu — podniesienie progu do 130 tys. i wprowadzenie trzeciej stawki podatkowej dla osób zarabiających między 130 a 150 tys. rocznie — nie budzi aż takiego entuzjazmu.
— Ale to jest największa zmiana podatkowa od czasu Polskiego Ładu. A jak się skończył Polski Ład, to wiemy wszyscy — podsumowuje Domański.
PiS od razu zaproponowało, żeby próg podnieść do 180 tys., a były premier Mateusz Morawiecki przelicytował do 200 tys., przekonując, że cały pomysł Domańskiego to tylko kosmetyka, w dodatku szkodliwa dla przedsiębiorców. Nazwał nawet ten projekt „ciosem w splot słoneczny polskiego biznesu”. Odnosił się głównie do zapowiedzi, że wraz ze zmianami w PIT będą także zmiany w CIT, który zostanie podniesiony do 22 proc.
— Spadek zaufania do państwa, spadek dochodów polskiej klasy średniej, uderzenie w polskie zakłady produkcyjne. Tam, gdzie się rozwijał ten biznes, został brutalnie uderzony, skrzydła podcięte w bardzo brutalny sposób — mówił Morawiecki. — Uderzają w ryczałtowców, polską klasę średnią, tych, którzy bogacąc się, bogacą innych, bo podnoszą pensje pracownikom — dodał.
Powstrzymać premiera
Morawiecki chyba trochę zazdrości Tuskowi, że ma od trzech lat jednego ministra finansów. Przez rządy PiS przewinęło się w dwóch kadencjach ośmiu ministrów od państwowej kasy, w tym sam Morawiecki dwa razy pełnił tę funkcję, bo nie mógł znaleźć szybko nikogo innego.
Problem Andrzeja Domańskiego polega w tej chwili na tym, że nawet jeśli u niego w Excelu wszystko się zgadza, a wskaźniki makroekonomiczne wyglądają przyzwoicie, to dla wyborców i opozycji minister i tak zawsze będzie tym, który nie chce dać pieniędzy.
Domański cieszy się zaufaniem Tuska, ma dobre kontakty z kolegami, ale i tak zawsze będzie w oczach wyborców Sknerusem McKwaczem, który siedzi na złocie i pilnuje, żeby nikt go nie dostał. A w przyszłym roku w kampanii wyborczej pojawi się pokusa, żeby licytować się z opozycją na to, kto da więcej. I to Domański będzie musiał hamować nie tylko swoich kolegów i koalicjantów, ale też pewnie samego premiera.




