Jarosław Kaczyński chce w końcu wykorzystać najcenniejszą działkę, która należy do spółki Srebrna. Warty może nawet ponad 100 mln zł grunt ma posłużyć do sfinansowania muzeum Lecha Kaczyńskiego.
Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”
Dziękujemy, że z nami jesteś!
Foto: Newsweek
Jarosław jest zafiksowany na punkcie tego muzeum dla swojego brata — mówi człowiek z PiS znający doskonale Kaczyńskiego.
Pod koniec zeszłego roku prezes PiS polecił swoim zaufanym ludziom, aby podjęli próbę zrealizowania jego marzenia.
Miliony w błocie
Działka przy Srebrnej 16 na warszawskiej Woli to dziurawy parking, po deszczu pełen kałuż. I jeszcze sypiąca się kamienica z biurami — ledwie cztery kondygnacje i poddasze skryte pod spadzistym dachem. Widok nędzny.
Ale w tym błocie i gruzie leżą miliony — działka należąca (choć to użytkowanie wieczyste) do spółki Srebrna, o powierzchni ok. 5 tys. mkw. w sercu Warszawy, może być warta teoretycznie nawet ponad 100 mln zł. Jednak jej prawdziwa wartość rynkowa zależy od tego, co można będzie na niej wybudować. A to zależy w dużej mierze od decyzji miejskich urzędników.
Jak ustalił „Newsweek”, tę działkę prezes PiS chciałby wymienić z jakimś deweloperem na reprezentacyjny budynek — kamienicę, willę, dworek, pałacyk — też w centrum Warszawy. Deweloper mógłby dorzucić też kilka innych nieruchomości — ziemi bądź budynków.
— Może trudno w to uwierzyć, ale Jarosław Kaczyński nie chce brać pieniędzy. On chce wymiany. Chce dostać budynek na muzeum — mówi człowiek dobrze go znający.
W pozyskanym reprezentacyjnym budynku byłoby urządzone muzeum Lecha Kaczyńskiego z eksponatami, których teraz nie ma gdzie wystawić, bo skromna izba pamięci zmarłego prezydenta mieści się w paru klitkach w domu tuż obok połówki bliźniaka, w którym na stałe mieszka Jarosław (obecnie na czas remontu u sąsiada zza ściany przeniósł się do swojego brata ciotecznego Jana Marii Tomaszewskiego).
Muzeum — w zamyśle prezesa PiS — miałoby być także miejscem spotkań intelektualnej elity prawicy. Na tym nie koniec — byłyby tam też powierzchnie konferencyjne do wynajmowania na zasadach rynkowych.
— Na Foksal kamienicę ma Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich. Mają dużą salę, którą wynajmują i na tym zarabiają. Muzeum Lecha Kaczyńskiego też by tak robiło — słyszymy od osoby znającej kulisy tej operacji. Centrala PiS miałaby pozostać w dotychczasowym miejscu — przy Nowogrodzkiej. Do niej prezes jest przywiązany za mocno, by się wyprowadzać.
— Szukajcie, szukajcie — miał mówić swoim zaufanym ludziom prezes Kaczyński, gdy podjął decyzję, by się pozbyć najcenniejszego majątku środowiska PiS.
Trzech muszkieterów
Powierzył to zadanie Kazimierzowi Kujdzie, Jackowi Cieślikowskiemu i Tomaszowi Bartczakowi. Swoim zaufanym żołnierzom.
Kujda to jeden z najwierniejszych druhów Kaczyńskiego, były prezes Srebrnej, uznany prawomocnie przez sąd za agenta SB. Jak pisaliśmy w „Newsweeku”, to on pilotował operację kupna za ponad 12 mln zł Zajazdu Napoleońskiego w warszawskim Wawrze, ale transakcja nie doszła do skutku i zakończyła się wojną o wpłacony przez Srebrną zadatek. Po tym fiasku Kujda musiał odejść z funkcji prezesa Srebrnej. — Kujda wcale jednak nie zniknął z otoczenia prezesa. Cały czas wpada do Kaczyńskiego — słyszymy w PiS.
Nowym prezesem Srebrnej jest Tomasz Bartczak. Rocznik 1978, był m.in. pełnomocnikiem finansowym komitetu wyborczego Karola Nawrockiego, a także pełnomocnikiem finansowym komitetów PiS w kilku ostatnich wyborach. Bartczak cieszy się wielkim zaufaniem Nowogrodzkiej.
Cieślikowski to z kolei wieloletni kierowca Kaczyńskiego, radny PiS w stolicy, członek zarządu spółki Srebrna.
— Głównie Kaziu za tym chodzi — mówi człowiek znający kulisy próby wymiany cennej działki na inne nieruchomości. Kaziu, czyli Kujda.
Znikający chętni
Wedle naszych informacji Kujda zgłosił się do paru największych deweloperów w Polsce. Takich, którzy zajmują się zwłaszcza budową powierzchni biurowych. Działka przy Srebrnej to bardzo głośne miejsce — tuż przy ruchliwej arterii. W bliskiej odległości są szklane wieżowce.
Człowiek z jądra PiS: — Początkowo było zainteresowanie, ale potem się wycofywali. Z dnia na dzień.
Już nawet upatrzono kamienicę na stołecznym Nowym Mieście. Deweloper miałby — wedle zamierzeń Nowogrodzkiej — kupić tę nieruchomość, a potem ją wymienić ze Srebrną. Nie mamy dokładnej wiedzy, dlaczego transakcja nie doszła do skutku.
Pierwszą barierą są pieniądze, ale dla dużych graczy na rynku deweloperskim to nie jest przeszkoda. Ważniejsza jest — można przypuszczać — kalkulacja polityczna, bo transakcja ze Srebrną oznacza potencjalnie duży finansowy zastrzyk dla środowiska PiS. A po drugie, z biznesowego punktu widzenia najważniejsze: działka jest w wybitnie atrakcyjnym miejscu, ale akurat takim, w którym wciąż nie ma planu zagospodarowania przestrzennego.
— Terminem przyjęcia planów zajmuje się Biuro Architektury i Planowania Przestrzennego urzędu miasta. Nie można na razie ustalić wysokości ewentualnego budynku, który mógłby stanąć na tej działce. Trzeba by było najpierw przeprowadzić analizę urbanistyczną poprzedzającą decyzję o warunkach zabudowy. Według naszej wiedzy takiej nie ma — informuje Marcin Jakubik, rzecznik urzędu dzielnicy Wola.
Decyzja o tym, co można postawić na działce, zależy od urzędników. W praktyce można uzasadnić decyzję o wieżowcu na prawie 200 m, jak i takim, który będzie sięgał tylko 30 m. Jeśli władze rządzonej przez Koalicję Obywatelską Warszawy pozwoliłyby na wzniesienie tam drapacza chmur, to wartość działki może poszybować do ok. 125 mln zł (tak można szacować, patrząc na kwoty transakcji z najbliższej okolicy). A jeśli budynek miałby być niski, to cena może stopnieć o 100 mln.
Dla porównania: niedawno w centrum stolicy działkę o powierzchni 5,5 tys. mkw. (czyli mniej więcej taką jak Srebrna 16) przy skrzyżowaniu ul. Grzybowskiej i Alei Jana Pawła II deweloper kupił za 77 mln zł. Powstają tam apartamentowce w cenie ok. 30-40 tys. zł za 1 mkw. A mniejsza (licząca 1640 mkw. — niezabudowana z naziemnym parkingiem) działka niemal sąsiadująca z tą spółki Srebrna też przeszła z rąk do rąk — kwoty transakcji nie podano, ale można oszacować ją na ok. 30 mln zł.
Do trzech razy sztuka?
W 2016 r. Srebrna próbowała za pomocą pośrednika sprzedać działkę za wygórowaną cenę 160 mln zł, bo zakładającą, że można na niej postawić 190-metrowy budynek, na co rzekomo (bo nie była to prawda) miała komplet pozwoleń. Jednak nic z tego nie wyszło. Potem jeszcze w 2018 r. prezes PiS chciał na spółkę z austriackim deweloperem Geraldem Birgfellnerem (prywatnie mężem córki Jana Marii Tomaszewskiego) zbudować na tej działce „dwie wieże” (projekt mógł być warty 1,3 mld zł). Skończyło się tak, że Birgfellner nagrywał Kaczyńskiego i jego świtę. Inwestycja nie ruszyła. Birgfellner twierdzi, że został oszukany. Prokuratura prowadzi śledztwo.
Jak zarabia Srebrna
Majątek spółki Srebrna to spadek po Fundacji Prasowej Solidarności (dziś przemianowanej na fundację Instytut Lecha Kaczyńskiego, szefem rady jest Jarosław Kaczyński). Fundację założyli ludzie Porozumienia Centrum na początku lat 90. Przejęli wówczas popularną w czasach PRL warszawską popołudniówkę „Express Wieczorny”, a dzięki ustawie napisanej przez Adama Glapińskiego — wiceszefa PC — fundacja przejęła od państwa po likwidowanym koncernie Prasa-Książka-Ruch budynki i grunty: przy Alejach Jerozolimskich 125/127, Srebrnej 16 i Nowogrodzkiej 84/86. Do dziś Srebrna jest ich użytkownikiem wieczystym.
Biura w Alejach Jerozolimskich są wynajmowane i zarabiają na siebie — jest tam siedziba Szybkiej Kolei Miejskiej.
Gdyby nie Srebrna i działki w sercu Warszawy, PiS by nie przetrwało. Ludzie PiS, a wcześniej Porozumienia Centrum, dzięki temu majątkowi mieli gdzie się podziać, gdy ich partia była w głębokiej opozycji — spółka ich zatrudniała.
Związana z PiS Srebrna zarabia na tym, że wynajmuje biura i parking. Nie jest to wyszukany model biznesowy, ale daje stałe dochody. Rocznie od 500 tys. do 2 mln zł. Na kontach ma teraz ok. 28 mln zł (to stan z przełomu lat 2024/2025) — z roku na rok ta kwota powoli rośnie.
Srebrna ma też — to dane ze sprawozdania z 2025 r. — trochę udziałów w spółkach medialnych ze środowiska Tomasza Sakiewicza: w Słowie Niezależnym, Geranium i Forum. Ale to przynosi raczej straty niż zyski.
Srebrna jest nazywana perłą w koronie finansowego zaplecza PiS. Ale spółka nie może finansować partii. Bo to nielegalne.
Właścicielem Srebrnej jest Instytut Lecha Kaczyńskiego, którego prezesem jest Barbara Czabańska — była żona Krzysztofa Czabańskiego, wiernego druha prezesa PiS, a na początku lat 90. redaktora naczelnego „Expressu Wieczornego”. Zastępcą Czabańskiej jest Piotr Milowański (sekretarz generalny PiS). To bardzo zaufani ludzie prezesa.
Czabańska mieszka pod Augustowem — 250 km od Warszawy — w wielkiej posiadłości z ogrodami, a gdy trzeba podpisać jakiś dokument albo cokolwiek zrobić w Instytucie, to ze Srebrnej jedzie po nią samochód, a potem odwozi z powrotem z Warszawy na Mazury.
Partyjna kasa
O ile kasa Srebrnej jest pełna, spółka trzyma pieniądze na kolejnych lokatach, to kasa PiS jest pustawa. Ludzie z partii nie ujawniają, jaki jest dokładnie stan konta. Udało się jednak rok temu spłacić kredyty zaciągane na kampanie wyborcze. Partia wyszła wtedy na zero.
— Spłaciliśmy kredyty. Kampanię prezydencką zrobiliśmy za darowizny. Nie mamy teraz długów, więc nie jest aż tak źle — mówi bywalec Nowogrodzkiej.
— Przeżyliśmy najtrudniejszy okres. Teraz jest skromnie, ale bezpiecznie — dodaje polityk znający finanse partii.
Kampanię prezydencką Karola Nawrockiego przeprowadzono niemal wyłącznie z darowizn od sympatyków i członków partii.
— Jeśli będą wcześniejsze wybory, to jesteśmy w dupie — mówił na Nowogrodzkiej jeden z najważniejszych polityków PiS krótko po wyborach prezydenckich, w których Nawrocki wygrał.
PiS udało się zdobyć 23 mln zł z darowizn na kampanię prezydencką. Jednak na kampanię parlamentarną trudniej zbierać pieniądze. Po pierwsze, sztab dostawał wtedy pieniądze nie tylko od wyborców PiS. Po drugie, od tego czasu partia straciła sporo w sondażach poparcia. I wtedy maszyneria partii pracowała na jednego kandydata, dziś w PiS zwalczają się dwie frakcje.
Kampania parlamentarna jest też droższa — w 2023 r. limit wydatków to było 38 mln zł i tyle PiS wydało. W kolejnych wyborach limit wyniesie ok. 40 mln zł. Ale to nie wszystko — w praktyce prowadzi się też prekampanię, która może kosztować miliony złotych.
Temat pieniędzy w PiS wraca jak jo-jo. To dlatego, że na co dzień partia żyje skromnie — pozwalniano część pracowników biurowych, ograniczono liczbę biur wynajmowanych w terenie. PiS organizuje konferencje programowe w kolejnych miastach, ale są one skromne, w małych salach. W partii wciąż jest trauma po tym, jak wydano ponad 2 mln zł na jedną konferencję programową w Katowicach, która okazała się klęską.
Utrzymanie partii to ok. 2 mln zł miesięcznie. Ale to średnia — wliczają się w to koszty różnych konwencji, organizowania demonstracji itp. PiS jest w stanie przeżyć za ok. 15 mln rocznie, ale skromnie.
Na kampanię nie starczy. — Zwłaszcza kandydaci będą musieli się wysilić. Bardziej niż w poprzednich kampaniach. Wszyscy na naszych listach będą płacić na kampanię — mówi człowiek bliski Nowogrodzkiej.
Kandydatów w wyborach jest ok. tysiąca. Ponad 900 kandydatów na posłów i 100 na senatorów (jeśli PiS wystawi własne kandydatury w każdym z okręgów senackich — a to nie jest pewne, bo prawica może stworzyć pakt senacki). Prezes wyciśnie z nich, ile zdoła. — Te wybory to dla Kaczyńskiego być albo nie być — mówi ważny polityk PiS.