W przypadku Przemysława Czarnka i wierchuszki PiS „poglądy” są wypadkową sondaży i maszyny losującej. Dla kilku punktów procentowych kandydat na premiera powie wszystko.
PiS zrobiło nas wszystkich w konia. Wystawiło kandydata na premiera, który nie wie jeszcze, jakie ma poglądy.
16 czerwca 2023 r. poseł Przemysław Czarnek głosuje za wprowadzeniem obowiązkowego Krajowego Systemu e-Faktur (KSeF). Dwa miesiące później opowiada się za odrzuceniem poprawek Senatu, który chciał wyrzucić ustawę wprowadzającą to rozwiązanie do kosza.
11 kwietnia 2026 r. Kandydat PiS na premiera Przemysław Czarnek na wiecu w Koninie nazywa KSeF „bandytyzmem”. — Ślubuję uroczyście: natychmiast po objęciu władzy likwidujemy KSeF obowiązkowy dla małych i średnich przedsiębiorców — grzmi najnowsza „decyzja Jarosława Kaczyńskiego”.
I bądź tu, elektoracie, mądry, który Czarnek jest prawdziwy. Kiedy mówi prawdę, jakie naprawdę ma zdanie. Skąd czerpać pewność, że nie zmieni go w innych sprawach, skoro zmienił akurat w tej.
Maszyna losująca Czarnka
Czarnek jest przykładem spektakularnym, lecz nie jest odosobnionym. Giętkość poglądów to modus operandi tej formacji od lat. Kilka tygodni temu PiS zaskarżyło do Trybunału Konstytucyjnego przepisy, które samo stworzyło, dotyczące wyboru sędziów TK zresztą. Protestuje przeciwko Zielonemu Ładowi, wynegocjowanemu i zaakceptowanemu przez Mateusza Morawieckiego. Zapowiada zniesienie systemu kaucyjnego, którego wprowadzenie zapowiadał już w 2019 r. w exposé Morawiecki. Ostatecznie system został przegłosowany w końcówce rządów PiS w 2023 r. (co oczywiste: Czarnek głosował za, a dziś zapowiada wycofanie się z systemu). Nie wspominając już nawet o SAFE, które w krótkim czasie przeszło w pisowskim imaginarium drogę od „szansy na rozwój sił zbrojnych RP” do „oddawania suwerenności”.
To nie jest opowieść o tym, że politycy zmieniają poglądy. Muszą je zmieniać, bo rzeczywistość wokół pędzi jak być może nigdy w historii. Trudno podchodzić do problemów demografii tak samo jak trzy dekady temu, traktować zmiany klimatyczne tak jak dwie dekady temu czy w końcu — wierzyć w sojusz z USA tak samo jak dekadę temu. Viktor Orbán też nie stoi tam, gdzie kiedyś.
W przypadku Czarnka i pisowskiej wierchuszki chodzi jednak o coś zupełnie innego. „Poglądy” są tam wypadkową sondaży i maszyny losującej. Wiadomo, że kandydat na premiera wymyślony przez Jarosława Kaczyńskiego nie zostanie zwolennikiem aborcji, nie zobaczymy go też przechadzającego się w tęczowej koszulce na marszu równości, nie wygłosi on antyklerykalnego przemówienia, krytykującego Jana Pawła II. Ale takich spraw jest kilka. Zdecydowana większość jest już negocjowalna, zwłaszcza jeśli to czy inne zagadnienie można wtłoczyć w bieżącą nawalankę polityczną. Najgorsze, co może cię spotkać, to wykonanie kilku fikołków intelektualnych. Gdy okazało się, że grzmiący o „OZE-sroze” Czarnek zamontował na domu panele fotowoltaiczne, były minister edukacji zaczął opowiadać mrożące krew w żyłach historie o tym, jakoby Unia Europejska zmuszała — wręcz: wykręcała Polakom ręce — by owe panele zamontować. Niewykluczone zresztą, że to nie jest ostatnia Czarnkowa wolta, za jakiś czas może się okazać, że OZE nie jest jednak sroze.
Czarnek powie wszystko
Tuż po wojnie katolicki intelektualista Stanisław Stomma, jedyny poseł, który w 1976 r. zagłosował przeciwko wpisaniu do konstytucji PRL przyjaźni z ZSRR, zdefiniował pojęcie „mądrości etapu”. To określenie ma pewne miejsce w rankingu politycznych bon motów, które wymknęły się spod kontroli autorów i zaczęły żyć własnym życiem. Tadeusz Mazowiecki w 1989 r. nie mówił o „grubej kresce” (tylko o grubej linii i była to cezura czasowa, a nie zapowiedź amnestii dla ludzi poprzedniego systemu), Włodzimierz Cimoszewicz nie powiedział w trakcie powodzi w 1997 r., że „trzeba się było ubezpieczać” („trzeba być przezornym, trzeba się ubezpieczać, a ta prawda ciągle jest mało powszechna”), a Stomma nie promował koniunkturalizmu. „Mądrość etapu” oznaczała racjonalnie szacowanie tego, co można w danym momencie uzyskać od nielubianej władzy, a nie dostosowywanie planów do tego, na co aktualnie może pozwolić władza. „Gdyby nie był katolikiem, Stomma mógłby powtórzyć słowa materialisty, ateisty i pozytywisty Aleksandra Świętochowskiego: »Nie wyrzekamy się marzeń, ale wyrzekamy się złudzeń«” — pisał w „Więzi” Adam Michnik.
W PiS nie ma złudzeń od dawna. Są tylko cyniczny koniunkturalizm oraz hipokryzja. Przemysław Czarnek powie wszystko, co mu się opłaci i dzięki czemu dostanie kilka punktów procentowych w sondażach więcej. A że PiS w sondażach nie rośnie, może etap przerasta kandydata.




