— Zmuszanie dziecka do kontaktu z przemocowym rodzicem, jeśli ono tego nie chce, to według ekspertów jak zmuszanie zgwałconej kobiety do cotygodniowych romantycznych kolacji z gwałcicielem — mówi Magdalena Kobiałko ze Stowarzyszenia Bo Kocham Za Bardzo.
— Obudziło nas walenie do drzwi i krzyki: „Marta, otwieraj!”. Była szósta rano, nie wiedziałam, kim są ci ludzie, byłam przerażona, bałam się, że to mój były mąż kogoś nasłał. W końcu mama poszła otwierać, ale to starsza osoba, trzęsły jej się ręce. I wtedy oni te drzwi wyważyli — opowiada Marta. — Do mieszkania weszło może 10 osób. Powiedzieli, że muszą mnie zawieźć do prokuratury na przesłuchanie. Nie powiedzieli, że zabiorą mi dziecko.
Walka o opiekę nad dziewięcioletnim dziś Oskarem trwa pięć lat. Marta: — Mój były mąż stosował przemoc, jeszcze jak byliśmy razem. Poniżał mnie, groził, wpadał w furię, bił. Krzyczał na syna, dawał mu klapsy. Potem przepraszał i obiecywał, że się zmieni. Za długo chciałam w to wierzyć, ale w końcu uznałam, że już tego nie wytrzymam. A wtedy zabrał mi dowód, zamknął drzwi i nie pozwalał wyjść. Wypuścił dopiero po przyjeździe policji.
Po rozwodzie chłopiec mieszkał z matką, ale sąd przyznał ojcu regularne kontakty. — Aż raz mój pięcioletni syn powiedział znajomemu: „Wujku, pokaż, jakiego masz”. I nas wtedy zmroziło. „Dlaczego tak mówisz? Ktoś ci pokazywał?”. „Tata”, odparł. I że to wygląda jak pająk, bo ma dużo czarnych włosów, a na końcu jest taka fioletowa kula i takie białe kropelki wyskakują „siup, siup” — mówi Marta.
Zawiadomiła prokuraturę. Ojciec Oskara z kolei oskarżył byłą żoną o alienację rodzicielską. Zarzuty wobec mężczyzny zostały umorzone ze względu na brak wystarczających dowodów, a matka została zobligowana przez sąd do przekazania dziecka byłemu partnerowi. — Syn opowiadał mi, co robił jego ojciec, ze szczegółami, o których dziecko w jego wieku nie miało prawa wiedzieć. Jak mogłam oddać Oskara osobie, która go krzywdziła? — mówi Marta. Badający chłopca psycholog w opinii napisał, że Oskar „ma traumę nadużycia ze strony ojca”, a zmuszanie go do kontaktu „wiąże się z wtórną wiktymizacją i traumatyzacją dziecka”.
— Próbowałam ułożyć sobie życie z nowym partnerem. Zaszłam w ciążę, ale akurat wtedy przyszła decyzja o umorzeniu sprawy o pedofilię. A mój były mąż wciąż nasyłał na nas kuratorów, MOPS, wydzwaniał, nękał. Podejrzane osoby wystawały pod naszymi drzwiami. I z tego stresu poroniłam — mówi. — Czuliśmy się tak zaszczuci, że wyprowadziliśmy się do innego województwa, niedaleko rodziny. Kupiliśmy dom. Urodziły się, rok po roku, dziewczynki. Byliśmy przeszczęśliwi.
We wrześniu 2024 r. ojciec Oskara i jego partnerka wtargnęli na posesję Marty. — Byłam z mamą i dziewczynkami w ogrodzie. Zaczęli mnie szarpać i kopać. Miałam na ręku roczną córkę, próbowałam ją osłaniać, w końcu udało mi się uciec do domu. Mamie złamali palec i spryskali ją gazem pieprzowym, który się potem rozniósł po całym domu, dzieci się od tego dusiły. Oskar to wszystko widział z okna. A jego ojciec powiedział policjantom, że słyszał płacz dziecka i że ma postanowienie, że dziecko ma być przy nim. My zostaliśmy napadnięci, a policja przyszła sprawdzić, czy Oskar, przestraszony, tulący się do mnie jak małpka, nie ma siniaków — relacjonuje.
Były mąż Marty został prawomocnie skazany za naruszenie miru domowego z użyciem przemocy. Ale w kwietniu 2025 r., gdy sprawa była w toku, sąd wydał decyzję o przymusowym odebraniu dziecka matce i przekazaniu ojcu. Rok później, 2 kwietnia 2026 r., odebranie zostało przeprowadzone. Marta została odwieziona na przesłuchanie. Dzieci zostały z dziadkami.
— Umieścili nas z dziewczynkami w kuchni — opowiada ojciec Marty. — Oskarka zabrali do drugiego pokoju, z ojcem i dwoma kuratorami. Psycholożki przyszły po trzech godzinach i wyszły po kwadransie. A potem dwumetrowy ojciec wyniósł chłopca do samochodu, bez butów, bez czapki, i odjechał. Oskar mówił, że nie chce z nim iść, że widział, jak ojciec bił mamę. Dziecko miało przerażenie w oczach. Policjanci nie reagowali.
— A minister sprawiedliwości wydaje projekt ustawy wprowadzający obligatoryjną opiekę naprzemienną, jak tylko wpłynie wniosek o rozwód. I dzieci będą trafiać do przemocowców — dodaje.
***
Prace nad reformą prawa rodzinnego — tzw. pakietem rodzicielskim — zapowiedział minister Waldemar Żurek. Pierwsza ustawa ma wprowadzić pieczę współdzieloną (zwaną też opieką naprzemienną, dziecko raz przebywa u jednego rodzica, raz u drugiego, i czas spędzony z obojgiem jest porównywalny) jako punkt wyjścia po rozstaniu rodziców. Druga ma przynieść „realne i szybkie konsekwencje za uporczywe łamanie orzeczeń o kontaktach” rodzica z dzieckiem. A trzecia usprawnić orzeczenia w sprawach rodzinnych.
Kwestia podziału opieki nad dziećmi po rozwodzie jest od paru lat obiektem gorącego sporu. Po jednej stronie są organizacje reprezentujące głównie ojców — choć zdarzają się też matki i dziadkowie — dla których kwestią wymagającą pilnej interwencji państwa jest tzw. alienacja rodzicielska, czyli odmawianie jednemu z rodziców kontaktów z dzieckiem przez rodzica drugiego.
— Powiem to jako psycholog: jeśli dojdzie do zerwania więzi w wieku 6-7 lat, to po paru latach, gdy sprawy sądowe się skończą, a dziecko ma już, dajmy na to, lat 14, bardzo ciężko jest ją odbudować. Małym dzieckiem jest łatwo manipulować, przywiązuje się do tego rodzica, z którym mieszka, jest wobec niego lojalne i nawiązanie potem więzi przez drugiego rodzica jest praktycznie niemożliwe — mówi Wojciech Miga ze Strajku Ojców. Liczy na gruntowną reformę. — Jeżeli pani zbije szybę w witrynie sklepowej i złapią panią na gorącym uczynku, to dostanie pani wyrok i musi naprawić szkodę. Jest to nieuchronne. Ale wyroku sądu w zakresie kontaktów z dzieckiem może pani nie respektować bez praktycznie żadnych konsekwencji. I to się musi zmienić — dodaje.
Z kolei organizacje reprezentujące głównie matki — choć, znowu, zdarzają się ojcowie i dziadkowie — zwracają uwagę na niedostateczną ochronę dziecka przed przemocą. Konkretnie na to, że przemocowy rodzic, stosując argument alienacji rodzicielskiej, może uzyskać kontakty z dzieckiem, które nie chce go widywać, a nawet doprowadzić do odebrania go drugiemu, bezpiecznemu rodzicowi. — Jesteśmy za zaangażowaniem ojców w życie dzieci, bo to bardzo ważne, ale nie za używaniem wymiaru sprawiedliwości do ułatwiania sprawcy kontroli nad ofiarą — mówi Magdalena Kobiałko ze Stowarzyszenia Bo Kocham Za Bardzo. — A zmuszanie dziecka do kontaktu z przemocowym rodzicem, jeśli ono mówi, że tego nie chce, to według ekspertów jak zmuszanie zgwałconej kobiety do spożywania cotygodniowych romantycznych kolacji z gwałcicielem.
Minister w opublikowanym w mediach społecznościowych poście zapowiadającym reformę napisał: „Bezpodstawna izolacja to ból rodziców i krzywda dzieci. Przez lata prawo w tych sprawach nie nadążało za rzeczywistością, a wyroki sądów zbyt często pozostawały bez realnych skutków. Chcę, żebyście nie musieli walczyć latami o coś tak podstawowego jak kontakt z własnym dzieckiem. Obiecałem Wam, że te problemy nie trafią do szuflady. I dotrzymuję słowa”.
Do kwestii przemocy się nie odniósł.
***
Martyna (imię zmienione) zasadniczo zgadza się z ministrem w kwestii prawa nienadążającego za rzeczywistością. Jej Julia przyszła na świat w Holandii, za pomocą in vitro, po dziewięciu latach prób. Cztery lata później rodzina wróciła do Katowic. — Już wtedy zaczęły się dziwne zachowania męża, ale nie były jeszcze dla mnie oczywiste. A potem uciekł z Julią do Sopotu. SMS-em mi oświadczył, że się ze mną rozwodzi i że córki już nie zobaczę. Nie dał mi adresu. A sędzia i tak zdecydowała, że dziecko będzie mieszkać z ojcem — mówi.
Martyna dostała kontakty z dzieckiem, które jej były mąż również, jak mówi, utrudniał. — Miałam odebrać Julkę ze szkoły, córka wyszła, i wtedy mąż zajechał nam drogę samochodem, zaczął mi ją wyrywać, krzyczeć: „Julia, ja cię kocham!”. Julia w panice, ja mówię, że zaraz mamy pociąg, i w końcu nas puścił. A następnego dnia zauważyłam na jej majtkach upławy. U sześcioletniej dziewczynki to się raczej nie zdarza. Julka się w końcu wygadała, poleciałam z nią na SOR, a lekarz od razu skierował nas na obdukcję. I wezwał policję — opowiada. — Julia była wtedy nie dość, że obolała, to jeszcze w traumie, nie dała się niemal dotknąć. Ale ginekolożka ją zbadała i zapisała w obdukcji: zaczerwienienie sromu, siniaki. Pobrała próbki. W badaniu wyszła bakteria przenoszona drogą płciową. A pediatra stwierdziła, że te siniaki to są od penisa.
Po badaniu Julia nie wróciła już do ojca. Sąd przyznał opiekę matce i zakazał ojcu kontaktów z córką. — Julia dostała kuratorkę, która ją reprezentowała. Ale ona była po prostu bierna: nie doprowadziła do przesłuchania ojca ani lekarzy, którzy brali udział w obdukcji. Protokół zaginął i sprawa została umorzona. A mój mąż od tego czasu przeprowadza ciągły atak. Niektórzy mężczyźni chodzą na piwo i na mecze, jego hobby to nękanie. Żąda ode mnie zaległych alimentów — sam nic nie płaci — i pół miliona za korzystanie ze wspólnego mieszkania. Złamał zakaz zbliżania się, próbował ją porwać spod szkoły i nie poniósł żadnych konsekwencji. Jeszcze mi zarzucił, że krzyczałam na niego, że jest pedofilem, i za to też chce zadośćuczynienia. Kart niebieskich to mi zakładał tyle, że już powinnam mieć złotą, tyle że wszystkie są umarzane, bo nie ma podstaw. Kuratorka z sądu rodzinnego przychodzi co tydzień i sprawdza. Jak Julia była u ojca, przez półtora roku nie przyszła ani razu — mówi Martyna.
I dodaje: — Ja już nie wiem, gdzie ręce wsadzić. A wcale nie chcę walczyć. Chcę, żeby moje dziecko miało normalne życie. A na razie sędzia z sądu rozwodowego wystąpiła z pytaniem do biegłych, czy drugi rodzic może mieć kontakty i w jakim zakresie.
***
Pierwszy projekt reformy Kodeksu rodzinnego, ten od pieczy współdzielonej, trafił do wykazu prac legislacyjnych w grudniu. W marcu swoje uwagi zgłosiły instytucje i organizacje. Nie było wśród nich Rzecznika Praw Dziecka, bo ministerstwo nie przekazało rzecznikowi projektu do konsultacji.
Strajk Ojców uważa projekt za krok w dobrym kierunku, ale zbyt mały. — Według nas wciąż brak gwarancji wykonalności orzeczeń, bo co z tego, że sąd nakaże pieczę współdzieloną, skoro nie będzie to egzekwowane. Ponadto projekt boczną furtką wprowadza ograniczenia władzy rodzicielskiej, na co my się nie zgadzamy — wylicza Miga. Strajk Ojców postuluje, żeby takie ograniczenie następowało „wyłącznie w razie konkretnych okoliczności świadczących o rzeczywistym zagrożeniu dobra dziecka”. — Jeśli była przemoc domowa, była założona niebieska karta, jeśli sąd widzi dowody tej przemocy, to nie ma możliwości, żeby sędzia dał pieczę współdzieloną, bo będzie chronił dziecko. To jasna sprawa. A zarzuty o przemoc to prawie każdy ojciec ma. Bo to mu najłatwiej przypisać. Pierwsze, co robi matka, jeśli chce odebrać kontakt, to oskarża ojca o przemoc — przekonuje.
Stowarzyszenie Bo Kocham Za Bardzo z kolei niepokoi ustanowienie pieczy współdzielonej jako rozwiązania domyślnego już na etapie rozpoczęcia sprawy o uregulowanie opieki. Uważa, że w projekcie brakuje mechanizmów identyfikacji przemocy i zapewnienia dziecku bezpieczeństwa. — To nie jest marginalny problem. I dzieci, które doznawały przemocy ze strony jednego z rodziców, teraz będą z nim spędzać połowę czasu bez ochrony drugiego rodzica — przekonuje Kobiałko. — Niejednokrotnie spotykamy się z sytuacją, w której przemoc trwa kilka lat, dochodzi do rozstania i nagle rodzic przemocowy staje się wzorowy — tylko po to, by za chwilę przemoc wróciła. Dlatego trzeba szkolić biegłych, żeby potrafili odróżnić konflikt dwóch równych stron od sytuacji, gdy jedna strona jest sprawcą, a druga ofiarą.
Ministerstwo Sprawiedliwości przekonuje, że projekt ustawy uwzględnia postulaty obu stron. — Jego najważniejszym celem jest interes dziecka. A w najlepszym interesie dziecka jest wychowywanie go przy udziale obojga rodziców. Rolą prawa jest stworzenie takich narzędzi, które pozwolą wypracować po rozstaniu stabilny i bezpieczny model opieki — mówi sędzia Dorota Łopalewska, dyrektor Departamentu Spraw Rodzinnych i Nieletnich w Ministerstwie Sprawiedliwości.
Naczelna Rada Adwokacka uważa, że projekt „budzi poważne wątpliwości” z punktu widzenia dobra dziecka. Ten model opieki, przypomina, sprawdza się, gdy rodzice potrafią się porozumieć przynajmniej w kwestiach dotyczących potomka. Jeśli jednak panuje między nimi konflikt, opieka naprzemienna tylko go nasila, co może prowadzić do wykorzystywania dziecka w rozgrywkach między byłymi partnerami. NRA uważa też, że należy wzmocnić ochronę dzieci, gdy jeden z rodziców stosował lub stosuje wobec nich przemoc. „Szczególnie krytycznie” ocenia „brak bezpośredniego odniesienia w projekcie ustawy do kwestii przemocy wobec dzieci oraz drugiego rodzica”.
— Ten projekt nie jest ustawą o przeciwdziałaniu przemocy. Dotyczy sytuacji, w której rodzice — mimo rozstania — chcą i są w stanie wspólnie wychować dziecko. W przypadku przemocy, piecza współdzielona z definicji nie będzie mogła być stosowana — odpowiada Łopalewska. Zapewnia też, że domyślność opieki naprzemiennej nie oznacza automatyzmu w jej przyznawaniu. — Sąd każdorazowo będzie analizował konkretną sytuację rodziny, biorąc pod uwagę wiele czynników — zdanie dziecka, odległość między miejscami zamieszkania rodziców, dotychczasowy podział obowiązków oraz zdolność do współpracy. A obowiązujące przepisy już dziś dają sądom skuteczne narzędzia do identyfikowania i oceny takich sytuacji — wskazuje.
Ponadto ministerstwo planuje obowiązkowe szkolenia dla sędziów rodzinnych obejmujące m.in. rozpoznawanie różnych form przemocy, a także zagadnienia z zakresu psychologii, pedagogiki i seksuologii. Nie prowadzi jednak statystyk, jaki odsetek rozwodów wiąże się z przemocą domową, ani nie przewiduje usunięcia z Kodeksu rodzinnego obowiązku utrzymywania z rodzicem kontaktu przez dziecko (art. 113). Łopalewska: — Mówimy o wzajemnym prawie i obowiązku utrzymywania relacji. Nie jest to jednak zasada absolutna. W sytuacjach szczególnych, zwłaszcza gdy pojawia się przemoc, sąd może odpowiednio ograniczyć lub nawet zakazać kontaktów.
***
Marta: — Zawieźli mnie do prokuratury, a potem, w kajdankach, na badanie psychiatryczne. Potrwało kwadrans. Pytali mnie tylko, czy nadużywam alkoholu i czy biorę narkotyki. Nawet w toalecie ktoś mi towarzyszył, jak przestępcy. Prokurator mi powiedział, że alienuję dziecko i że Oskar jest już u ojca. Poczułam, jakby mi przebili serce. Powiedziałam, że mojemu synowi grozi niebezpieczeństwo, że na pewno krzyczy i prosi o pomoc, a ja nie mogę mu pomóc — głos jej się łamie. — Usłyszałam, że mam zakaz kontaktowania się z własnym synem i z jego ojcem. A potem wypuścili mnie do domu. Dziewczynki płaczą za bratem. Starsza pyta taty, czy zły człowiek, który go zabrał, ją też porwie.
Oskar wciąż jest u ojca. Ten dziadkom chłopca przysłał SMS-a, że jego syn wreszcie jest szczęśliwy.
Pytane, czy planuje interwencję, Biuro Rzecznika Praw Dziecka odpisało, że „szanując dobro dzieci i ochronę ich prywatności”, nie udziela szczegółowych informacji na temat indywidualnych spraw prowadzonych przez urząd.





