Pochwowy lepszy, łechtaczkowy gorszy? Takie szkodliwe wartościowanie zdarza się na wielu forach, na niektórych profilach na Instagramie czy TikToku. Nadal wprowadza się w błąd kobiety i mężczyzn, podtrzymując przekonanie, że tylko jeden typ orgazmu ma wyższą wartość. Z perspektywy seksuologii to hierarchizowanie jest kłamstwem, wymyślonym przez Freuda.
„Miałaś?! Miałaś?” — dopytuje Alinę (34 l.) partner. Od kiedy są razem, czyli od trzech lat, niemal każdy seks kończy się tym pytaniem. Alina tłumaczy, że nie chce ściemniać ani kręcić, a już szczególnie osoby, którą kocha i której pożąda. Z którą planuje przeżyć długie lata. — Ale czasami muszę to robić, dla świętego spokoju — mówi, zrezygnowana. — Chodzi oczywiście o ten cholery orgazm. Mój partner się upiera, że każdy dobry seks kończy się obustronnym, na dodatek u mnie „tym konkretnym” orgazmem. I że musi go czuć, widzieć u mnie. Ja już nie mam siły mówić, że w łóżku jest mi dobrze, że lubię wszystko, co robimy razem. Coraz bardziej mnie stresuje to jego pytanie. Przez to zaczynam mieć dość seksu, męczy mnie sama myśl, że on zapyta o mój orgazm. Po co?!
Kamila (41 l.) z dumą wyjaśnia, że w jej związku nie ma tabu. Koleżanki zazdroszczą jej tego, że potrafią z mężem rozmawiać o seksualności, intymności, o tym, czego im brakuje lub czego potrzebują. — Nie przyszło nam to wcale naturalnie. Kiedy zaczęliśmy być z Kubą, który jest ode mnie pięć lat młodszy, wszyscy uważali, że to będzie tylko romans. My trwamy przy sobie już 15 lat, na przekór niedowiarkom. Rzeczywiście, na początku łączyło nas głównie pożądanie, naprawdę silna chemia. Nie musieliśmy rozmawiać o seksie, orgazmy po prostu przychodziły, czasami nawet jednocześnie, a to przecież wcale nie jest takie częste – relacjonuje Kamila.
Nic do stracenia
Z biegiem lat seksualność zaczęła się w ich związku zmieniać. Emocje stygły, współżycie zdarzało się coraz rzadziej. Wtedy jeszcze o tym nie rozmawiali. Brali ślub, potem kredyty (na mieszkanie i na samochód), walczyli o coraz lepszą pracę. Przez pewien czas Kuba był bezrobotny i wtedy kompletnie nie miał ochoty na zbliżenia. Kiedy wreszcie zdobył wymarzone stanowisko w nowej firmie, uległ wypadkowi na motocyklu. Zderzył się z ciężarówką. To cud, że przeżył, choć długo walczył o życie, a potem o zdrowie.
— Wylałam morze łez. Nie wiedzieliśmy, czy Kuba będzie chodził, jak to wszystko się skończy. Paradoksalnie, właśnie wtedy zaczęliśmy ze sobą rozmawiać tak naprawdę, bez żadnego wstydu, bez skrępowania. Czuliśmy, że nie mamy już nic do stracenia. Godzinami siedziałam przy jego łóżku, najpierw w szpitalach, potem w sanatoriach i w domu. Nie było mowy o seksie, co najwyżej pocałunki, głaskanie. Ale wtedy odważyliśmy się rozmawiać także o naszym życiu erotycznym. To było kręcące i chyba zastępowało nam trochę seks — mówi Kamila. Po raz pierwszy rozmawiali wtedy o orgazmach. Okazało się, że dla męża priorytetem jest jej orgazm. On uważa, że po prostu musi to zapewnić swojej żonie. W ten sposób sprawdza swoją męskość.
Po kilku latach walki i leczenia, po czterech operacjach, Kuba odzyskał prawie całą sprawność. Razem z Kamilą wrócili też do życia seksualnego, robią to bardzo zachłannie, zupełnie jak na początku. Przerwę mieli bardzo długą. Natomiast pojawiły się znowu oczekiwania, bardzo konkretne, związane z „tym” orgazmem. Kuba uważa, że liczy się tylko waginalny, czytał o tym sporo podczas pobytów w szpitalu. Słucha podcastów, kupuje książki na temat intymności i udanego seksu w związku, podsuwa różne fragmenty żonie. Kamila czuje, że ciąży na nich, a właściwie na niej, spora presja. Jest szczęśliwa i wdzięczna, że on wyzdrowiał i że może samodzielnie chodzić, żyć. Ale rozczarowują ją oczekiwania Kuby wokół orgazmu, które rosną. Ona chciałaby po prostu cieszyć się zdrowiem, życiem, czasem we dwoje. I ma już dość tych rozmów, których tak zazdroszczą jej koleżanki.
Lepszy, gorszy
Orgazm to szczytowy moment podniecenia seksualnego, który charakteryzuje się skurczami mięśni i intensywną przyjemnością. Jeśli mowa o kobietach, najpopularniejszy jest łechtaczkowy, który wynika ze stymulacji łechtaczki i warg sromowych. Jest też tzw. pochwowy, osiągany poprzez stymulację pochwy (np. podczas stosunku), często uznawany za „lepszy”. No właśnie, i tutaj zaczynają się problemy.
Lepszy, gorszy orgazm? To wartościowanie istnieje niestety w wielu przekazach i treściach, choćby na niektórych profilach na Instagramie czy TikToku. Nadal wprowadza się w błąd kobiety i mężczyzn, podtrzymując przekonanie, że jeden rodzaj orgazmu, najczęściej waginalny, ma wyższą wartość. Z perspektywy wiedzy seksuologicznej takie hierarchizowanie jednak nie ma uzasadnienia.
— Mamy różne typy orgazmów, jak i różne sposoby przeżywania przyjemności seksualnej — mówi dr n. med. Robert Kowalczyk z Uniwersytetu Medycznego we Wrocławiu, psycholog, seksuolog, współzałożyciel Instytutu Splot w Warszawie. Obserwuje, że takie wartościowanie nie tylko nie pomaga, ale też może szkodzić wielu osobom, relacjom. — Temat orgazmów pojawia się w gabinecie w różnych odsłonach, niekiedy wychodzi od obszaru generalnego braku przyjemności, poprzez szczegóły tych trudności, aż po problemy w osiągnięciu orgazmu. Bywa, że pacjentki same wartościują rodzaj orgazmu lub robią to ich partnerzy — przyznaje seksuolog.
Wyjaśnia, że już od ponad stu lat medycyna „próbowała leczyć kobiety z braku waginalnego orgazmu, zamiast przyznać, że to teoria Zygmunta Freuda była wadliwa, a nie kobiece ciało”. — Próbowano udowodnić, że Freud miał rację, ale nie pytano o zdanie i o odczucia samych kobiet — podkreśla.
— Mężczyźni czują się odpowiedzialni za przyjemność kobiet podczas współżycia. Na zasadzie „jej orgazm świadczy o mnie” — opowiada seksuolog. I dodaje: — Bywa, że nie czują się w pełni sprawni, jeśli nie potrafią dostarczyć spektrum doznań. Mężczyzna ma być przecież dziś wielofunkcyjny, zadaniowy, wszechstronny…
Próba kontroli
Socjolożka i badaczka Katarzyna Krzywicka-Zdunek podkreśla wpływ tradycyjnego sposobu myślenia oraz patriarchatu na społeczne oczekiwania dotyczące seksualności, w szczególności orgazmu. — W badaniach „Looking at the men. Mężczyźni o mężczyznach”, które przeprowadzałam z zespołem, stwierdzono, że polscy mężczyźni wciąż funkcjonują w tradycyjnym sposobie myślenia — opowiada. – Odczuwają silną presję, by zawsze stanąć na wysokości zadania, co dotyczyć może zarówno kwestii finansowych i utrzymania rodziny, przybijania gwoździ, jak i umiejętności w sferze intymnej. Aż ponad 80 proc. mężczyzn odczuwa tę presję. Mężczyźni mają więc silne poczucie, że muszą w łóżku bardzo się postarać, zapewniać partnerce maksimum doznań i przyjemności. A kiedy partnerka nie doznaje orgazmu, sytuacja często staje się napięta — mówi badaczka.
Podobnie dzieje się, gdy partnerka doznaje nie tego orgazmu, którego partner oczekuje (a który jest społecznie narzucony, jako „lepszy”) lub nie w konkretnym czasie. To cała sfera pornografii jest odpowiedzialna za kolejny wielki mit, mianowicie jednoczesny orgazm w parze. Takie scenki obserwuje się głównie w filmach pornograficznych, ale w życiu wspólnie osiągany w tym samym momencie orgazm zdarza się rzadko albo wcale.
Krzywicka-Zdunek w dyskusjach na temat kobiecej seksualności wyczuwa wciąż patriarchalne wpływy. Tymczasem przecież dyktowanie kobietom, jak powinny odczuwać przyjemność, jest przejawem próby nadzoru, kontroli. — Czasami tego typu presja bywa ukryta, co nie znaczy, że jej nie ma — zauważa. I zaleca przestrzeganie zdrowych granic w dyskusji na temat intymności kobiet, a już szczególnie w tym, co „powinno się” lub „nie powinno” odczuwać.
Nie jedyna ścieżka
Przypadek z gabinetu. Kobieta w trakcie rozmowy na temat przyjemności powiedziała, że owszem, doświadczyła orgazmu waginalnego, ale seks dla niej wcale nie był przyjemny. Jej partner był tym wyznaniem wprost zszokowany. Kobieta wyjaśniła, że dla niej ważny jest przede wszystkim przebieg współżycia, orgazm zaś stanowi tylko jeden z elementów, wcale nie najważniejszy. Ta sytuacja pokazuje, jak różnie nieraz kobiety i mężczyźni postrzegają kwestię orgazmu. I jak niełatwo się w tej kwestii porozumieć.
— Orgazm ma różne warstwy: emocjonalną, poznawczą, sensoryczną, bywa bardzo złożony — relacjonuje prof. Robert Kowalczyk. Przestrzega, że nie chodzi o to, aby kobietę seksualnie unifikować, ale aby pokazać złożoność zjawiska. — W seksualności człowieka istnieją różne ścieżki dojścia do przyjemności, a jedną z nich kończy orgazm. Ale to nie jest jedyna ścieżka — podkreśla.
Jeśli temat orgazmu pojawia się w terapiach par, to często w kontekście przyjemności w seksie. Tyle że tutaj często, jak mówi prof. Robert Kowalczyk, kobiety i mężczyźni mają nieraz różne oczekiwania. Z jego obserwacji gabinetowych wynika, że kobiety częściej mówią o „globalnej przyjemności”, pojawiającej się na różnych etapach reakcji seksualnej, a mężczyźni częściej o ekscytacji, skumulowanej w fazie orgazmu. – Dlatego dla wielu partnerów jest on tak ważny: i ten własny, i partnerki. Zaznaczam jednak, żeby nie generalizować tych spostrzeżeń, to zbyt mała grupa — tłumaczy.
Kłamstwo Freuda
„9 rodzajów orgazmów”, „Kobiecy orgazm — jak wygląda i ile trwa?”, „Który orgazm jest lepszy, łechtaczkowy czy pochwowy?”, „Jaka jest różnica między orgazmami”, „Orgazm pochwowy nie dla wszystkich”, „Jak osiągnąć orgazm pochwowy?”. To tylko garść tytułów różnych publikacji (także na poważnych portalach, zajmujących się zdrowiem), a do tego tematy dyskusji na forach, blogach. Co pokazuje, jak temat kobiecego orgazmu jest znaczący, choć jeszcze za mało rozumiany.
Pytanie brzmi: dlaczego nadal niektórzy wartościują orgazmy?
— Wciąż mamy do czynienia z dziedzictwem Freuda, które w przypadku wartościowania typów orgazmów okazało się kłamstwem. Uznał on na początku XX wieku, że orgazm łechtaczkowy jest niedojrzały, zaś waginalny świadczy o dojrzałości. Minął już cały wiek, a ta nieprawdziwa teoria wciąż powraca — wyjaśnia prof. Kowalczyk. – Jednym z powodów jest fallocentryczne myślenie o seksualności, czyli ustawienie penisa w centrum doświadczenia seksualnego i traktowanie go jako głównego punktu odniesienia. W takim ujęciu seks bywa redukowany wyłącznie do penetracji, a orgazm kobiety przypisywany ruchom penisa, działaniu partnera. Przecież przez długi czas uznawano, że bez penisa nie ma seksu — opisuje seksuolog.
Zwraca uwagę na wyraźną lukę w edukacji seksualnej i przywołuje przełomowe badania australijskiej urolog dr Helen O’Connell, z końca lat 90. XX wieku. Badanie te pokazały, że tzw. orgazm waginalny i łechtaczkowy nie są odrębnymi reakcjami fizjologicznymi, lecz różnymi drogami stymulacji, prowadzącymi do tej samej odpowiedzi układu nerwowego.Istotnie poszerzyły też wiedzę o anatomii kobiecych narządów płciowych. O’Connell szczegółowo opisała budowę łechtaczki, pokazując, że jest ona znacznie większym i bardziej złożonym narządem, niż wcześniej zakładano.
— Wartościowanie orgazmów kobiecych to zatem nic innego, jak próba narzucenia męskiego scenariusza kobiecej rozkoszy — kwituje prof. Kowalczyk.