Nie ma ucieczki przed awanturą we współczesnym świecie. Koyo Kouoh, kuratorka weneckiego 61. Biennale Sztuki, pierwsza kobieta urodzona w Afryce, która pełni tę funkcję, marzyła, by tegoroczna edycja stała się przestrzenią radykalnej radości. Skończyło się najazdem Rosjan na Biennale. Soft power została zawłaszczona przez hard power.
Podczas dni poprzedzających oficjalne otwarcie imprezy Rosjanie, mimo protestów rządów ponad 20 państw, listów protestacyjnych ludzi sztuki z całego świata, otworzyli swój pawilon. Przed budynkiem aktywistki z Pussy Riot krzyczały, że krew jest sztuką Rosji i że to państwo terrorystyczne, a w środku córka ministra Siergieja Ławrowa i jej współpracowniczka Anastasija Karniejewa, córka wysokiego oficera FSB, komisarka rosyjskiego pawilonu, częstowały zwiedzających szampanem i wódką.
Panie wymyśliły, że w środku wojny z Ukrainą zaprezentują pracę „Drzewo korzenie ma w niebie”. Z opisu wynikało, że ma to być rodzaj multimedialnego festiwalu, w którym biorą udział młodzi poeci, muzycy, filozofowie z Rosji, ale i m.in. z Brazylii i Argentyny. Opis nijak miał się do rzeczywistości. Pawilon był strzeżony przez kordon policjantów. Na parterze kilkoro młodych ludzi w maskach na twarzach tańczyło do muzyki techno. Na piętrze sztuczne drzewo ozdobione kwiatami i bar, w którym można było napić się wódki i szampana. Oglądający to głównie osoby rosyjskojęzyczne. Trzeba mieć tupet, by opisywać tę pracę jako wielogłos twórców opowiadający o współpracy ponad podziałami.




