Andrzej Duda jako jedyny prezydent III RP podpisał się pod ukraińską doktryną o symetrii win UPA i AK — mówi prof. Grzegorz Motyka Andrzejowi Brzezieckiemu w książce „Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji”.
Ukraińcy twierdzą, że Wołyń i mordowanie Polaków to tylko wycinek dziejów UPA, a jej głównym przeciwnikiem była władza radziecka. Choć, z drugiej strony, trudno się oprzeć wrażeniu, że antypolskie akcje na Wołyniu i w Galicji Wschodniej jako jedyne zakończyły się sukcesem z punktu widzenia UPA.
Grzegorz Motyka: Niewątpliwie OUN i UPA udało się stworzyć potężny ruch antysowieckiego oporu. Gdyby nie antypolskie czystki, prawdopodobnie mówilibyśmy o ukraińskim podziemiu z równym szacunkiem jak o litewskim czy łotewskim, a kombatanci UPA i AK spotykaliby się dziś nad Bugiem i wspólnie wspominali zbrojny opór przeciwko komunizmowi.
Jeśli z punktu widzenia Ukraińców jest to sprawa drugorzędna, skąd opór wobec dyskusji na ten temat?
— Tematy trudne zawsze podejmowane są z niechęcią. Prawdą jest też, że budując narrację o UPA, niektórzy ukraińscy autorzy ulegli pokusie tworzenia historii zaangażowanej, narodowej. Być może obawiając się, że pokazanie prawdy o zbrodniach UPA będzie trudne do przyjęcia przez społeczeństwo ukraińskie i zostanie wykorzystane przez Rosję. Podejmowano jednak też próby wpisania historii UPA w liberalno-demokratyczny paradygmat. Jarosław Hrycak postulował, aby oddzielić to, co w tradycji UPA chwalebne (walkę z Sowietami), od tego, co nie zasługuje na obronę (zbrodnie na Polakach i Żydach). Niestety, jego tekst na Ukrainie właściwie zignorowano.
Ilu właściwie ukraińskich historyków od Wołynia możemy wymienić?
— Ołeksandr Zajcew prowadzi niezwykle ciekawe badania na temat ideologii ukraińskiego nacjonalizmu. To dzięki jego publikacjom zwróciłem uwagę na Kołodzińskiego. Dodam od razu, że on sam tak daleko w interpretacjach nie idzie, według niego, jeśli dobrze rozumiem, twierdzenie o odpowiedzialności Kołodzińskiego jest tylko jedną z wielu hipotez na temat źródła zbrodni.
Ihor Iljuszyn z kolei był pierwszym ukraińskim autorem badającym Armię Krajową. Niestety, znacznie liczniejsza jest rzesza tych, którzy pokazują historię z innej perspektywy. Prowadzą badania nad UPA i niejako przy okazji nawiązują do konfliktu polsko-ukraińskiego. Obok Wiatrowicza można tu przywołać choćby Iwana Patrylaka.
Są też tacy zawodowi polemiści z Polską, jak Bohdan Huď. Niestety, państwo ukraińskie tworzy wytyczne swojej polityki historycznej nie na propozycji Hrycaka, lecz na opracowaniach Wiatrowicza, albo, jak to ma miejsce ostatnio, Huďa. Moim zdaniem, uznanie przez ukraińskich polityków wizji Huďa, jako obowiązującej narracji, co wynika z ich publicznych wypowiedzi, zapowiada jedynie kolejne kłopoty w polsko-ukraińskich relacjach.
W różnych wywiadach, także w tym udzielonym „Rzeczypospolitej”, o którym już wspominałeś, na pytanie o Wołyń Huď odpowiada jednak, że — oczywiście — potępia UPA za Wołyń.
— Nie daj się nabrać. Huď niby jest za, ale tak naprawdę przeciw. Żonglując wybranymi faktami i źródłami, usprawiedliwia i neguje zorganizowany, ludobójczy charakter czystek na Wołyniu, uznając, że były one dziełem ciemnego chłopstwa, wymykającego się ocenie etycznej, które w dodatku mściło się za krzywdy doznane od polskich panów. Huď w ten zręczny sposób faktycznie zdejmuje z ruchu banderowskiego wszelką odpowiedzialność za „antypolską akcję”, bo według niego w istocie do niej nie doszło. W tej wersji UPA może co najwyżej odpowiadać za zbrodnie popełnione tu i ówdzie, które zresztą Polacy dopiero powinni udowodnić. Wiatrowicz mówi o wojnie UPA i AK oraz wzajemnym zabijaniu, a więc przynajmniej symetryzuje winę obu stron. Dla Huďa winę za przebieg wydarzeń generalnie ponoszą Polacy, bo osądzanie „ciemnego chłopstwa” przypominałoby przykładanie kryteriów etycznych do tsunami. Jak ujął to jeden z badaczy popierających Huďa: „Chłopi ukraińscy byli barbarzyńcami, ale odpowiedzialność moralną za to ponoszą ci, którzy ich takimi stworzyli — polscy panowie i właściciele ziemscy”. Jednak, według moich obliczeń, w napadach na ludność polską wzięło udział od czterdziestu do pięćdziesięciu tysięcy miejscowych Ukraińców, spośród pięciu milionów zamieszkujących Wołyń i Galicję Wschodnią. Nie można zatem w żadnym wypadku obciążać ukraińskiej społeczności wiejskiej jako całości.
Ani Huď, ani jakikolwiek inny ukraiński naukowiec nigdy nie odniósł się do tych wyliczeń. Wolą operować wielkimi kwantyfikatorami, bo to pozwala im uciekać od faktów. Huď obronił w 1987 roku na Uniwersytecie Lwowskim doktorat pod wymownym tytułem Komsomoł Ukrainy — aktywny pomocnik partii w mobilizacji młodzieży dla wypełnienia programu żyw nościowego ZSRS w latach XI pięciolatki. Odnoszę wrażenie, że jego wyższościowy stosunek do ukraińskich bądź co bądź chłopów, których in gremio obciąża odpowiedzialnością za masowe mordy, wynika wprost z zapatrzenia w komsomolskie ideały, według których wolni gospodarze stanowią zagrożenie dla komunistycznej idei egalitaryzmu.
Ukraińcy podnoszą, że Polacy sami nie wiedzą, czego chcą, bo w 2009 i 2013 roku uchwały sejmowe mówiły o zbrodni o znamionach ludobójstwa, a potem, w 2016 roku, że to było ludobójstwo…
— Nie ma większej różnicy między ludobójstwem i zbrodnią o znamionach ludobójstwa. W obu przypadkach, zgodnie z definicją, mówimy w ten sposób, że sprawcy intencjonalnie dążyli do wyniszczenia całości lub części jakiejś grupy narodowej, etnicznej lub religijnej. W 2009 i 2013 roku uchwały o takiej złagodzonej wymowie były gestami wobec strony ukraińskiej, miały pokazać, że chcemy rozmawiać o trudnej historii. Odnoszę wrażenie, że te gesty nie zostały na Ukrainie docenione. I to pomimo tego, że zanim się pojawiły, Sejm RP w specjalnej uchwale uznał za ludobójstwo wielki głód. W 2013 roku rządząca PO chciała nawet przyjąć jeszcze łagodniejszą uchwałę, ale — zapytany o zdanie przez jednego z wicemarszałków Sejmu — przekonywałem, że będzie to nierzetelne z punktu widzenia faktów historycznych i wywoła oburzenie publiczne. A w dodatku, że taka uchwała będzie politycznie kosztowna dla rządzących, bo opozycyjne wówczas Prawo i Sprawiedliwość zacznie mówić o relatywizacji historii, z czym nawet ludziom środka trudno będzie się nie zgodzić.
Jako że PiS w walce o władzę instrumentalizuje i zawłaszcza historię, już w 2013 roku otwarcie zaczęło zapowiadać przyjęcie uchwały mówiącej wprost o „ludobójstwie”. W 2016 roku, gdy doszło do władzy, zrealizowało tę zapowiedź.
To był błąd?
— Nie jestem przekonany co do politycznej konieczności tego kroku, choć tamta uchwała była jeszcze w miarę poprawna od strony historycznej.
Natomiast sposób, w jaki strona ukraińska potraktowała prezydenta RP Bronisława Komorowskiego w kwietniu 2015 roku, pokazał dobitnie, że polska wstrzemięźliwość nie jest zbytnio doceniana na Ukrainie. Komorowski pojechał tam i wygłosił dobre, proukraińskie przemówienie. W „podziękowaniu”, godzinę później, Rada Najwyższa przyjęła ustawy uznające Organizację Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińską Powstańczą Armię za formacje niepodległościowe i nadała im prawa kombatanckie. To był oczywisty policzek dla prezydenta i tak też zostało to w Polsce odebrane. Moim zdaniem, kosztowało to Komorowskiego prezydenturę, stracił bowiem wtedy dużą część z tych dwustu tysięcy wyborców, którzy przerzucili głosy na Andrzeja Dudę. (Chodzi oczywiście o „kroplę przelewającą czarę”, która tylko zwieńczyła całą górę błędów popełnionych w kampanii przez sztab Komorowskiego). Mimo że medialnie starano się sprawę wyciszyć, nigdy wcześniej tylu ludzi — znajomych i nieznajomych — nie pytało mnie o relacje polsko-ukraińskie. I o to, „dlaczego oni to nam zrobili”.
I co odpowiadałeś?
— Że już w 2014 roku, po rewolucji Majdanu, na spotkaniu polskich i ukraińskich historyków oraz ekspertów w Jaremczy ostrzegałem, iż mamy najwyżej parę lat, by w spokoju zastanowić się nad rozwiązaniem kwestii wołyńskiej i zapobiec rozbudzeniu wielkich emocji po obu stronach granicy. Wtedy uznano, że wywołuję wilka z lasu, bo temat Wołynia ’43 jest zamknięty. Tak też zapewne myśleli Komorowski i jego otoczenie. Tymczasem strona ukraińska w kwietniu 2015 roku, przyjmując bez chyba żadnego sprzeciwu ustawy historyczne, sama ponownie wprowadziła sprawy przeszłości na agendę polityczną. Co więcej, od tego momentu kult OUN i UPA nabrał oficjalnego państwowego charakteru. Rozbawiło mnie, kiedy jeden z ministrów z Kancelarii Prezydenta Dudy stwierdził, że ta, jak to mówią narodowcy, „banderyzacja” pojawiła się w ostatnim czasie. W okresie rządów PiS nie przywiązywano do tego większej wagi (może zresztą i lepiej), ale zaczyna się to wyciągać teraz, kiedy PiS rywalizuje z Konfederacją o ukrainosceptyczny elektorat.
[…]
Uważasz, że były już prezydent Andrzej Duda wpisał się w ukraińską narrację o Wołyniu. Dlaczego?
— Bo jako jedyny prezydent III RP podpisał się pod ukraińską doktryną o symetrii win UPA i AK. W 2023 roku, w osiemdziesiątą rocznicę zbrodni wołyńskiej, prezydenci Polski i Ukrainy spotkali się na wspólnej modlitwie w Łucku, co było oczywiście rzeczą dobrą i wskazaną. Niestety, przy okazji postanowili też wydać wspólny komunikat, który mówił: „Razem oddajemy hołd wszystkim niewinnym ofiarom Wołynia! Pamięć nas łączy!”.
9 lipca 2023 r. Prezydenci Andrzej Duda i Wołodymyr Zełenski w katedrze w Łucku oddają hołd ofiarom zbrodni na Wołyniu w jej 80. rocznicę
Foto: Radek Pietruszka / PAP
Pisząc o „niewinnych ofiarach Wołynia”, bez wskazania ich narodowości i choćby słowa wyjaśnienia, Andrzej Duda w sposób oczywisty podpisał się pod wytycznymi ukraińskiej polityki historycznej, które mówią, że na ziemi wołyńskiej jedni i drudzy cierpieli właściwie po równo. To oczywiste, że ukraińskim ofiarom, wszystkim razem i każdej z osobna, należy się szacunek i pamięć. Chodzi tylko, i aż, o to, by nie stawiać znaku historycznej i moralnej równości między pewnymi zjawiskami oraz podziemnymi formacjami. To przykre, ale prezydent RP najwidoczniej tego nie zrozumiał. Jego zachowanie przypomina zresztą zachowanie części polityków wobec zbrodni wołyńskiej. Chętnie o niej mówią w czasie rocznic i w studiach telewizyjnych czy radiowych, kiedy upominają się o pamięć. Ale jak przychodzi do ustaleń z ukraińskimi kolegami, to o problemach historycznych wspominają półgębkiem, by nie popsuć miłej atmosfery spotkania.
Wobec komunikatu prezydenta Dudy zaprotestował wtedy, nieżyjący już dziś, ksiądz Tadeusz Isakowicz-Zaleski, z którym nieraz polemizowałeś. Tym razem byliście zgodni.
Bo w tym przypadku trudno było nie przyznać mu racji. Duchowny ten zwrócił uwagę, że pisanie w komunikacie o ofiarach Wołynia jest bez sensu, bo „Wołyń nikogo nie zabił”, a sformułowanie o „niewinnych” ofiarach sugeruje, że niektóre ofiary może jednak były czemuś winne. Zdaniem Isakowicza-Zaleskiego oznaczałoby to, że ludobójstwo na Polakach w niektórych przypadkach było usprawiedliwione.
Gdy prezydent Duda albo jego ludzie zdali sobie sprawę z popełnionego błędu, szybko opublikowali wpis w mediach społecznościowych, w którym wyjaśniono, że prezydenci obu krajów wspólnie oddali „hołd pomordowanym Polakom”. W ten sposób zirytowano Zełenskiego i tylko pogorszono sytuację. Wyszło bowiem na to, że polski prezydent modlił się za zabitych Polaków, zaś ukraiński i za Ukraińców, i za Polaków. Głębokim cieniem na relacjach obu prezydentów położyła się jednak dopiero wypowiedź Zełenskiego w ONZ, gdzie w czasie sporu o eksport ukraińskiego zboża gwałtownie zaatakował Polskę. Wystąpienie Zełenskiego do dziś jest źle pamiętane w środowisku polskich wschodnioznawców, bez względu na to, czy zajmują się historią, czy nie.
Fragment książki Andrzeja Brzezieckiego i Grzegorza Motyki „Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji„, wydanej przez Wydawnictwo Literackie
„Gry pamięcią. O polityce historycznej, Polsce, Ukrainie i Rosji”
Foto: Wydawnictwo Literackie





