Można się spodziewać, że po sobotnich obchodach prezydent Karol Nawrocki znów zanotuje sondażową zwyżkę. Pytanie, czy takiego przywództwa i mówienia o polsko-ukraińskiej historii potrzebuje dziś Polska, czy to, co jest dobre dla notowań Nawrockiego, jest dobre dla przyszłości Polski?
Czy obok upamiętnienia ofiar Wołynia i potępienia nacjonalizmu nie potrzebujemy przynajmniej próby odpowiedzi na pytanie, jak układać polsko-ukraińską przyszłość? W wystąpieniu prezydenta tej perspektywy zupełnie zabrakło.
Tegoroczne obchody Narodowego Dnia Pamięci Ofiar Ludobójstwa dokonanego przez ukraińskich nacjonalistów na obywatelach II Rzeczpospolitej Polskiej przebiegały w cieniu największego od lat kryzysu w polsko-ukraińskich stosunkach.
Zaczął się on od decyzji prezydenta Zełenskiego o nadaniu imienia Bohaterów UPA jednej z jednostek ukraińskich sił zbrojnych i to właśnie spór o historię UPA i to, jak jest ona dziś pamiętana — albo wypierana — w Ukrainie, dostarcza mu niewyczerpanego paliwa.
W tej sytuacji polscy przywódcy mieli dwie opcje: albo wykorzystać obchody do tego, by oddając pamięć polskim ofiarom Wołynia, szukać też okazji do deeskalacji w naszych relacjach z Ukrainą i pojednania w imię wspólnej przyszłości, albo by raz jeszcze twardo podkreślić polskie krzywdy i pretensje wobec Ukrainy.
Bandera jak Hitler i Stalin
Tę drugą drogę wybrał prezydent Karol Nawrocki. W swoim przemówieniu w Radrużu (podkarpackie) polski prezydent zrównał banderyzm z najbardziej zbrodniczymi ideologiami XX wieku: radzieckim stalinizmem i niemieckim nazizmem. Wiele czasu poświęcił tematowi związków UPA z nazistowskimi Niemcami i inspiracji, jakie skrajny ukraiński nacjonalizm czerpał z hitlerowskiej ideologii.
Prezydent wzywał, by nie relatywizować historii i nie wybielać UPA ze względu na to, że formacja ta walczyła o niepodległą Ukrainę z sowietami — bo przecież tylko przez to, że Hitler walczył ze Związkiem Radzieckim, nie możemy nazwać go dobrym przywódcą i analogicznie Stalina tylko dlatego, że walczył z Hitlerem. Dla zbrodniczych ideologii, wywodził dalej prezydent, takich jak banderyzm, nazizm i stalinizm, nie ma miejsca we współczesnym świecie, podobnie jak dla ich symboli. — Zrobię wszystko, aby flagi UPA nie było w Polsce — mówił Nawrocki.
Słuchając prezydenta jednoznacznie potępiającego ukraiński nacjonalizm jako zło, chciałoby się zapytać Karola Nawrockiego, czy w podobny sposób byłby gotów potępić też polski nacjonalizm — także często zapatrzony w europejskie faszyzmy i zdolny do zbrodni, choć nigdy na taką skalę jak ten ukraiński. Odpowiedź, biorąc pod uwagę całą aktywność publiczną Nawrockiego i jego związki z nacjonalistycznymi środowiskami, jest niestety dość oczywista.
W przemówieniu polskiego prezydenta nie było nic, co ktoś po stronie ukraińskiej, kto pragnie szukać drogi wyjścia z obecnego sporu, mógłby potraktować jako punkt zaczepienia do rozpoczęcia dialogu. To, co prezydent mówił o Ukraińcach w II RP, brzmiało wręcz jak próba prowokacji drugiej strony. Karol Nawrocki stwierdził bowiem, że w II RP życie Ukraińców nie było rajem, ale mieliśmy po prostu do czynienia z „normalnymi napięciami”, jakie zawsze pojawiają się tam, gdzie istnieją mniejszości narodowe. Jest to obraz nie tylko zupełnie nieprzystający do ukraińskich doświadczeń, ale też po prostu nieoddający uczciwie rzeczywistości II RP, gdzie państwo zwalczało ukraińskie instytucje, niszczyło cerkwie, utrudniało publiczną karierę ukraińskiej inteligencji itd.
Prezydent znów zbuduje się, mówiąc w ten sposób
Prezydent nie mówił jednak do ewentualnych partnerów po drugiej stronie ani nawet do tej części polskiej opinii publicznej, która chciałaby deeskalacji historycznego sporu, tylko do swoich prawicowych wyborców. A oni, tym co mówił Nawrocki, będą najpewniej zachwyceni.
Z punktu widzenia wewnętrznej politycznej gry przemówienie Nawrockiego z Radruża było perfekcyjnie przemyślane, napisane, wyreżyserowane i wygłoszone. Prezydent poruszył dokładnie wszystkie te historyczne i emocjonalne nuty, jakie należało poruszyć, by dotrzeć do prawicowego, coraz bardziej rozżalonego relacjami z Ukrainą elektoratu. Dla wyborców prawicy, w których przez ostatnie kilka lat narastała frustracja tym, że Polska „naiwnie” „oddaje wszystko Ukrainie” nic w zamian nie dostając, przekonanych, że z powodu wojny sprawa Wołynia jest zamilczana, a ofiary dekady po śmierci nie mogą doczekać się sprawiedliwości, przemówienie prezydenta będzie jak haust świeżego powietrza w dawno niewietrzonym pokoju.
Pamięć dla przyszłości
Pojawiła się ona w wystąpieniach przedstawicieli rządu. Przemawiający w Ołyce Władysław Kosiniak-Kamysz mówił: — Bo to jest dzień, w którym nie tylko o przeszłości, ale jeszcze bardziej o przyszłości musimy mówić. Czego potrzebuje dobra przyszłość? Potrzebuje prawdy. Potrzebuje upamiętnienia. Daje przebaczenie. Te trzy wartości idą ze sobą niezmiennie i nieśmiertelnie połączone.
Podobne motywy pojawiały się w wideo nagranym przez premiera Tuska z okazji sobotnich obchodów. Premier zapowiedział utworzenie w Warszawie „muru pamięci z wiecznym ogniem”, gdzie z nazwiska wymieniona będzie każda ofiara Wołynia. Premier jednocześnie podkreślał, że odpowiedzią na nacjonalizm nie może być więcej nacjonalizmu, a pamięć nie może być sługą nienawiści.
Zwrócił się przy tym do Ukraińców, przypominając im, że powojenne pojednanie w Europie było zbudowane na historycznej prawdzie i każdy, kto chce dołączyć do tej europejskiej wspólnoty, musi zrobić to w oparciu o prawdę. Z podobnym przesłaniem do Ukraińców zwrócił się także przemawiający w Ołyce chargé d’affaires Polski w Ukrainie Piotr Łukasiewicz: — Wstyd za przemoc z dawnych czasów czyni nas bowiem lepszymi obywatelami współczesnych państw. Ten wstyd za przeszłość sprawia, że chcemy być lepsi, mądrzejsi i szlachetniejsi niż nasi przodkowie i poprzednicy. Ten wstyd naucza nas, jak budować lepszą przyszłość, byśmy nigdy nie musieli popełniać błędów i okrucieństw popełnianych przez naszych przodków. Byśmy byli zjednoczeni w budowaniu lepszego świata i lepszego sąsiedztwa.
Podobne podejście do historii wywołuje dziś opór nie tylko w Ukrainie, ale także w Polsce — co doskonale pokazuje to, co każdego roku dzieje się wokół pamięci Jedwabnego. Mądra, dalekowzroczna polityka potrafi jednak pracować na takich oporach — tak by dramatyczna historia mogła służyć lepszej przyszłości. Dobrze, że przynajmniej część polskich władz potrafiła w sobotę zaprezentować podobne podejście.





