Słuch jest zmysłem, na który mamy mniejszy wpływ niż na wzrok. Działa mniej wybiórczo, bo uszu nie da się „zamknąć” jak oczu. Dlatego często szybciej usłyszymy coś, niż zobaczymy. O tym, co można usłyszeć w śpiewie ptaków, w ciszy i wtedy, gdy zagłębimy się w przyrodę — mówi dokumentalistka dźwiękowa dr Izabela Dłużyk.
Łukasz Pilip: Można wypocząć przy śpiewie ptaków?
Izabela Dłużyk: Można, choć to trudne.
Pewnie trzeba się znać?
— Nie, po prostu sam wypoczynek nie jest dzisiaj dla nas łatwy. Mało kto potrafi wyjść z domu na spacer i zostawić w nim swoje myśli. To, co nas trapi, towarzyszy nam wszędzie i niemal przez cały czas. Trudno wypocząć w przyrodzie przy takim hałasie w głowie. Wtopić się w nią, zwolnić w niej, zatrzymać.
To zatrzymanie się jest niezbędne?
— Tak, ponieważ bez niego niewiele usłyszymy. Nie chodzi wyłącznie o ptaki, ale także o doświadczanie całej reszty przyrody. Jeśli spieszymy się, prześlizgujemy się po jej pięknie. Nie relaksujemy tak dobrze. Zamiast tego jesteśmy jedynie w stanie stwierdzić: „o, ptak coś tam zaśpiewał, a tutaj jakie ładne drzewo”. Nie chodzi o to, żebyśmy umieli rozpoznawać gatunki ptaków czy zostawali arborystami. Ptaki czy przyroda niczego od nas nie oczekują.
Newsweek Psychologia już dostępny
Foto: Materiały prasowe
Ale niektórzy ironizują, że to tylko ptaszki.
— Słyszę to od dzieciństwa. Przez lata sugerowano mi, że niepotrzebnie je nagrywam i uczę się rozpoznawać ich dźwięki. Nic przecież, jak podkreślali inni, nie będę z tego miała. Mówienie w ten sposób o ptakach wydaje mi się lekceważeniem piękna. A piękno można docenić wyłącznie wtedy, gdy jesteśmy otwarci na jego kontemplowanie. To jak z obrazami w galerii sztuki. Możemy odwiedzić wystawę i przejść ją w dziesięć minut. Wątpię jednak, abyśmy coś na tym zyskali.
Pani rozpoznaje dźwięki trzystu gatunków ptaków. Jak słuchać, żeby usłyszeć?
— Ptaki nie śpiewają bezustannie. Robią przerwy między zwrotkami. Warto więc zacząć od pogodzenia się z ciszą pomiędzy nimi.
Prościzna!
— Nie do końca. Cisza — podobnie jak wypoczynek — również potrafi być kłopotliwa. Gdy nic jej nie zakłóca, wychodzą na wierzch sprawy, z którymi wolelibyśmy się nie konfrontować.
Coś jeszcze stoi na przeszkodzie?
— Podoba mi się teoria, która głosi, że nasz mózg nie tworzy świadomości sam z siebie, tylko odgrywa rolę filtra. Odsiewa rzeczy potrzebne od niepotrzebnych, wydajne od niewydajnych. Mówię to z ironią, ponieważ ta „wydajność” powoduje, że skupiamy się głównie na rzeczach niezbędnych. Trzeba przecież zrobić zakupy na jutrzejszy obiad. Przywieźć dziecko ze szkoły. Wyprowadzić psa na spacer. Dlatego niektórzy dziwią się, po co im jeszcze ptaki, skoro mają tyle spraw do załatwienia.
Pani też się dziwi?
— Nie, ponieważ największe mądrości życiowe przyszły do mnie w momencie, gdy słuchałam ptaków i przyrody. Ostatnio doświadczyłam wręcz mistycznego oświecenia podczas słuchania chóru żab z płyty. Żaby jak to żaby — darły się z całych sił. Przez to zawsze ma się wrażenie, jakby było ich dziesięć razy tyle. Wydawane przez nie dźwięki skojarzyły mi się nagle ze zdaniem o Bogu z Księgi Mądrości: „Oszczędzasz wszystko, bo to wszystko Twoje, Panie, miłośniku życia!”. Po chwili przypomniałam sobie kolejny fragment Biblii. Tym razem z Księgi Ezechiela, gdzie Bóg retorycznie pyta: „Czyż tak bardzo mi zależy na śmierci występnego, a nie raczej na tym, by się nawrócił i żył?”. Najbardziej uderzyło mnie ostatnie słowo: „żył”.
Dlaczego?
— Bo to nie jest o zasadach, tylko o rozwoju, wzroście, rozkwicie. Zrozumiałam, że jeśli mam ustosunkować się wobec jakiegokolwiek zła na świecie, muszę wyjść od zachwytu nad potencjałem życia. Nad tym, jak ogromne są jego możliwości rozwoju, dzielenia się pięknem czy dobrem. Nad tym, że jest rozrzutne i nadmiarowe. Przecież żaby nie musiałyby rechotać, prawda? Ptaki mogłyby zamilknąć. Zarówno one, jak i my przeżylibyśmy bez ich piosenek. Czy więc stałoby się coś, gdyby na świecie istniało tylko kilka bądź kilkanaście gatunków zwierząt? Nie, a przecież mamy ich ponad milion. Dlatego już same ich dźwięki są fascynujące. Pozwalają zachwycić się życiem samym w sobie. Wtedy dopiero można doświadczyć, jakim dramatem jest zmarnowane, zdeformowane dobro i człowieczeństwo, także tych, którzy dali się wciągnąć w spiralę zła.
Newsweek Psychologia już w kioskach!
Foto: Materiały prasowe
Ale… żaby?
— Od żab się mniej oczekuje, a przecież niesamowitości i złożoności życia nie da się zmierzyć intelektem. Fascynacja życiem przekracza konfrontację z racjonalnością, bo co ma zrobić racjonalność wobec, przykładowo, wiedzy o dziecku, które trafiło do hospicjum, bo zostało przez kogoś tak skatowane? Poziom intelektu tu nie sięgnie. Taką siłę ma tylko metafizyczny, fundamentalny zachwyt, który sięga dużo głębiej niż zwykłe sentymentalne wzruszenie. Ja wtedy, słuchając tych żab, czułam, jakby wreszcie opadła ze mnie jakaś zasłona. Jakbym wreszcie, na najgłębszym poziomie, uchwyciła, o co w życiu chodzi i jak to wszystko ma być.
Tylko jak można zachwycać się światem, którego się nie widzi?
— Nie odwołam się do doświadczania go wzrokiem, ponieważ nie widzę od urodzenia. Nie wiem zatem, jak bardzo wzrok narzuca pewne rzeczy. Natomiast mówi się, że słuch jest zmysłem, na który mamy mniejszy wpływ niż na wzrok. Działa mniej wybiórczo, bo uszu nie da się „zamknąć” jak oczu. Dlatego często szybciej usłyszymy coś, niż zobaczymy.
Na pewno? Ptaków, które są wszędzie, jakoś nie słyszymy.
— Ponieważ przyzwyczajamy się do nich jak do wszystkiego innego. Tego słyszeliśmy. Ten śpiewa obok naszego domu, więc nie robi już wrażenia. A ten to wróbel, którego wszędzie pełno. Niby co nowego można powiedzieć o tym ptaku? Zresztą, na co on komu? Jeśli zadajemy sobie podobne pytania, to oznacza, że wchodzimy na ścieżkę intelektualnego, wręcz użytkowego, patrzenia na przyrodę. Ono pozbawia nas ekscytacji. Takie podejście do przyrody zaczyna się już na etapie szkoły. Nie wiem jak panu, ale mnie lekcje biologii nie dały nic. Podstawa programowa skupiała się na przekazywaniu wyłącznie suchych informacji jak notek encyklopedycznych. W ten sposób można opisywać matematykę, nie życie. Dlatego po zajęciach z biologii nie miałam wrażenia, które towarzyszy mi dziś — że świat cudownie przerasta nas wszystkich. A tymczasem gdzie mamy się nim zafascynować, jeśli nie na biologii? W szkole słuchanie zwyczajowo jest ekstrawagancją. Bo i po co sprawdzać, jak rechoczą żaby, skoro ich rysunek znajduje się w podręczniku? Nic więc dziwnego, że długo nie miałam pojęcia, jakie dźwięki wydają.
Może gdybyśmy wiedzieli więcej o przyrodzie, robiłaby na nas większe wrażenie?
— Prawdopodobnie tak, bo wiedza jest bardzo cenna, tyle tylko że nie jest celem, ale środkiem. Weźmy takiego skowronka.
Kolejnego przeciętniaka jak wróbel?
— Przeciętniak? Przecież to śpiewak najwyższej próby. Ma nawet nadzwyczajną zdolność, bo śpiewa na wdechu i wydechu. Jako dziecko wiele o nim czytałam. Natomiast przez długi czas nie mogłam go spotkać. Pewnego razu poszczęściło mi się — ptak niespodziewanie wystartował mi znad głowy. Gdy zerwał się do lotu, rozśpiewał się. Rozpoznałam go po tej piosence. Ona jest częstym odruchem u spłoszonego skowronka. Podobnie reaguje, gdy poluje na niego gatunek sokoła zwanego drzemlikiem. Skowronek ucieka przed nim, wzlatując jak najwyżej. Wówczas bardzo głośno śpiewa, aby popisać się przed napastnikiem swoją kondycją. Pytanie tylko, kto w powietrzu znajdzie się nad kim. Jeśli drzemlik, skowronek najpewniej zginie. To wręcz dramatyczno-poetyckie, ponieważ skowronek może stracić życie podczas najbardziej intensywnego śpiewu. Niczym aktor umierający na scenie. Dlatego gdy sama go niechcący spłoszyłam, niemal zaczęłam modlić się z wdzięczności.
Bo?
— Wiele razy słyszałam, jak ludzie cieszyli się, że usłyszeli wiosną pierwszego skowronka. Mnie to jednak omijało. Pozostawało mi śpiewać o nim piosenki w przedszkolu. Recytować wiersze w szkole. Słuchać czytanych mi bajek. Tak ten skowronek urósł do rangi mitycznego Orfeusza. Dlatego gdy potem po raz pierwszy usłyszałam skowronka startującego nad moją głową, poczułam się przy nim nagle… mała.
Mała?
— Tak, ponieważ to był ten wielki skowronek, o którym tyle słyszałam i czytałam!
Przecież to drobinka.
— Żeby zagłębić się w przyrodę, trzeba się zmniejszyć. Przypominam sobie, jak mój dziadek mawiał: „uskrom się”. Nie chodzi o deprecjonowanie siebie. Tylko o skurczenie się do tego stopnia, aby przybrać perspektywę niezawłaszczającą innych. Taką, w której otwieramy się emocjonalnie, fascynujemy, dziwimy, jak tajemnicze czy przekraczające nasze rozumienie bywa życie. I taką, w której akceptujemy, że ono nigdy nie będzie się dostosowywało do naszych warunków.
Bliskie są mi jeszcze słowa kompozytora Terry’ego Oldfielda, autora książki „Melting Into Stillness”. W języku polskim jej tytuł oznaczałby roztapianie się w ciszy. Oldfield zawsze postrzegał siebie głównie w kategoriach muzyka. Że grał na jednym, drugim czy dziesiątym flecie. Jednak z wiekiem coraz bardziej zaczął się fascynować tym, co rozgrywało się między dźwiękami.
Ciszą?
— Zgadza się. Pisał, że w zasadzie cisza jest źródłem wszystkiego. Wszystko z ciszy wynika i wszystko do ciszy dąży. Stąd wzięła się jego akceptacja życia takiego, jakie jest. Nie chciał już z nim walczyć. Zmieniać go. Zaczął się dystansować wobec swoich pomysłów i wcześniejszej tożsamości. To, moim zdaniem, wymaga właśnie ogromnego zmniejszenia się i pozostawienia przestrzeni innym. Znów jednak — nie rezygnacji z siebie. To jest ta pokora, którą potocznie wykoślawiamy do samobiczowania się. A ona to przecież ni mniej, ni więcej tylko świadomość tego, co robimy dobrze, co źle.
Dzieci to potrafią.
— Właśnie! One nie dorabiają teorii na swój temat. Nie obchodzą ich czyjeś tytuły. Nie intelektualizują. Wprawdzie czasami wydaje im się, że są bardziej sprawcze. Wynika to jednak z braku doświadczenia własnych granic, a nie z nierealistycznie wydumanego przeszacowywania swojej sprawczości. Może my, dorośli, wiemy zbyt dużo, żeby zmniejszyć się, spowolnić i zatrzymać się jak dzieci? Przecież im więcej wiemy, tym więcej nakładamy sobie filtrów i zawężonych założeń. Z nich rodzą się potem przekonania w stylu: wszystko wiem, wszystko widziałam, wszędzie byłam, więc co mi niby nowego, świecie, masz do zaoferowania? Albo w drugą stronę: nie umiem, nie znam się, po co słuchać ptaków, skoro nie jestem wrażliwa? Gdzie będę szła, jak i tak nic nie usłyszę?
Mimo że ptaki nie oceniają?
— Wystarczy, że my to robimy. Jeśli mamy w głowie permanentnego prokuratora, nie potrzebujemy do tej roli nikogo z zewnątrz. Tymczasem, aby zachwycić się przyrodą, wystarczy tylko pójść do lasu bądź na pole i niczego nie komplikować.
Tym, którzy wyjść nie mogą, przekazuje pani swoje nagrania ptaków. Ale przecież nawet najpiękniejszy śpiew wilgi nie uśmierzy bólu mieszkańców domów pomocy społecznej, hospicjów czy pacjentów oddziałów onkologicznych.
— Uważam, że im mniej w życiu człowiek ma, tym bardziej chłonie, co mu zostało. Jego wybór jest bowiem ograniczony. Osoby, które pan wymienił i którym pomagam, właśnie nie komplikują. Są w punkcie, w którym jeszcze większe problematyzowanie nie ma sensu albo nawet niczego bardziej skomplikować się nie da. I jeszcze jedno: nie chcę rozpatrywać wspierania takich osób w kategoriach „warto” bądź „nie warto”.
Bo?
— Kiedyś na lekcji hiszpańskiego w ramach ćwiczenia słuchałam rozmowy ojca z synem. Ojciec opowiadał, że był przeciwnikiem tradycyjnych ślubów. Nie chciał kwiatów ani białej sukni. Przyszła żona zgodziła się, choć rezygnowała ze swojego marzenia. Ojciec wyznał jednak synowi, że wciąż pamięta o tym ślubie. Chciał nawet wziąć go z nią po raz drugi i to w stylu, o którym marzyła. Zastanawiał się jednak, czy warto. Bo w tym czasie jego żona chorowała już na zaawansowanego alzheimera. Bardzo słabo odbierała rzeczywistość. Stwierdziłam, że nawet gdyby miała dwadzieścia sekund przebłysku podczas drugiego ślubu, byłoby warto. Bo może ta chwila okazałaby się szczytem jej doznań?
Albo i nie.
— Ale my nie musimy wiedzieć, czy tak, czy nie. Bo chcielibyśmy znać rezultat, a tak trudno zrezygnować nam z żądania dowodu, że coś działa. Róbmy swoje, a gdzie które ziarenko padnie, to już nie musi być nasza rzecz. Podobnie mogłabym pomyśleć, gdy odezwali się do mnie rodzice chłopca w spektrum autyzmu lubiącego słuchać przyrody. Zapytali mnie, czy mogłabym wybrać dla ich syna coś z moich nagrań ptaków. Wyselekcjonowałam materiał, a następnie przekazałam go na kilku płytach. Co się okazało? Chłopiec, który był do tej pory niewerbalny, zaczął się śmiać. Podczas słuchania ptaków próbował je naśladować. Nawet śpiewał. Pewnego dnia zaczął jednak krzyczeć. Nikt nie wiedział dlaczego. „Włączaliście mu dzisiaj ptaki?” — zapytał ktoś wreszcie. Okazało się, że nie. Dlatego nie ma sensu patrzeć na przyrodę pod kątem użytkowym. Bo coś, co wydaje nam się niepotrzebne, dla innych może być szczytem doświadczenia piękna życia.
Izabela Dłużyk – doktorka nauk humanistycznych, tłumaczka języka angielskiego i rosyjskiego, dokumentalistka dźwiękowa, rejestratorka dźwięków natury. W 2023 r. znalazła się na liście stu najbardziej wpływowych kobiet świata BBC. Pracuje w Centrum Języków Obcych Uniwersytetu Gdańskiego
Łukasz Pilip – reporter i przyrodnik. Nominowany do nagrody True Story Award za najlepszy reportaż na świecie. Laureat Festiwalu Wrażliwego w kategorii Twórca Szczególnie Wrażliwy i innych dziennikarskich wyróżnień. Autor książki „Podwórko bez trzepaka”, współautor książki „Porwany. 82 dni w rękach piratów”




