Miała wrażenie, że nikt nie zrozumie tego, co przeżyła. A potem dowiedziała się o innych śmierciach. Syn koleżanki wyjechał do dużego miasta i skoczył z wieżowca, inny rzucił się pod pociąg, partner kolejnej się powiesił.
Poszedł z dziewczyną na dożynki. Wziął ze sobą kamerę, chciał poćwiczyć filmowanie, nagrać koncerty, jak się ludzie bawią. Mówił, że wypije piwo, dwa i tyle. Następnego dnia miał wstawać rano do pracy. Około godz. 22 Bogusława* postanowiła do niego zadzwonić. Chciała, żeby syn wiedział, że ogarnęła sprawę piasku, którego potrzebował do remontu. Zapomniała mu wcześniej wspomnieć. Nie odbierał. „Widocznie Maciek jeszcze się bawi” — pomyślała. Chociaż czuła też niepokój. Długo przewracała się w łóżku, aż w końcu zasnęła.
Ze snu wyrwała ją dziewczyna syna. Zadzwoniła przed trzecią w nocy. „Czy Maciek jest u pani?” — zapytała. Bogusława nie zrozumiała. Przecież byli razem na dożynkach i mieli potem wspólnie wrócić do ich domu. Dziewczyna wyjaśniła, że została sama na imprezie. Maciek powiedział, że jest zmęczony. Nie zastała go jednak po powrocie. Bogusława, pełna nadziei, zajrzała do jego starego pokoju. Pusto.
Zaczęła do niego wydzwaniać, ale nikt nie odbierał. W końcu znów zadzwoniła jego dziewczyna: „Proszę przyjechać, Maciek się powiesił”. Bogusława była w szoku. Nie mogła pojąć, jak do tego doszło. Może był zbyt wrażliwy na ten świat? Pomagał innym, brał na siebie ich problemy, przeżywał wszystko, co działo się dookoła.
Dasz radę, zobaczysz
W dniu samobójstwa był smutny. Bogusława rozmawiała z nim ponad dwie godziny. Maciek opowiadał, że jego firmę będą zamykać, że będzie musiał szukać nowej pracy. Widziała, że był bliski łez. Chciała go wtedy przytulić. Nie zrobiła tego. Bała się, że wtedy całkiem się rozklei. Powiedziała tylko: „Masz 25 lat, całe życie przed sobą. Dasz radę, zobaczysz”. Przytaknął i nieco się rozpogodził.
Żal jej, że nie zostawił żadnego listu, żadnego wyjaśnienia. Do dziś się zastanawia dlaczego. Czy to ta praca? Czy coś innego ukrywał? Czy to był impuls? A może to planował? — Już się nigdy nie dowiem — wzdycha.
Po śmierci syna Bogusława przestała sobie radzić. Pogrzeb ledwo pamięta. Miała wrażenie, że nikt się nie pojawił, choć później zobaczyła na zdjęciach, że przyszły tłumy. Łykała leki przepisane przez psychiatrę, jeździła na cmentarz, leżała w łóżku, nie mogąc zmrużyć oka. Któregoś dnia połknęła tych leków za dużo. Nie potrafi powiedzieć, czy specjalnie, czy przypadkiem. Nie pamięta.
Wie tyle, że znalazł ją młodszy, wówczas ośmioletni syn. Zaalarmował siostrę Bogusławy, która zabrała ją nieprzytomną do szpitala. Skończyło się płukaniem żołądka na toksykologii. — Zrozumiałam wtedy, że muszę się jakoś pozbierać. Że dziecko na mnie liczy. Tym bardziej że mąż nas zostawił, powiedział, że „nie chce być z babą w wiecznej żałobie” — opowiada kobieta.
Nie jestem jedyna
To zdarzenie pozwoliło jej też inaczej spojrzeć na śmierć Maćka. Skoro sama znalazła się w stanie, w którym zrobiła coś, czego nie pamiętała, pomyślała, że może jej syn też nie do końca wiedział, co się z nim dzieje i co robi. Odpuściła ocenianie, żal do niego.
Jednocześnie mówi, że choć minęło już parę dobrych lat, to nie da się o tym zapomnieć. W ciągu dnia człowiek zajmuje się pracą, obowiązkami. Ale wieczorem, kiedy robi się cicho, wszystko wraca. Pomaga jej sport. Wkręciła się w bieganie. Zaczęła wyjeżdżać na zawody.
Zdarzyło jej się robić trasy nawet po 100 kilometrów. Maciek pojawiał się wtedy w jej myślach. Patrzyła na piękno przyrody i myślała, że pewnie też to widzi. Bez smutku, raczej z nadzieją, że gdzieś tam krąży duch Maćka. I kiedyś, gdy się ponownie spotkają, to jeszcze porozmawiają.
Coraz rzadziej myśli też, że jest jedyną, którą to spotkało. Na początku tak czuła. Miała wrażenie, że nikt nigdy nie zrozumie tego, co przeżyła. A potem zaczęły dochodzić do niej informacje o kolejnych śmierciach. Syn koleżanki wyjechał do dużego miasta i skoczył z wieżowca, inny rzucił się pod pociąg, partner kolejnej się powiesił. — Nie przyniosło mi to oczywiście ulgi. Ale zmniejszyło poczucie wyobcowania — tłumaczy.
W 2025 r. samobójstwo popełniło w Polsce 4776 osób, z czego 3975 to mężczyźni
Foto: iStock
Przyjaciel Maćka chciał po jego śmierci dostać się do psychiatry. Pojechał do powiatowego szpitala i dowiedział się, że na wizytę będzie musiał czekać kilka miesięcy. Wpadł w szał. Bogusława cieszy się, że nic sobie nie zrobił.
— Chodzi o to, że ci chłopcy, mężczyźni, nawet jak już poproszą o pomoc, to jej nie dostają. To jak mają sobie poradzić? — zastanawia się. I dodaje: — Liczę, że coś się w końcu zmieni. Że już nie będą musieli być sami w tym bólu.
Nie okazuj słabości
Według danych GUS w 2025 r. samobójstwo popełniło w Polsce 4776 osób, z czego 3975 to mężczyźni. Wskaźnik dla wsi wynosi około 14 zgonów w wyniku odebrania sobie życia na 100 tys. mieszkańców, a dla miast 12. Eksperci od lat wskazują na problem samobójstw w małych miastach i wsiach.
— Z jednej strony to oczywiście wynik trudniejszego dostępu do pomocy psychiatrycznej — tłumaczy dr Marta Anna Sałapata, psychotraumatolożka, członkini Polskiego Towarzystwa Suicydologicznego i twórczyni grup wsparcia i warsztatów w ramach projektu Alfabet Żałoby.
Z drugiej, jak wyjaśnia, znaczenie mają także uwarunkowania kulturowe — o kryzysach psychicznych wciąż mówi się tam rzadziej, a mężczyźni mogą silniej odczuwać presję, by być „twardymi”, samowystarczalnymi i nie okazywać słabości. Dlatego tak ważna jest edukacja w tym zakresie i tłumaczenie, już od najmłodszych lat, że kryzys psychiczny może dotknąć każdego. — Gorsze samopoczucie nie jest powodem do wstydu, ale sygnałem, że warto poszukać wsparcia i poprosić o pomoc — podkreśla ekspertka.
Zauważa, że mężczyznom trudniej przychodzi mówienie o swoich problemach. Chłopcy mogą słyszeć komunikaty takie jak „nie bądź babą” czy „nie płacz jak dziewczyna”, które uczą ich, że okazywanie emocji jest czymś niewłaściwym albo świadczy o słabości. Dorosły mężczyzna może odbierać proszenie o pomoc jako coś wstydliwego, bo oznacza ono, że nie dał rady, nie poradził sobie.
Wyjaśnia też, że mężczyźni są nastawieni na działanie. Jeśli pojawia się problem, chcą coś z nim zrobić, a kiedy nie da się go rozwiązać działaniem, mogą próbować uciec w pracę, hobby czy uzależnienia. Emocjonalny bagaż jest zakryty, ale nie znika. I z czasem staje się nie do wytrzymania.
— A do tego próby samobójcze mężczyzn częściej kończą się śmiercią — dodaje Sałapata.
Przebić bańkę
Psychotraumatolożka podkreśla, że o samobójstwach prawie się nie rozmawia, niektórzy na samo to słowo reagują lękiem. Zdarza się to nawet w szkołach czy gabinetach specjalistów. — Tak jakby nazwanie zdarzeń czy myśli samobójczych miało sprawić, że coś złego się wydarzy. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie. Nazywanie wprost tego, z czym zmaga się człowiek, przebija bańkę i pozwala zacząć rozmawiać o problemach z większą łatwością — podkreśla.
To milczenie nie tylko utrudnia sięgnięcie po pomoc, ale też wpływa na proces żałoby rodziny. W języku angielskim funkcjonuje określenie suicide survivors — osoby ocalałe z samobójstwa, czyli bliscy, którzy pozostają. Już sama warstwa językowa sugeruje, że ta żałoba będzie traumatyczna lub powikłana.
Przez to, że to wciąż tabu, społeczeństwo może obierać bliskim prawo do jej przeżywania i mówienia o swoich doświadczeniach. — Do tego dochodzi poczucie winy, nawracające myśli o tym, co mogliśmy zrobić i jak inaczej mogło się wszystko potoczyć — mówi Sałapata.
Tłumaczy, że jeżeli ktoś umiera w wyniku choroby, możemy zrzucić na nią winę. Jeżeli umiera w wyniku wypadku — analizujemy jego okoliczności. Natomiast w przypadku śmierci samobójczej często trudno jednoznacznie zrozumieć i nazwać czynniki, które do niej doprowadziły.
Podzielić problem
W tym stanie zagubienia warto szukać wsparcia. Sałapata podkreśla, że nikt w cierpieniu nie musi być sam. — Od lat przywołuję słowa, które często powtarza w rozmowach ze mną mój tata: „Problem podzielony na dwie osoby to jest pół problemu na osobę”. Wierzę, że czasem naprawdę może być choć trochę lżej, kiedy podzielimy się swoim zmartwieniem z kimś innym — mówi.
Osoby z otoczenia żałobników mogą jednak nie wiedzieć, jak wspierać. Szczególnie że żyjemy w czasach nastawionych na indywidualizm, kiedy coraz mniej jest wspólnot bliskich sobie osób.
Psychotraumatolożka mówi, że często wysyłamy osobie w żałobie komunikat: „Jak będziesz czegoś potrzebować, to zadzwoń”. I czekamy w blokach startowych, by ruszyć z pomocą. Tymczasem ta osoba może nie umieć wskazać, czego konkretnie jej trzeba. Albo obawiać się, że będzie nas obciążać. — Nazywam to paradoksem podwójnej potrzeby: ktoś chce pomóc, inny pomocy potrzebuje, ale niestety się nie spotykają — wyjaśnia.
Dlatego zamiast ogólnego „daj znać, jeśli będziesz czegoś potrzebować” poleca raczej proponowanie konkretów. Jeśli po zmarłym zostały obowiązki, można po prostu je przejąć — skosić trawę, umówić samochód na przegląd czy zająć się sprawami, o których w codziennym chaosie trudno pamiętać. Czy odebrać dzieci ze szkoły, zrobić zakupy albo przygotować obiad.
Mężczyznom trudniej przychodzi mówienie o swoich problemach
Foto: iStock
A czasem wystarczy przyjść i powiedzieć: „Jestem. Możemy posiedzieć, możemy pomilczeć, możemy popłakać, możemy się pośmiać”. — Można też zaproponować przytulenie, ale tylko jeśli dostaniemy zgodę. Dotyk dla niektórych osób może być zbyt przytłaczający — podsumowuje.
Został oszukany
Gdyby nie przyjaciele i dzieci, Ani też by już dziś nie było. Jest o tym przekonana. Na szczęście nie była sama, ktoś zawsze przy niej czuwał. A do tego nie chciała tak skrzywdzić swojego syna i córki. Stracili już ojca, potrzebowali matki.
Jej mąż przed śmiercią zmagał się z depresją. Chociaż zgodził się na farmakologię, to nie dał się przekonać do psychoterapii. Twierdził, że sam sobie poradzi, że nie potrzebuje z nikim rozmawiać o tym, co go gryzie.
Jego zdrowie psychiczne posypało się po tym, gdy odkrył, że spotkania duchowe, w których uczestniczył od prawie 20 lat, to przekręt. — Ja wprost mówię, że to była sekta — zaznacza Ania. Twierdzi, że jej „przywódca” miał pomagać ludziom z lękami, a tak naprawdę te lęki wzmacniał, opowiadając, że mieszkają w nich „mroczne byty”. Uzależniał ich też od siebie.
Krzysztof wolał spędzać weekendy na spotkaniach grupy niż z rodziną. Ania go przestrzegała, mówiła, że to nie jest zdrowe, że prowadzący te spotkania ludzie są źli. W końcu, po sprzeczce z „przywódcą” i przeczytaniu opinii na jego temat na forach, zrezygnował. — Nie mógł się pogodzić z tym, że został oszukany. Że nie doznał żadnego cudownego uleczenia. I jeszcze pakował w to kupę kasy — mówi Ania.
Część mnie umarła
Przestał sypiać, nie mógł jeść. W cztery miesiące schudł ponad 20 kilogramów. Ania czuła, że może się wydarzyć tragedia, ale mąż wciąż upierał się, że nie skorzysta z terapii. Dzień przed odebraniem sobie życia zapewniał, że nic sobie nigdy nie zrobi, że nie zostawi rodziny. — Potem zobaczyłam, że wyszukiwał w internecie, jak ze sobą skończyć. Planował to, a mnie okłamywał — mówi.
Gdy nie mógł spać nocą, żeby nie przeszkadzać żonie, często szedł na górę spać w pokoju córki, która wyjechała na studia. Tak było też 16 lipca 2025 r. Ania wstała wcześnie i ucieszyła się, że mąż jeszcze nie wstał. „Może w końcu odeśpi te bezsenne noce” — pomyślała. Zaniepokoiła się dopiero po godz. 11, gdy Krzysztof wciąż nie pojawił się na dole.
Poszła na górę, próbowała uchylić drzwi, ale stawiały opór. Zobaczyła ramię męża i już wiedziała, co się stało. Zadzwoniła na numer alarmowy. Pogotowie orzekło, że Krzysztof nie żyje już od kilku godzin.
— Byliśmy razem 23 lata. To jest taki poziom zżycia z drugą osobą, że miałam wrażenie, jakby część mnie umarła. Czasem żałuję, że nie wymusiłam na nim hospitalizacji. Chociaż, czy to by coś zmieniło? — zastanawia się.
Codzienny płacz
Mieli się razem zestarzeć, zacząć podróżować, gdy młodsze dziecko wyfrunie z gniazda. Z tych planów nic nie zostało. Pierwszy rok przeżyła na autopilocie. Zdiagnozowano u niej depresję i zespół stresu pourazowego. Poza wsparciem bliskich pomogły leki i psychoterapia.
Zaczyna powoli dochodzić do siebie, odzyskiwać wspomnienia, które wyparła. Wciąż codziennie płacze, ale już bez przytłaczającego ciężaru w klatce piersiowej. Od niedawna ma nowego partnera, który akceptuje jej potrzebę wspominania Krzyśka.
— Mąż mówił mi, że gdyby go zabrakło, to chciałby, żebym korzystała z życia, była szczęśliwa — mówi. Stara się to życzenie spełnić. To jedyne, co jeszcze może dla niego zrobić.
Jeśli jesteś w kryzysie psychicznym, pomoc otrzymasz pod czynnym całą dobę numerem: 800 702 222
Gdy potrzebujesz wsparcia po stracie bliskich, otrzymasz je dzięki specjalnej linii dla osób w żałobie (czynnej w dni robocze od 14.00 do 20.00): 800 108 108
*imiona bohaterek zostały zmienione na ich prośbę





