Kobiety w sporcie od lat uczono wytrzymałości. Mamy być twarde, nie narzekać i iść do przodu mimo bólu, czasem także kosztem własnych granic i przemilczanej krzywdy. Tymczasem prawdziwa siła nie zawsze polega na walce. Czasem zaczyna się od zgody na to, czego nie da się kontrolować.
Sport daje kobietom ogromną siłę. Uczy wytrwałości, odwagi, współzawodnictwa i otwiera drzwi na świat. Ma jednak także swoją cenę. Zwłaszcza sport wyczynowy, w którym wynik bywa ważniejszy niż zdrowie czy relacja z własnym ciałem. Skupiamy się na kilku latach kariery, wymagając od siebie maksimum i rzadko myśląc o konsekwencjach. Przez kolejne dekady możemy płacić za to, jak bezwzględnie się traktowałyśmy. Jest też najciemniejsza strona kobiecego sportu — molestowanie seksualne. Temat wciąż pomijany, rzadko ujawniany w nadal patriarchalnym układzie świata sportu. Ma to niewyobrażalne konsekwencje dla zawodniczek, które dopiero dorastają. Wpływa na ich całe dorosłe życie, grożąc wypaleniem, depresją, negowaniem własnych osiągnięć czy zaburzeniami odżywiania.
Ale jeśli zdecydujemy się sobie pomóc, trudne sportowe doświadczenia mogą się okazać cennym zasobem. Uczą, że porażka nie kończy gry, lecz zmusza do szukania nowych dróg. Ta lekcja przydaje się później, gdy życie stawia przed nami wyzwania znacznie większe niż sport. Pomaga nie tylko znaleźć siłę do działania, ale też nauczyć się żyć w zgodzie z tym, czego nie możemy zmienić.
Newsweek Psychologia już dostępny
Foto: Materiały prasowe
Cena sukcesu?
W sporcie wyczynowym istotna jest wygrana, dla której poświęca się właściwie wszystko. Na przykład w judo liczy się każdy kilogram zawodnika — przed zawodami następuje ważenie. Nadwyżka na wadze może spowodować dyskwalifikację. Pozostawał więc cel: zmieścić się w kategorii wagowej. Głodówki, odwodnienie, treningi w grubym dresie czy godziny spędzone w saunie przez lata były traktowane jak sportowa norma. Rzadko kto pytał, jaką cenę za takie praktyki płaci organizm dorastającej dziewczyny. A kiedy przychodził sukces, pytania o konsekwencje schodziły na dalszy plan.
Z czasem można było nabrać przekonania, że nasza wartość zależy od wyglądu i wagi. Zresztą wiele kobiet, nie tylko sportsmenek, przez lata żyje pod presją tego podszeptu, który nieustannie ocenia liczbę kilogramów czy atrakcyjność. W konsekwencji mogą się pojawić np. bulimia, zaburzenia odżywiania. Nie wynika to jedynie z obaw o szczupłą sylwetkę. Staje się próbą odzyskania kontroli nad własnym życiem, kiedy dopada nas przeciążenie, stres czy bezradność.
Szkoda, że dopiero z perspektywy czasu widać, że sportowa kariera jest tylko fragmentem życia. Trwa kilka czy kilkanaście lat, a potem przez kolejne dekady żyjemy z konsekwencjami tego, jak traktowałyśmy swoje ciało i psychikę. Czasem pozostają one z nami na długo. Czasem na zawsze. Dodatkową trudność może stanowić twarda, sportowa postawa, która każe nam ukrywać trudne emocje i doświadczenia. Nie chcemy ich okazać, by nie kwestionowano naszej waleczności. Nie pozwalamy sobie przeżywać, doświadczać tego, co trudne. Nosimy maskę twardzielki. Bywamy też dla siebie surowe. Takie „upychanie” uczuć sieje ogromne spustoszenie. Może skutkować depresją, która odziera nas z sił i ochoty do działania. Jeśli się jednak nad nią pochylimy, zmusza do bardziej czułego spojrzenia na siebie i swoje doświadczenia. Uczy przepraszać się za bycie swoim najbardziej surowym sędzią. Staje się jasne, że wrażliwość nie jest oznaką słabości. Jest jedną z największych form odwagi. Dobrze, że dziś nieco głośniej mówi się nie tylko o wynikach, ale także o zdrowiu, regeneracji i stawianiu granic — w sporcie.
Sport może wiele dać, ale czasem staje się głównym źródłem poczucia własnej wartości. Dopóki są sukcesy, daje sprawczość i pewność siebie. Trudniej, gdy przychodzi kontuzja, porażka albo koniec kariery. Wiele sportsmenek musi wtedy odpowiedzieć sobie na pytanie: kim jestem poza wynikami, medalami i oceną innych?
Newsweek Psychologia już w kioskach!
Foto: Materiały prasowe
Pozwolenie na słabość
Bywa jednak, że najtrudniejsze konsekwencje sportowej kariery nie mają nic wspólnego z kontuzją czy przegraną. Wciąż zbyt rzadko mówi się o przekraczaniu granic i molestowaniu seksualnym w sporcie. I nie zawsze chodzi o spektakularne nadużycia, ale stałe przekraczanie granic tego, co właściwe. Czasem wystarczy sytuacja, która dorosłym może się wydawać niejednoznaczna, a dla nastolatki staje się źródłem wstydu, zagubienia i utraty poczucia bezpieczeństwa. Wyznania miłości ze strony trenera, ukradkowe pocałunki, faworyzowanie jednej zawodniczki kosztem innych, a w konsekwencji odrzucenie przez grupę. Do tego milczenie lub przyzwolenie ze strony otoczenia. Czy to naprawdę tak niewiele? I czy miałybyśmy jakiekolwiek wątpliwości, gdyby podobna historia dotyczyła naszej córki? Młoda zawodniczka rzadko jednak potrafi wtedy nazwać to, czego doświadcza. A skutki takiego przekroczenia mogą towarzyszyć jej jeszcze długo po zejściu z podium.
Paradoksalnie to właśnie najtrudniejsze przeżycia mogą się stać początkiem zmiany — o ile potrafimy pochylić się nad nimi z czułością. Wtedy odkrywamy, że jesteśmy czymś znacznie więcej niż swoim ciałem, sukcesami czy osiągnięciami. To moment, w którym wiele kobiet zaczyna rozumieć, że prawdziwa siła nie polega wyłącznie na wytrzymywaniu. Są bowiem sytuacje, których nie da się ani przemilczeć, ani „rozbiegać”, ani pokonać siłą woli. Problemy z płodnością, komplikacje zdrowotne, trudności związane z rodzicielstwem czy wydarzenia, na które nie mamy wpływu, pokazują granice kontroli. Wymagają czegoś innego niż walki — zgody na niepewność, cierpliwości i większej czułości wobec siebie. To właśnie wtedy przychodzi ważne odkrycie: siła nie zawsze oznacza zaciskanie zębów i nieustanne parcie do przodu. Czasem największą odwagą jest zatrzymanie się, przyjęcie wsparcia i uznanie, że nie wszystko trzeba udźwignąć samodzielnie.
Rodzicielstwo dziecka z niepełnosprawnością bardzo szybko uczy pokory wobec planów. Łatwo wyobrażać sobie przyszłość i układać scenariusze, ale życie nieraz pokazuje, że będzie inaczej. Kolejne etapy rozwoju, edukacji czy rehabilitacji wymagają ciągłego dostosowywania się do rzeczywistości. To także szczególna lekcja odpuszczania potrzeby kontroli. Zamiast nieustannie walczyć z tym, czego nie da się zmienić, pojawia się przestrzeń na przyjmowanie tego, co jest. Na zatrzymanie się, większą uważność i dostrzeganie małych rzeczy, które wcześniej mogły się wydawać oczywiste. Czasem właśnie tam kryje się prawdziwe wytchnienie.
Takie rodzicielstwo wymaga wielu kompetencji naraz. I tu przydaje się sportowe doświadczenie: wytrwałości i hartu ducha. Trzeba być trochę terapeutą, trenerem, organizatorem i rzecznikiem. Jednocześnie nie możemy też porzucić najprostszej i najtrudniejszej roli — bycia mamą, która po prostu jest obok i daje poczucie bezpieczeństwa. Jednak trudności i słabości często prowadzą do lepszego poznania siebie. Pokazują nasze granice, ale też mocne strony. Dzięki nim łatwiej zrozumieć, czego naprawdę chcemy, a czego nie. W słabości może się kryć ogromna siła.
Tu jest mistrzostwo
Sport może zapewniać nam także coś znacznie cenniejszego niż medale i wyniki — poczucie przynależności. Dla wielu dziewcząt staje się miejscem, w którym po raz pierwszy czują się akceptowane nie za wygląd, ale za to, kim są i co potrafią. Szczególnie ważne bywa to dla osób, które wcześniej doświadczały odrzucenia czy poczucia inności. Sport pozwala budować relacje, odzyskać wiarę w siebie i poczucie sprawczości. Dla wielu kobiet to właśnie jest jego największy dar — przekonanie, że mają swoje miejsce i mogą czuć się w nim sobą.
Nie każdy zostanie mistrzem, ale każdy może wynieść ze sportu coś cennego. Sport uczy budowania relacji, radzenia sobie ze stresem, pokonywania własnych lęków i wychodzenia ze strefy komfortu. To także jedna z niewielu przestrzeni, w której młody człowiek samodzielnie mierzy się z emocjami, porażkami i wyzwaniami. Te doświadczenia procentują później w szkole, podczas egzaminów i w dorosłym życiu. W czasach, gdy pomoc jest na wyciągnięcie ręki, a każdy problem można natychmiast skonsultować przez telefon, możliwość samodzielnego zmierzenia się z trudnościami staje się szczególnie cenna. Tego nie da się przeżyć ani nauczyć za kogoś.
Właśnie dlatego dobrze prowadzony sport bywa jedną z najlepszych szkół życia. Tego doświadczają członkowie Ada Judo Fun. Pomysł stworzenia klubu narodził się z przekonania, że także osoby z niepełnosprawnościami zasługują na wyczynowy sport, rozwój i poczucie sprawczości. Udało się: klub może się pochwalić tytułami mistrzów Europy i drużynowych mistrzów Polski. Z czasem okazało się jednak, że treningi dają znacznie więcej niż wyniki. To miejsce, w którym można budować pewność siebie, przyjaźnie, doświadczać sukcesów, ale też bezpiecznie przeżywać porażki. Dla wielu uczestników jest ono źródłem przynależności. Dla trenerów — przypomnieniem, że istotą sportu nie jest tylko rywalizacja, ale także radość, rozwój i bycie razem. Korzystają też rodzice, zwłaszcza mamy, które mogą zobaczyć samodzielność swojego dziecka. A to bywa szczególnie ważne, gdy od pierwszych chwil życia wymagało ono ogromnej opieki. Bo dobry sport nie uczy tylko wygrywania. Uczy także szacunku do siebie, własnych granic i drugiego człowieka.
Oczywiście i tu kryją się pułapki. Kobieta, która ma za sobą lata sportu wyczynowego, depresję, terapię, nauczyła się, jak najlepiej wychowywać dzieci z niepełnosprawnością — może automatycznie wejść w rolę osoby naprawiającej świat. Zakłada klub, zostaje w nim trenerką, ale czuje, że musi pomagać wszystkim i brać odpowiedzialność za wszystko. To oczywiście zbliża ją niebezpiecznie do kolejnego wypalenia. Dlatego warto wówczas odkryć: można wskazać kierunek, zainspirować czy wesprzeć, ale nie da się przejść czyjejś drogi za kogoś. Każdy musi zrobić to sam. To bardzo uwalniające — i daje więcej przestrzeni także dla siebie.
Sport nie sprawia, że życie staje się łatwiejsze. Oferuje jednak coś bardzo cennego — miejsce, w którym można wzrastać. Czasem się potknąć, czasem się rozsypać, a czasem odkryć w sobie siłę, o której wcześniej nie miało się pojęcia.
Swoją historię, osobiste doświadczenia i trudne przeżycia opisałam w książce „Niepamięć”.
Adriana Dadci-Smoliniec — mistrzyni Europy w judo, olimpijka, trenerka i założycielka klubu Ada Judo Fun. Mama trojga dzieci, w tym dwojga z niepełnosprawnościami. Od lat wspiera rozwój sportu osób z niepełnosprawnościami, łącząc doświadczenie zawodniczki z pracą trenerską i działalnością społeczną





