Donald Trump zarobił na prezydenturze 3 mld dol. Licznik bije, a najbardziej skorumpowany przywódca w dziejach USA jest bezkarny.
Gdyby afera Watergate wybuchła dzisiaj, media poświęciłyby jej 12 godzin — orzekł wiceprezydent J.D. Vance, wizytując Bibliotekę Richarda Nixona. Miał rację. Choć próbował zbagatelizować winę patrona instytucji, w której gościł, znakomicie spuentował ogrom korupcji swego szefa. Cała prezydentura Trumpa to jedna wielka afera, a media nie dają rady skupić się na każdym przekręcie tak długo, jak pół wieku temu, gdy Nixon autoryzował instalację podsłuchu w sztabie Partii Demokratycznej. Codziennie wychodzi na jaw kolejny, więc idą nowym tropem, bo kto pierwszy, ten lepszy. Wczorajszy news jest jak otwarte dzień wcześniej i zostawione na słońcu piwo. Niby można wypić, jednak lepiej otworzyć świeże.
Podczas debat, przemówień, wywiadów Trump zasypuje słuchaczy stekiem kłamstw, uniemożliwiając ich zdementowanie, bo zajęłoby to zbyt wiele czasu. W rezultacie uchodzą mu płazem. Podobną taktykę stosuje, naruszając przepisy, zasady etyki, normy i ducha konstytucji. Szwindel goni szwindel za szybko, by wszystko ogarnąć, uporządkować, zwięźle wyjaśnić. A ludzie jak ludzie. Większość puszcza wołające o pomstę do nieba sensacje mimo uszu lub całkiem odcina się od źródeł informacji. Po co tracić nerwy, dziennikarze przesadzają, politycy zawsze byli nieuczciwi, róbmy swoje, a tamci niech się żrą między sobą.
Śladami Ziobry
Wyobraźmy sobie, że przywódca demokratycznego kraju europejskiego zyskuje absolutny immunitet od audytów fiskusa. Dla siebie, rodziny, kontrahentów, z którymi robił interesy przez pół wieku. Trudne do wyobrażenia, prawda? Trump taki immunitet dostał. Jakim cudem? Otóż w styczniu wytoczył urzędowi skarbowemu (IRS) proces cywilny, domagając się 10 mld dol. odszkodowania za dopuszczenie do wycieku jego oświadczeń podatkowych. Papiery dowodziły, że przez 18 lat nie uiszczał żadnych należności z tytułu dochodów, a po objęciu stanowiska, w 2017 r. zapłacił 450 dol., w 2020 r. — nic. Wniósł również pozew przeciw Departamentowi Sprawiedliwości, żądając 230 mln dol. za przeszukanie posiadłości Mar-a-Lago. Przypomnijmy: agenci FBI na podstawie prawomocnego nakazu sądowego odzyskali wówczas 13 tys. dokumentów, które eksprezydent nielegalnie wywiózł z Białego Domu. 184 nosiły nadruki „ściśle tajne”, „tajne” lub „poufne”. 103 zagrażały bezpieczeństwu państwa — dotyczyły m.in. systemów obronnych europejskich sojuszników, operacji szpiegowskich przeciw Chinom, irańskiego programu rakietowego.
Zawartość 71 teczek oznaczonych jako „tajne” Trump ukrył, zgubił czy może sprzedał, więc prokuratura wszczęła śledztwo. Groziły mu zarzuty utrudniania pracy organom ścigania, składania fałszywych zeznań plus kilka innych z ustaw o archiwach i szpiegostwie. Nim młyny sprawiedliwości zmieliły materiał dowodowy, podejrzany wygrał wybory i stał się nietykalny. Wiosną tego roku wyrzucił ministrę sprawiedliwości. Wierna, ale mierna Pam Bondi zawaliła sprawę akt Epsteina, błędnie odczytując intencje szefa, który — wbrew deklaracjom — nie zamierzał publikować dokumentów, bo zawierają 38 tys. wzmianek na jego temat. Nie zdołała też wytoczyć procesów politycznym wrogom Trumpa: prokuratorce generalnej Nowego Jorku Letitii James, eksdyrektorowi FBI Jamesowi Comeyowi, byłemu doradcy ds. bezpieczeństwa Johnowi Boltonowi, szefowi FED Jerome’owi Powellowi.
Prezydent nominował na następcę Bondi swojego adwokata Todda Blanche’a i zaczęły dziać się rzeczy, jakich Ameryka jeszcze nie widziała. Zacznijmy od konfliktu interesów. Blanche ma prawny obowiązek lojalności wobec klienta i zachowania tajemnicy adwokackiej, a jednocześnie przysiągł wierność konstytucji tudzież obronę interesów USA. Jak godzi sprzeczne imperatywy? Nie godzi. Zaraz po nominacji, 18 maja, utworzył fundusz sprawiedliwości. Owszem, wzorem Zbigniewa Ziobry. Na odszkodowania dla rzekomych ofiar motywowanych politycznie, nieuzasadnionych postępowań karnych przeznaczył kwotę 1,776 mld dol. (data ogłoszenia niepodległości USA). Dodajmy, że Bondi zakazała tego typu wypłat.
Pieniądze mieli dostać „powstańcy”, którzy demolowali Kapitol i tłukli policjantów 6 stycznia 2021 r., ich wódz (wspomniane 230 mln za przeszukanie Mar-a-Lago), a potencjalnie — jak u Ziobry — osoby i podmioty użyteczne politycznie. W tym samym dekrecie Blanche regulował kwestię roszczeń klienta/przełożonego wobec IRS. Trump wspaniałomyślnie zrezygnował z odszkodowania, zadowalając się amnestią audytową. Jednak nominata musi zatwierdzić Senat po przychylnym zaopiniowaniu przez komisję prawną. Przekręt okazał się niestrawny nawet dla jej dwóch republikańskich członków Johna Cornyna (Teksas) i Thoma Tillisa (Karolina Północna). Tylko dlatego, że sposobią się do emerytury, więc nie potrzebują wsparcia Trumpa w prawyborach. Spektakl trwał trzy tygodnie, wreszcie Blanche podpisał oświadczenie, że zlikwiduje fundusz, a z klauzuli amnestyjnej usunął kontrahentów Trumpa, zostawiając „tylko” prezydenta i członków jego rodziny. Choć dokument nie ma mocy wiążącej, niezłomni się złamali. Po zatwierdzeniu nominacji przez pełny skład izby prokurator generalny może ponownie wydać ten sam dekret w nieco zmienionej formie. Albo po prostu reaktywować stary. Bezczelność obecnej administracji nie ma wszak granic.
Lukratywne prawdowanie
Dlaczego panowie Cornyn i Tillis odpuścili, akceptując dokument niewart papieru, na którym został wydrukowany? Większość senatorów po zakończeniu służby publicznej zostaje lobbystami. Co więcej: lobbystami idealnymi. Zachowują dożywotnio przywileje członka izby wyższej — swobodny dostęp do sali posiedzeń, siedzib poszczególnych komisji, gabinetów, nawet specjalnej windy dla szacownych mężów stanu, na którą zwykły śmiertelnik może popatrzeć. Po co jednak emerytowi przywileje, jeśli będzie czarną owcą we własnej partii i nikt nie zechce z nim gadać. Zresztą, nawet jeśli nie zostanie lobbystą, bojkot ze strony macierzystego środowiska politycznego utrudnia życie. Jak bez znajomości załatwić lukratywną posadę zięciowi czy nienależne stypendium wnuczce?
Antytrumpowski protest przed Trump Tower przy Piątej Alei, Nowy Jork, 30 maja 2026 r.
Foto: Gina M Randazzo / Zuma Press Wire / Newspix.pl
Dlatego ustawodawcy — zarówno planujący dalszą służbę ojczyźnie, jak i odchodzący na spoczynek — bez mrugnięcia okiem spełniają wszystkie żądania prezydenta. Popiera go zaledwie jedna trzecia wyborców, lecz właśnie oni stanowią twardy elektorat prawicy, który pozostanie wierny wodzowi jeszcze długie lata, choćby „zabił człowieka na Piątej Alei” — jak sam to ujął. Bez przychylności betonu utrzymanie stołków i ciągnięcie z waszyngtońskiego układu profitów jest niemożliwe, więc Trump trzyma wszystkich graczy w garści. A władza absolutna korumpuje absolutnie. Tydzień temu nosząca orwellowską nazwę Truth Social platforma mikroblogowa prezydenta zaoferowała wczesny dostęp do „kluczowych kont” za opłatą 100 tys. dol. miesięcznie.
Rzecz jasna, jedyne naprawdę kluczowe to @realDonaldTrump. Lokator Białego Domu nierzadko informuje tam o decyzjach wpływających na notowania papierów wartościowych i surowców, nim zrobią to adekwatne organy. Dotychczas ujawniał drogocenne wskazówki za darmo, ale widać uznał, że należy mu się działka od zysków. Dostęp do informacji — de facto poufnych wedle prawa handlowego — jako pierwsi uzyskają inwestorzy odprowadzający haracz niemal bezpośrednio do kieszeni Trumpa, bo jest większościowym udziałowcem serwisu, w którym odpowiednik tweeta zwie się skromnie „prawdą” (truth), a zamieszczanie wpisów — „prawdowaniem” (truthing). Nominalny właściciel TS to spółka akcyjna Trump Media & Technology Group (TMTG), założona w 2021 r. jako przedsiębiorstwo prywatne. Wkrótce powstała wydmuszka (shell corporation) Digital World Acquisition Corp. (DWAC) handlująca udziałami TMTG, co pozwoliło obejść się bez pierwszej oferty publicznej (IPO) — zawierającego twarde dane prospektu emisyjnego i postępowania weryfikacyjnego przed Komisją Kontroli Giełdy (SEC).
Finansowanie zapewnił DWAC fundusz ARC Capital z siedzibą w Szanghaju parający się wprowadzaniem chińskich spółek na amerykańską giełdę i dokonujący przy tym licznych nadużyć, które były przedmiotem dochodzeń SEC. Nie zabrakło pieniędzy rosyjskich. Gdy TMTG groził upadek wskutek braku płynności gotówkowej, pomocną dłoń wyciągnął współwłaściciel zarejestrowanego w Dominice banku Paxum Anton Postolnikow — siostrzeniec kolegi Putina Aleksandra Smirnowa. Przelał z Karaibów 2 mln dol. Kolejne 6 mln wpłaciła powołana jedynie w tym celu spółka ES Family Trust, której malowany dyrektor Angel Pacheco kierował też Paxum Bank. TMTG wchłonęła DWAC, zadebiutowała na giełdzie pod inicjałami prezydenta DJT, a ten zarobił w ciągu doby więcej niż przez poprzednie 78 lat. Cenę udziałów pompowali fani oraz biznesmeni pragnący zaskarbić sobie jego przychylność. Gdy legalne łapówki i dary wyschły, rynek dokonał korekty. Obecnie kapitalizacja spółki wynosi 2,82 mld.
Synowie niemarnotrawni
Najwcześniej informacje o decyzjach rządu kształtujących ruchy giełdy dostają dzieci prezydenta. Donald Junior zaraz po wyborach dołączył do udziałowców funduszu 1789 Capital Management (data uchwalenia konstytucji) hołdującego „patriotycznemu kapitalizmowi”, czyli lokującego pieniądze w start-upach, które „zwalczają wokizm”. Przez rok owe firmy, dzięki wsparciu 1789 CM, podpisały z rządem USA kontrakty na sumę 735 mln dol. Wartość samego funduszu wzrosła 17,5-krotnie z 200 mln do 3,5 mld. Warren Buffett może się schować. Nawet wilk z Wall Street Jordan Belfort i Bernie Madoff nie wykazywali takiej maestrii w mnożeniu aktywów. Natomiast wraz z bratem Erickiem prowadzi Donald Junior fundusz American Ventures kontrolowany przez kieszonkowy bank Dominari Holdings, który ma siedzibę w Trump Tower. Kapitalizacja AV przekroczyła miliard.
Senior przez pierwszy kwartał 2026 r. dokonał 3600 transakcji giełdowych na sumę 100 mln. Obracał głównie akcjami Nvidii, Della, Oracle i obsługującego Pentagon Palantiru, które szły w górę za sprawą przychylnych decyzji władz federalnych. Prezydent ma też 300 mln w sztywno oprocentowanych obligacjach, nic dziwnego zatem, że prośbą i groźbą (rzeczony proces Jerome’a Powella) usiłuje zmusić FED do obniżki stóp kredytowych. Trzy dni przed objęciem stanowiska wyemitował kryptowalutę $TRUMP typu mem, tzn. generującą przychody z wizerunku emitenta, szumu medialnego i specjalnych przywilejów dla nabywców, jak kolacja w Mar-a-Lago. Do publicznego obrotu trafiło 200 mln żetonów, 800 mln dzierży Trump poprzez spółki z o.o. CIC Digital i Fight Fight Fight, które pobierają prowizję od każdej transakcji kupna i sprzedaży tego śmiecia. Nabywcy stracili 2 mld dol., on zarobił 100 mln.
Drugie kryptowalutowe przedsięwzięcie przywódcy USA nazywa się World Liberty Financial i emituje USD1. Współzałożycielem firmy jest szara eminencja amerykańskiej dyplomacji Steve Witkoff, dyrektorem — jego syn Zach. Czyżby dlatego Zjednoczone Emiraty Arabskie kupiły USD1 za 2 mld prawdziwych USD, po czym zainwestowały w WLF 500 mln, nabywając 49 proc. udziałów? Tak. Przy czym ten drugi piękny gest wynagrodziła Abu Zabi zgoda na import amerykańskich procesorów najnowszej generacji. Dla odmiany fundusz Affinity Partners pierwszego zięcia Jareda Kushnera dostał 2 mld od saudyjskiego następcy tronu Muhammada ibn Salmana. Katar sprezentował zaś Trumpowi nowy, luksusowy Air Force One.
Rządowe kontrakty otrzymują nie tylko firmy, w które zainwestowali pierwsi synowie, lecz także spółki sponsorów kampanii prezydenta, z Elonem Muskiem i Peterem Thielem na czele. Ambasadorem USA we Francji jest tata Jareda — Charles Kushner, który odsiedział dwa lata za przestępstwa podatkowe i zastraszanie świadków. Eh bien, ne pas faire d’omelette sans casser des oeufs — mógłby rzec, gdyby znał francuski. Ale zna tylko angielski z akcentem północnego New Jersey spopularyzowanym przez Tony’ego Soprano.
To zaledwie niektóre przekręty przywódcy wolnego świata, bo na wszystkie nie starczyłoby księgi formatu in folio, grubości Biblii, wydrukowanej maczkiem. O ile podczas pierwszej kadencji Trump nieco się hamował, o tyle teraz idzie na całość. Ośmielił go bezwład wymiaru sprawiedliwości, a przede wszystkim orzeczenie republikańskiego Sądu Najwyższego, że prezydent jest odpowiedzialny za decyzje podejmowane w czasie sprawowania urzędu jedynie przed Bogiem i historią. Pozwala mu tłuc kasę bez obaw, że za hochsztaplerkę, szwindle, łapówkarstwo, machlojki pójdzie siedzieć. Orbán mógłby całemu temu towarzystwu buty czyścić. A Ziobro — pobierać opłatę licencyjną. Choć właściwie już pobiera. Akceptacja jego dziennikarskiej wizy przez Departament Stanu to przecież kolejna jawna kpina.




