Mateusz Morawiecki ostatnio występuje w koszulach, ale powinien raczej włożyć czarny garnitur i okulary, bo niczym agent z „Facetów w czerni” próbuje Polakom wymazać z pamięci ostatnią dekadę. Może i byłem jakimś tam premierem, ale co ja mogłem, szanowni państwo? Widocznie uznał, że nos dłuższy i tak już mu nie urośnie.
Proces dystansowania się wobec partii matki, z której Morawiecki właśnie został usunięty, skutkuje jednak i zaskakującymi zwierzeniami, jak u Bogdana Rymanowskiego dwa tygodnie temu: „Piątka dla zwierząt była triggerem, była katalizatorem, który spowodował, że grupa tak zwanych konserwatystów u nas rzuciła się panu prezesowi do gardła i błagała o wszystko, razem z Solidarną Polską, żeby zrobił wszystko, aby przykryć teraz te pierwsze spadki sondażowe i żeby wymusić wyrok w sprawach aborcyjnych”.
Wszyscy podejrzewaliśmy, że inicjatywa ponad setki posłów PiS i Konfederacji jesienią 2020 r. nie była przypadkowym porywem konserwatywnej duszy. Ale co innego gdybać, a co innego, gdy taką bombę spuszcza ktoś, kto był wtedy w samym środku wydarzeń.





