Coraz więcej Brytyjczyków osiedla się nad Wisłą. Czego szukają i co znajdują? — Przyjechałem po dobre życie i je mam — opowiada Alistair Mckeown. W Polsce mieszka od lat i rozumie, dlaczego nasz kraj zaczął przyciągać jego rodaków. — Wielka Brytania też się przez te 25 lat zmieniła, tylko w przeciwnym kierunku — mówi.
Londyn jest wielki. Piękny. Brzydki. Wspaniały. Okropny. W Londynie jest najlepsza muzyka i ludzie z całego świata. Londyn jest centrum wszystkiego. Phil jedzie metrem w tłumie ludzi o wszystkich kolorach skóry i ze wszystkich kultur, którzy mają w uszach te same słuchawki, a w kieszeniach te same telefony. W Londynie jest nadzieja na piękne jutro. I że jak będziesz ciężko pracował, jak wszyscy będziecie ciężko pracować, to wyjdziecie z tego tłumu aspirantów i staniecie się kimś. Każdy tak myśli. Jest rok 2016. Nikt ze znajomych Phila nie wierzy w brexit. A nawet jeśli on się wydarzy, to ma być tylko lepiej, tak?
Warszawa jest mała, raz piękna, a raz brzydka, jednocześnie wspaniała i okropna. Wszyscy są biali. Nie czujesz, że możesz tu podbić świat. Ale czujesz komfort. Jest rok 2026. Phil ma 35 lat. W Warszawie mieszka od trzech. Na razie nie wraca na Wyspy.
1.
„20 lat temu Polacy przyjechali do UK w poszukiwaniu lepszego życia. Dziś tysiące Brytyjczyków wybierają przeciwny kierunek” — pisze brytyjska gazeta „Daily Mail”. Liczba Brytyjczyków w Polsce wzrosła w ostatnich latach ponadtrzykrotnie. Dziś mieszka tu ich już 185 tys.
— Powody? Jest tanio, bezpiecznie, a jeśli przyjechałeś z któregoś z listy fajnych krajów, a UK jest na tej liście całkiem wysoko, ludzie będą chcieli się z tobą zaprzyjaźnić — mówi Mark, który przez dwa lata pracował w krakowskich barach, a potem postanowił spróbować korporacyjnego życia. — Nie miałem doświadczenia, ale mój angielski wystarczył do tego, by zostać rekruterem w dużej firmie. Zatrudniamy ludzi z wielu krajów, wszyscy mówią po angielsku. Praktycznie każdy mówi przynajmniej na podstawowym poziomie. Pochodzę z klasy robotniczej, w Anglii ta klasowość jest ważną częścią struktury społecznej. Moi rodzice i dziadkowie znali swoje miejsce w społeczeństwie i wiedzieli, że nie za bardzo mogą je zmienić. Zresztą nawet by nie chcieli, mają swój etos, obraz świata. To się zaczyna zmieniać, ale tradycyjnie klasa społeczna w dużej mierze wciąż definiuje u nas to, kim jesteś i jaką masz przyszłość. Nie pomaga pogłębiający się chaos polityczny. Jestem centrolewicowcem, mój ojciec i dziadek brali udział w strajkach, ale sam już nie wiem, o co chodzi mojemu państwu. Nie poszedłem na studia, co zamknęło mi wiele dróg. Mój błąd. Ale tutaj mogę znacznie więcej. Mam polską narzeczoną. Nie wiem, co się wydarzy w przyszłości, chciałbym kiedyś wrócić do Anglii, ale na razie o tym nie myślę. Na razie jestem tu.
2.
— Wstałem o wpół do trzeciej rano, o piątej byłem już w Warszawie, a na 11 zajechaliśmy na Śląsk — opowiada Alistair Mckeown. Z urodzenia Szkot, wychowany w Anglii, przez ostatnich trzydzieści parę lat pracował głównie w branży muzycznej: był tour managerem gwiazd, pracował m.in. ze Spice Girls i z Morcheebą. Od 25 lat mieszka w Łodzi, prowadził restauracje, bary, ale ostatecznie zawsze lądował z powrotem w muzyce. Dziś jest kierowcą i tour managerem pracującym dla dużego przewoźnika zajmującego się artystami. Przez te lata — mówi — i w Polsce, i w Wielkiej Brytanii bardzo wiele się zmieniło.
— Był rok 2000, byłem w trasie z MTV. Jeździliśmy po Europie przez trzy miesiące, aż w końcu dotarliśmy do Polski. Nigdy wcześniej tu nie byłem. MTV właśnie wchodziło do Polski, zrobiliśmy wielką imprezę w sopockim Sfinksie. Poznałem Ewę, która potem została moją żoną. Wróciłem do Londynu, ale ciągnęło mnie z powrotem. W końcu mówię rodzicom: przeprowadzam się do Polski. „Gdzie?! Po co?!”. Mój pierwszy prawdziwy kontakt z Polską to była Łódź. Święta, 2000 rok. Zima, mgła, szaro, smutno. „Jezusie, co to jest?!”. Ponure budynki, małe mieszkanie w bloku, gorąco jak cholera od kaloryferów. Chciałem poznać miasto, więc dużo spacerowałem. Wszystko było nieczynne. Zamknięte fabryki, sklepy z zaklejonymi oknami, rozpadające się kamienice, nieczynne lokale, stary Dworzec Łódź Fabryczna. Umierające miasto, w życiu bym nie powiedział, że Łódź się z tego podniesie.
Alistair pouczył trochę angielskiego, potem ściągał brytyjskich DJ-ów do łódzkich klubów, bookował artystów na większe koncerty i festiwale. Przez kilka lat mieszkał w Kijowie, organizował tam m.in. koncerty Paula McCartneya i Eltona Johna.
— To był 2007, 2008 rok — wspomina. — Po dwóch latach w Kijowie wróciliśmy do Łodzi. Już wtedy trochę przecierałem oczy, bo widziałem, jak wiele rzeczy się zmieniło. Dziś? Łódź jest świetnym, nowoczesnym, wygodnym do życia miastem. Nie zamierzam się już stąd ruszać. Wielka Brytania też się przez te 25 lat zmieniła, tylko w przeciwnym kierunku — wzdycha. — Jest tak drogo, że dziś nawet gdybym chciał, miałbym problemy z powrotem do Anglii. Kilka tygodni temu byłem w Newcastle odwiedzić rodziców. Wchodzę do sklepu, patrzę na półki i mówię: ile?!
Alistair spędził w Newcastle dzieciństwo, wielu jego przyjaciół przeprowadzało się na południe kraju za pracą. Teraz wracają.
— Imigranci przejmują pracę, ulice się zmieniły. Ludzie są coraz bardziej poirytowani. Płacą wysokie podatki, ale ich sytuacja się specjalnie nie zmienia, a jeśli tak, to na gorsze. Miasta są dużo mniej bezpieczne, o pracę jest trudniej, wszystko drożeje. Coraz powszechniejsza emocja jest taka: przyjmujecie zbyt wielu imigrantów, wydajecie na nich zbyt wiele pieniędzy, jednocześnie całkowicie zaniedbując sytuację w kraju. Premierzy zmieniają się co pięć minut, a każdy wydaje się dokładnie taki sam jak inni. Ludzie mają tego dość. Krajem rządzą odklejeńcy, których dzieci chodzą do prywatnych szkół i których dzieli gigantyczna ekonomiczna przepaść od reszty obywateli oraz ich codziennych problemów. A ludzie to widzą.
— I głosują na skrajną prawicę?
— To nie jest skrajna prawica. To ludzie, którzy mówią: nie zajmujecie się tym, czym powinniście. Skoro tak wiele osób mówi, że się nie czuje bezpiecznie we własnym kraju, że jest im coraz trudniej w sensie finansowym, a polityczny mainstream mówi, że to nieprawda, to co mają zrobić? Zagłosują na tych, co powiedzą: widzimy wasze problemy. Kiedyś jak przekroczyłeś prędkość, płaciłeś 20-30 funtów mandatu. Dziś: kilkaset. Nie ma niczego złego w pomaganiu imigrantom, ludziom słabszym. Ale też obywatele mają prawo domagać się informacji: co jest robione, za ile, do czego to ma doprowadzić? Kto tu powinien być priorytetem? Wolę Polskę. Mieszkam tu 25 lat i nie wziąłem złotówki od państwa. Nie przyjechałem tu po pomoc. Przyjechałem po dobre życie i je mam.
3.
— Fascynujące, jak bardzo to się zmieniło — mówi Taryn Adams, walijska dziennikarka mieszkająca w Warszawie. — Ten przeskok z ksenofobii wobec Polaków do widzenia w Polsce nowej europejskiej utopii. 20 lat temu brytyjska prawica mówiła: źli Polacy z tej zapyziałej Europy Wschodniej przyjechali tu, zabierają pracę, rozpychają się łokciami i zżerają łabędzie z parkowych jeziorek. Wzbudzanie strachu przed obcymi wraca cyklicznie. Dziś stawiają Polskę za wzór: jest świetna, bo jest biała i tradycyjna. Akurat to ostatnie w przypadku miast takich jak Warszawa nie do końca jest prawdą. Tradycyjna jest za to polska prowincja, ale o niej akurat Brytyjczycy nic nie wiedzą. Mieszkałam na polskiej prowincji, to jest zupełnie inna rzeczywistość, nie jestem przekonana, czy tak łatwo byłoby się tam odnaleźć ludziom z UK.
Zdaniem Taryn opowieść o polskim raju jest w brytyjskim internecie szczególnie popularna wśród tych białych mężczyzn z klasy robotniczej, którzy najbardziej obawiają się imigrantów. — W naszym internecie działa wielka machina propagandowa, która stawia Polskę za wzór. Ale przedstawia jej zafałszowany obraz, taki, jaki stara się budować polska prawica. Na przykład Dominik Tarczyński, nowy polski przyjaciel Tommy’ego Robinsona.
Tarczyński chętnie występuje w prawicowych mediach w Wielkiej Brytanii i USA. W ubiegłym roku zaprosił Robinsona — pięciokrotnie skazanego na karę więzienia ulubieńca angielskiej skrajnej prawicy — na Marsz Niepodległości. Wcześniej był gościem na organizowanym przez Robinsona marszu Unite the Kingdom w Londynie. „Odzyskujemy naszą chrześcijańską Europę” — mówił wtedy. „Odzyskujemy kontynent, bo to jest nasz dom. Kocham ten tłum. Kocham być Europejczykiem”.
— W ten sposób buduje się obraz Polski, która jest prawicową utopią. Obraz nieprawdziwy, malowany przez prawicowców z obydwu krajów. Owszem — Polska jest znacznie mniej zróżnicowana kulturowo od Wielkiej Brytanii, ale bardzo się zmienia. Wychowałam się w latach dwutysięcznych. To był czas, w którym chyba najbardziej ceniono u nas wielokulturowość. Narody tworzące UK zdawały się wtedy najbliżej siebie. Cieszono się z różnorodności: kulturowej, religijnej, rasowej. Wszyscy jesteśmy razem i dzięki temu jesteśmy lepsi.
— Co się zmieniło?
— Wiele osób nie miało pojęcia o ekonomicznych konsekwencjach brexitu. Od czasu wyjścia z UE Wielka Brytania jest w coraz gorszym stanie. Usługi publiczne, infrastruktura — wszystko się pogorszyło. Wielu ludzi karmiono dezinformacją, przedstawiano mniejszości jako zagrożenie. To jest brytyjska, a właściwie angielska tradycja. Podobne były reakcje na pokolenie Windrush, czyli osoby przybyłe do Wielkiej Brytanii z byłych brytyjskich kolonii na Karaibach w latach 50. i 60.
— W 1968 r. Enoch Powell, polityk Partii Konserwatywnej, wygłosił słynne przemówienie „Rivers Of Blood” („Rzeki krwi”), w którym przestrzegał przed przyjmowaniem imigrantów — wtrącam. — Dziś uchodzi to za klasykę ksenofobii. Na przykład popierający wówczas Powella Eric Clapton musiał się z tego latami tłumaczyć.
— Dzisiejsza prawica mówi podobne rzeczy. Przed brexitem mówili to o Polakach, teraz stawiają was za wzór. Utopie nie istnieją. Polacy mają inną mentalność, są bardzo bezpośredni, sama, kiedy wracam na Wyspy, uchodzę za nieco niemiłą. Lubię tę polską bezpośredniość, ale ona nie jest dla każdego. Podobnie jak polska etyka pracy — pracujecie dużo i ciężko, cały czas aspirujecie, chcecie więcej. W Polsce jest tak: musisz sobie poradzić i nikt nie będzie niczego owijał w bawełnę.
4.
— Pracuję w branży gier wideo i czuję się świetnie — mówi Phil. — Uczę się mówić po polsku, ale w sumie to nie muszę, bo wszyscy gadają po angielsku, a dziewczyny w Polsce kochają obcokrajowców. A w każdym razie tych z Zachodu. Jestem klasycznym dzieckiem lat 90. Liberalnym, wychowanym na multikulti i Cool Britannia.
W ten sposób w połowie lat 90. określano młodą, podbijającą świat brytyjską popkulturę z jej kontekstem społeczeństwa otwartego i wielokulturowego. — Ale wiesz co? „Cool Britannia” już na początku lat dwutysięcznych zaczęło brzmieć obciachowo. Coś jak u was „fajna Polska”. Tyle że u was to było wyłącznie polityczne, u nas politykę sprzedaje się często w opakowaniu popkulturowym. Polityka jest jak prąd podziemny kultury. Nie uważam, żeby Wielka Brytania była w aż tak wielkich tarapatach, jak próbują to sprzedać prawicowcy. Oni wyolbrzymiają problemy tylko po to, żeby powiedzieć: musicie na nas głosować, bo jak nie to koniec świata. A potem się upodobnią do swoich poprzedników. Zawsze tak było. Natomiast fakty są takie: w UK od brexitu panuje gigantyczny chaos polityczny. Przyjeżdża do nas mnóstwo imigrantów, więcej, niż ludzie by chcieli, a politycy nie chcą ich słuchać. Słuchają tylko prawicowcy i wykorzystują to dla własnego interesu. Właściwe postawienie problemu byłoby takie: co zrobić, żeby nie zmienić się w zamkniętą twierdzę? Nie dyskryminować ludzi, którzy już tu są. A jednocześnie nie mówić każdemu, kto się boi obcych, że jest rasistą, i go karać, bo przez to rośnie liczba wkurzonych mężczyzn, którzy zaczynają fantazjować o wojnie domowej. Polska nie jest ani krajem, który 20 lat temu próbowała z was zrobić prawica, pisząc, że zżeracie gołębie i wszyscy jesteście alkoholikami, ani tym, który próbują z was zrobić dziś: białym bastionem chrześcijańskich fundamentalistów. Warszawa to przecież wielokulturowe miasto! A mnie, jako miłemu gościowi z brytyjskim akcentem i fajną pracą, żyje się tu jak w maśle.




