Tuż przed swoimi czterdziestymi urodzinami Tomasz Schuchardt, odtwórca roli Stanisława Wokulskiego w serialu „Lalka” w reżyserii Pawła Maślony, opowiada, jak rozumie zawód aktora, jakie wartości są dla niego ważne i czy zawodowy sukces to wynik ciężkiej pracy, czy raczej łut szczęścia.
Newsweek: Jesteś najbardziej chyba zajętym aktorem w Polsce. Tylko w ubiegłym roku zagrałeś w „Domu dobrym” Wojtka Smarzowskiego, pojawiłeś się w „Ministrantach” Piotra Domalewskiego, w „Bracie” Sobieszczańskiego, w serialach „Heweliusz”, „Czarne stokrotki”, zagrałeś główną rolę w serii „Breslau”. Zaraz zaatakujesz widzów Netfliksa postacią Stanisława Wokulskiego w „Lalce” w reż. Pawła Maślony. Otwieram internet i pierwsze wpisy, jakie widzę, to czy schudłeś, czy przytyłeś. Twoja waga staje się sprawą narodową. Do roli Wokulskiego nosiłeś specjalny gorset. Chodziło o wciśnięcie się w kostium czy w konwenans?
Tomasz Schuchardt: To bardzo ciekawe, co mówisz… Mamy widocznie zupełnie inne „internety”. Męski gorset to był pomysł Doroty Roqueplo, kostiumografki i specjalistki od kostiumów z epoki. Kiedy wspomniała, że w tamtym czasie mężczyźni nosili gorsety, uznaliśmy, że potraktuję go nie tylko jako historyczny element garderoby, ale też sposób na podkreślenie dyskomfortu, jaki odczuwał Wokulski, wchodząc na salony.
Lubię takie znajdźki. Poczułem wielki podziw dla kobiet, które musiały chodzić w gorsecie cały czas. Przez pierwszą część zdjęć, podczas spotkań z arystokratami, nosiłem gorset. Pierwsza rozmowa z Łęcką też była w gorsecie.
Później, w scenach szczególnie emocjonalnych, w których potrzebowałem poczuć własne ciało, po prostu go zdjąłem. Jestem raczej cielesnym aktorem i nie chciałem być poblokowany. A jeśli chodzi o wagę, to mam nadzieję, że zakończyłem już eksperymenty. Minął już czas, kiedy przybierałem kilogramy na żądanie. Duże wahania wagi nie pozostają bez śladu dla zdrowia. Teraz schudłem i zamierzam przy tym wytrwać.
Wspominałeś gdzieś, że „Lalka” była dla ciebie ważną lekturą. Zresztą, co mogłeś innego powiedzieć. Czytałeś powieść Prusa, mając 18 lat, jak wtedy wyobrażałeś sobie Wokulskiego?
— Od paru lat — nie tylko w wywiadach — mówię prawdę. „Lalkę” z przejęciem przeczytałem dwa razy z rzędu. Co myślałem wtedy o Wokulskim?
Kiedy byłem w liceum, trochę romantyzowaliśmy „Lalkę”. Mimo że to powieść pozytywistyczna, czytana była często duchem Romantyzmu — epoki uwielbianej przez niejednego nauczyciela języka polskiego.
Przez ten romantyczny filtr Wokulski był zakochanym człowiekiem, który chce zdobyć miłość. A może nawet nie zdobyć, ile zawłaszczyć. Ta właśnie totalna, nieujarzmiona i niepohamowana miłość uświęca wszystkie kolejne działania. Chyba tak to wtedy rozumiałem. Potem przyszło kolejne pokolenie i pojawiło się zupełnie inne spojrzenie. Wokulski zaczął być określany jako creep czy stalker. Zaczęto zwracać uwagę, że sposób, w jaki próbował zdobyć Izabelę, nie był moralnie czysty.
Dziś wydaje mi się, że ani ta moja romantyczna interpretacja, ani ta współczesna, jednoznacznie źle oceniająca postać Wokulskiego, nie jest do końca trafiona. Pewnych rzeczy nie możemy przecież odczytywać wyłącznie, przykładając współczesną perspektywę.
A mimo to pojawiają się zarzuty, że próbujecie przepisać Prusa na współczesność.
— Zarzuty ludzi wysnute z oczekiwań, bez zobaczenia całości i, zdaje się, pełne złej krwi. Mamy ogromny szacunek do powieści Prusa. Jej bohaterowie są żywcem wyjęci z książki i mocno osadzeni w jej świecie. Uwspółcześnione są przede wszystkim aktorstwo i narracja. W dawnych realizacjach było bardziej teatralnie, momentami wręcz koturnowo, forma mocno się przebijała, czasem niemal zawłaszczała sceny. My staramy się to przełamać i podawać tekst oraz emocje w sposób współczesny, odzierając je ze sztuczności konwenansu.
„Lalki” nie da się odczytywać bez uwzględnienia czasów, w których powstała. Jej bohaterowie byli ludźmi wychowanymi w zupełnie innych realiach.
Czyli twój Wokulski to nie jest stalker? Przecież spala Izabelę wzrokiem, osacza donosicielami. Ona, kiedy się orientuje, że Wokulski chce ją kupić, mówi: co to za ohydny człowiek.
— Wokulski zbiera informacje o Izabeli, wysyła ludzi, żeby dowiadywali się, co robi, co lubi. Jest człowiekiem z niższej warstwy społecznej, który nie ma właściwie żadnej możliwości zmiany swojego statusu. To trochę jak kastowość w Indiach — miejsce, w którym się urodziłeś, determinuje twoją pozycję.
Jeśli więc chce iść wyżej, musi podejmować radykalne kroki. I właśnie tę radykalność próbowaliśmy zaznaczyć i za nią pewnie współczesny widz pejoratywnie ocenia działania Wokulskiego. Myślę jednak, że udało mi się uchwycić postać bardziej złożoną.
Zastanawiałam się, czy on chciał zdobyć Izabelę, czy raczej wejść do świata, który ona reprezentowała.
— Myśleliśmy o „Lalce” przez pryzmat namiętności. One się nie zmieniają, zmienia się natomiast sposób ich pokazywania.
Założyliśmy razem z Pawłem Maśloną, że Wokulski kocha Izabelę szczerze i prawdziwie. Może nie do końca wie, czym ta miłość jest. Może nie rozumie jeszcze, z czym się wiąże ani ile będzie go kosztować. Ale jego uczucie jest szczere. Chcieliśmy, żeby jego motywacja była prawdziwa.
Gdybyśmy od początku założyli, że miłość do Izabeli jest tylko cynicznym narzędziem, żeby dostać się do wyższej klasy społecznej, cała historia straciłaby emocjonalną prawdę.
Miałam poczucie, że to opowieść o dwóch „lalkach” — Wokulskim i Izabeli, wykreowanej przez Sandrę Drzymalską. Bohaterowie są uwięzieni w swoich klatkach i między nimi zaczyna się rozgrywka. W pewnym momencie Izabela mówi ojcu: skoro Wokulski chce nas osaczyć, to grajmy z nim. Niech wyda na nas jeszcze więcej.
— Mam wrażenie, że Paweł Maślona dał tym bohaterom podmiotowość. Zwłaszcza kobietom. Dał im sprawczość. U Prusa kobiety godziły się z tym, gdzie są i jak wygląda ich życie. Były poniekąd pogodzone ze swoim losem bądź też nad nim się nie zastanawiały. Nasze bohaterki mają natomiast intelekt i skłonność do autorefleksji. To stwarza ogromny potencjał. Postać stworzona przez Sandrę Drzymalską jest dobrym przykładem. Poznajemy ją w punkcie A, a kiedy dochodzi do punktu B, jest już zupełnie inną osobą.
To jest zresztą jedna z największych zmian w naszej „Lalce”. W dotychczasowych realizacjach i w powieści bohaterki wydawały mi się bardzo jednoznaczne. W naszej adaptacji zmienia się perspektywa patrzenia na kobiety. Nasze bohaterki dostają przestrzeń, ale też prawo do sprzeczności, wątpliwości i własnych wyborów.
Izabela jest u was ofiarą nie tylko konwenansu, ale przede wszystkim własnego ojca — utracjusza. Wspaniały w tej roli Jacek Braciak. Zresztą cała arystokracja jest pokazana karykaturalnie. Właściwie, poza Wąsowską, niewielu bohaterów się tam broni.
— Nie staraliśmy się bronić tego środowiska. Arystokracja z jednej strony była częścią państwowości i narodowej tożsamości, ale z drugiej — oznaczała cały system wykluczania ludzi z niższych warstw społecznych.
Klasyczną sztukę teatralną czy filmową „najprościej” pokazać jako walkę kogoś przeciwko czemuś. Trzeba stworzyć świat, wobec którego ktoś występuje. Ten świat musi więc być bardzo jasno zarysowany.
W naszej „Lalce” stworzyli go między innymi Piotrek Adamczyk i Jacek Braciak, ale również Małgorzata Hajewska i wielu innych znakomitych aktorów. Ci bohaterowie stworzyli bardzo wyrazisty obraz tej klasy. Nie boimy się wchodzić w karykaturę. Mało tego, ta karykatura pcha ów świat na granicę upiorności.
A w środku mamy tę dwójkę uwikłanych dusz. Izabela należy do tego światka, ale jej się w nim nie podoba. Wokulski natomiast chce do niego wejść. Z czasem zaczyna jednak rozumieć, że być może to wcale nie jest jego świat i że się pomylił.
Brakowało mi wielowymiarowości Wokulskiego. Twój Wokulski jest bardzo mocno skoncentrowany na rozgrywce z Izabelą. A przecież w powieści ma też w sobie społecznika, naukowca, powstańca. U was wszystko kręci się wokół jednego celu — zdobycia Izabeli.
— Paweł Maślona ma takie ciekawe określenie, że w każdej historii, choćby — jak w tym przypadku — z najlepszej powieści, trzeba znaleźć film. Literatura opiera się na wyobraźni. Czytelnik czyta i bardzo dużo sobie dopowiada. W filmie trzeba na coś postawić. Nie można skakać po wszystkich wątkach. Można by oczywiście opowiedzieć życie starego subiekta, bliżej przyjrzeć się życiu wewnętrznemu Wokulskiego, jego przeszłości czy przyszłości. Tylko — jak to mówią — nie w tym filmie. Dramaturgia, której my potrzebowaliśmy, to pęd.
Postawiliśmy więc na teraźniejszość. I ta teraźniejszość jest bardzo intensywna. Skoncentrowaliśmy się przede wszystkim na rozgrywce damsko-męskiej, która działa jak mocna lupa.
W „Domu dobrym” Wojciecha Smarzowskiego, też o dramatycznym damsko-męskim uwikłaniu, dostałeś rolę mężczyzny — potwora. Reżyser mówił, że wybrał cię, bo jesteś ciepłym człowiekiem i błyskawicznie potrafisz się przełączyć z roli w sytuację prywatną i opowiadać dowcipy.
— W przypadku „Domu dobrego” Wojtkowi zależało, żeby Agata Turkot, która miała koszmarnie trudne zadanie, czuła się na planie bezpiecznie. Konsultował z nią obsadę. Wiedział, że ważne będzie, z kim zagra te najtrudniejsze sceny.
Myślę, że pomogła mała różnica wieku między nami i humor. Żart jest dla mnie pewnego rodzaju odskocznią od trudów tego zawodu. Kocham go, ale bywają momenty ogromnego znoju i trzeba sobie wtedy jakoś z nim radzić.
Myślałeś podczas pracy nad filmem, że twoje córki mogłyby kiedyś trafić na takiego człowieka?
— Różne rzeczy przechodzą przez głowę, ale takie zdecydowanie nie. Z Kamą, moją żoną, będziemy oczywiście przygotowywać nasze dziewczyny na różne rzeczy. Najważniejsze jest dla mnie to, żeby wiedziały, że mogą nam wszystko powiedzieć i że zawsze mogą na nas liczyć. Żeby czuły się bezpiecznie.
Mam taki szalony koncept, że wśród ludzi z dystansem do siebie i poczuciem humoru mniejsza jest szansa na przemoc i agresję. Jeśli potrafisz śmiać się z samego siebie, nie patrzysz na każdego człowieka jak na przeciwnika, którego trzeba pokonać. Jeśli moja córka będzie chciała mieć kiedyś partnera, życzyłbym sobie, żeby wybrała człowieka, który potrafi ją rozśmieszyć i ma dystans do siebie.
Przez długi czas łączyłeś kino z teatrem.
— Obecnie nie gram w teatrze. Produkcja filmowa potrzebowała dyspozycyjności (śmiech). Wiesz, ja dużo wymagam od siebie, ale też trochę od innych. Jesteśmy w tej robocie jednym organizmem. Chciałbym wiedzieć, dlaczego opowiadamy jakąś historię. W teatrze nie zawsze dostawałem takie odpowiedzi od twórców.
Czyli w kinie trudniej być hochsztaplerem?
— W kinie, jak i w teatrze, można znaleźć ludzi zarówno przygotowanych, jak i nieprzygotowanych, utalentowanych i nie. Ale na planie filmowym jest mnóstwo elementów, które muszą zadziałać jednocześnie. Obserwowałem, ile elementów na planie musi ogarnąć Paweł Maślona. Gdyby się pojawił nieprzygotowany, wszystko by się posypało.
Dzisiaj, w kinie producenckim, liczy się każdy dzień zdjęciowy. Nikt nie chce marnować pieniędzy, czasu ani ludzi. Pracujemy szybciej, ale przez to jesteśmy też dużo bardziej przygotowani. Wystarczy poobserwować ekipę filmową na planie. Słońce ucieka, więc nagle kilka osób z oświetlenia przenosi ciężki sprzęt, kostiumy i charakteryzacja działają w biegu, a aktorzy są w gotowości. Wszystko wspólnie oddycha.
Za kilka dni kończysz 40 lat. Mija 16 lat od twojego debiutu w „Chrzcie” Marcina Wrony, potem zagrałeś w „Jesteś Bogiem”, za obydwie role dostałeś nagrody na festiwalu w Gdyni, dalej skaczę wybiórczo: „Demon”, „Hiacynt”, „Sobowtór”, seriale „Karbala”, „Bodo”, „Wielka woda”, „Rojst”. Teraz grasz Wokulskiego. Wyobrażałeś sobie, że tak potoczy się twoja kariera?
— Poszło cholernie lepiej, niż sobie wyobrażałem. Kiedy kończyliśmy szkołę teatralną, myśleliśmy, że jeśli wszystko pójdzie dobrze, będziemy robić jeden-dwa spektakle w roku, a w dzikim ideale jeszcze może jeden film lub serial. I to będzie oznaczało, że nam się bardzo udało.
No to rzeczywiście poszło lepiej, niż myślałeś. W krakowskiej szkole teatralnej miałeś dobre towarzystwo: Ogrodnik, Kowalczyk, Kościukiewicz, Gierszał — wszyscy szybko wystrzeliliście.
— Oni byli dwa lata niżej ode mnie, ale wystartowaliśmy niemal w tym samym momencie. Szkoła w Krakowie była dla mnie odkryciem. Tam świadomie poczyniłem pierwsze kroki jako aktor, ale i jako młody mężczyzna. Odebrałem tak wielką ilość potrzebnych lekcji, że braknie miejsca, by to wszystko opisać. Czas w Krakowie był dla mnie niezbędny i ostatecznie wspaniały. Dochodzę do wniosku, że większości rzeczy nauczyłem się właśnie tam.
A nie chciałeś iść do filmówki?
— To była jedyna szkoła, do której nie złożyłem papierów. Byłem przekonany, że się tam nie nadaję. Uważałem, że do filmu trzeba nie tylko coś mieć w środku, ale też odpowiednio wyglądać. Film lubi ludzi ładnych albo ciekawych. A ja uważałem, że nie mam ani urody, ani nie jestem interesujący.
Chyba żartujesz? Kiedy tylko pojawiłeś się w filmie Marcina Wrony, wszyscy dostrzegli, że masz interesującą twarz.
— Owszem, zobaczyli to wszyscy, a ja dalej uważałem, że gadają głupoty. Klasyczne mechanizmy DDA powodowały, że miałem naprawdę bardzo niskie poczucie własnej wartości. Przykrywałem je bardzo często aż nazbyt wylewnym, jowialnym i ekstrawertycznym zachowaniem. Taki byłem. I też mi się to we mnie nie podobało. Wiedziałem jednak, że to moja reakcja obronna. Czułem się szary, więc przykrywałem tę szarość tym, że byłem kimś dokładnie odwrotnym — aż za bardzo kolorowym. Prawdopodobnie z boku wyglądałem czasem jak kawał idioty, który ciągle krzyczy. Ale to też był krzyk o coś. Dość szybko dostałem nagrodę za najlepszy debiut teatralny. Kilka osób powiedziało mi: „Jesteś charyzmatyczny”, „Świetnie zagrałeś”. Ale ciągle miałem w sobie niepewność. W tym kontekście zawsze wspominam Agatę Kuleszę. Kiedy zaczęliśmy razem pracować w Ateneum, zapytała mnie: „Co umiesz robić jako aktor? W czym jesteś dobry?”. A ja: „Chyba w niczym”. Zaczęła mnie cisnąć: „Ale jesteś dobrym aktorem. I musisz umieć to nazwać. Masz całą masę rzeczy, które już umiesz. Świadomość tego jest bardzo ważna. Rzutuje na wiele rzeczy: na rozmowy z reżyserem, na dobór propozycji”.
Chodziłem z tym przez kilka miesięcy, aż któregoś dnia rano się obudziłem i pomyślałem: „Umiem dużo rzeczy. Umiem zagrać takie coś, takie coś i takie coś”. Potem było mi dużo łatwiej skontrować jakiś pomysł reżysera, zaproponować coś swojego. Stanąłem na pewnym gruncie. Agata bardzo mi w tym pomogła.
Co się dla ciebie w życiu najbardziej liczy?
— Teraz rodzina. Zdecydowanie. Jeszcze cztery, może pięć lat temu nie powiedziałbym tego z taką pewnością. Ta hierarchia nie była wtedy dla mnie oczywista. Kilka lat wcześniej zacząłem terapię. Jedną z pierwszych zmian było przebudowanie mojego systemu wartości. Wcześniej był to system wiecznie niedoścignionych marzeń, oparty dość mocno na mnie, mojej ambicji, a przede wszystkim na mojej pracy. Na tym, co inni o mnie powiedzą i jak będą mnie postrzegać.
Teraz to dla mnie nie ma większego znaczenia. Choć pewnie łatwo mi to powiedzieć dlatego, że ostatnio mówią dobrze.
Rodzina była cały czas gdzieś obok. Najpierw moja wieloletnia dziewczyna, potem żona. Pojawiła się Tośka, moja pierwsza córka, a ja dalej nie do końca wiedziałem, czego chcę. Dzisiaj absolutnie wiem, że na pierwszym miejscu jest rodzina. Potem jestem ja — bo moja stabilność też jest w tym wszystkim niezbędna. A potem jest praca. I trzecie miejsce jest dla niej idealne. Nadal jest na podium, bo wciąż jest dla mnie bardzo ważna. Nadal ją kocham. I nadal wiem, że jeszcze strasznie dużo przede mną. Ale już na spokojnie. To nie spędza mi snu z powiek. Młodzi aktorzy albo studenci pytają mnie na planie o tajniki zawodu, o ścieżkę i wybory. I myślę wtedy: „Co ja wam mogę powiedzieć?”. Jestem absolutnie najgorszym przykładem.
Dlaczego?
— Bo mi się po prostu udało. Mało kto miał taką drogę. To były przypadki. Nie byłem w żadnej agencji, nigdzie się jeszcze nie zdążyłem zgłosić. Do filmu Marcina Wrony dostałem zaproszenie na casting, bo byłem w tle na zdjęciu, które koleżanka wysyłała. To był totalny absurd. Ale myślę, że później swoją pracą, jak się okazało, chyba udowodniłem, że coś potrafię. Przyszły kolejne filmy. Najbardziej cenię sobie, że reżyserzy po mnie wracają, że chcą się spotkać w robocie jeszcze raz. Co mogę powiedzieć? Jestem w czepku urodzony.




