Chcieliśmy zbadać relacje małżeńskie, zwłaszcza na gruncie zawodowym, co uczyniliśmy poprzez wypożyczenie ramy – z szacunkiem – z „Wojny państwa Rose”. Stworzyliśmy jednak samodzielne dzieło – mówi dwukrotnie nominowany do Oscara aktor Benedict Cumberbatch. Jego najnowszy film „Państwo Rose” wkrótce w polskich kinach.

  • Więcej ciekawych historii przeczytasz na stronie głównej „Newsweeka”

Benedict Cumberbatch: Nigdy razem nie pracowaliśmy, ale przyjaźnimy się już kilkanaście lat. Pomysł, żeby wspólnie wyprodukować film, pojawił się w naszych rozmowach dawno temu. Pamiętam, że pierwszy raz o historii, która przerodziła się w film „Państwo Rose”, rozmawialiśmy, kiedy spotkaliśmy się w Wenecji w 2021 r. Olivia pokazywała na Lido „Córkę”, a ja „Psie pazury”.

I już wtedy połączyliśmy siły PR-owo. W związku z premierami naszych nowych filmów oboje udzielaliśmy dużo wywiadów i już w nich zapowiadaliśmy, że chcemy stworzyć wspólny projekt, co ułatwiło nam znalezienie wytwórni i skompletowanie ekipy. Firmę South of the River Pictures Olivia założyła razem ze swoim mężem Edem Sinclairem. Bardzo nam on pomógł. Zajął się matematyką – zadbał, żeby wszystkie liczby się zgadzały.

– Nie. Chęć pracy z Olivią i spojrzenie Tony’ego McNamary, nominowanego do Oscarów scenarzysty, który napisał „Faworytę” czy „Biedne istoty”, wystarczyły mi, żeby poczuć się pewnie. Oboje z Olivią kochamy „Wojnę państwa Rose”. To był film kultowy już za czasów mojej młodości. Ale my nie robimy remake’u. Tamten obraz to jedynie punkt wyjścia do opowiedzenia zupełnie nowej historii. Podchodzimy do oryginału z miłością i szacunkiem, ale kierunek, który obraliśmy, jest zupełnie inny. Nasza produkcja ma też inny ton. Sztuka zawsze inspiruje się tym, co powstało wcześniej. Pokażcie mi film, którego reżyser nie inspirował się innym filmem. Albo obraz, którego autor nie oglądał się na inne dzieła. Rozumiem, że żyjemy w takiej rzeczywistości, w której kultura pożera własny ogon, na rynku dominują odgrzewane kotlety, co budzi niepokój także o nasz film. Ale my chcieliśmy zbadać relacje małżeńskie, zwłaszcza na gruncie zawodowym, co uczyniliśmy poprzez wypożyczenie ramy – z szacunkiem – z „Wojny państwa Rose”. Stworzyliśmy jednak samodzielne dzieło. Nie trzeba oglądać tamtego filmu, żeby zrozumieć nasz. Zresztą pomysł na naszą opowieść nie wychodził nawet od tamtego filmu.

– Najpierw razem z Olivią zainicjowaliśmy pomysł wspólnej współpracy. Potem opowiedzieliśmy o pomyśle, jaki mieliśmy na historię o okrutnym wobec siebie małżeństwie, Davidowi Greenbaumowi z wytwórni Search­light, który skontaktował nas z Tonym McNamarą. Tony znał się już z Olivią, bo pracowali razem przy „Faworycie”. Tony rzucił pomysł: „A co, gdyby to była historia w stylu »Wojny państwa Rose«?”. Pomyślałem: świetny pomysł, zobaczmy, co z tego wyjdzie. Przyszedł scenariusz i stwierdziliśmy: „Jest kapitalny. Robimy to”.

– Rzeczywiście tak o nas piszą. Brytyjskość najbardziej wychodzi z człowieka, kiedy podróżuje się do innego kraju. Nasi bohaterowie, Ivy i Theo, wyjeżdżają do Ameryki, gdzie ich pochodzenie mocno się uwypukla. „Napijesz się kawy? Nie, piję herbatkę, kochana”. Znam ludzi, którzy przenieśli się do Nowego Jorku, gdzie ich akcent stał się jeszcze bardziej dystyngowany. Przeszli z RP [Received Pronunciation, forma wymowy języka angielskiego, która nie jest związana z żadnym konkretnym regionem Wielkiej Brytanii i uważana jest za standardowy akcent ludzi wykształconych, szczególnie w mediach, edukacji i polityce – red.] do ­wersji ­podkręconej. Mówią i brzmią jak brytyjska królowa. Olivia Colman mówiła w ten sposób w „Faworycie”.

– Byliśmy na to mocno wyczuleni. Rozmawialiśmy z Olivią choćby o scenie, w której jej bohaterka udaje, że została pobita przez mojego bohatera. Nie mieliśmy żadnych wątpliwości, że to nie jest kpina z ofiar przemocy, tylko sposób na pokazanie światu Theo jako najgorszego typu człowieka. To oczywiście jest ze strony Ivy wyjątkowo okrutne, bo Theo nigdy by czegoś takiego nie zrobił. Pamiętam, że Olivia przekonała się do tej sceny, kiedy zrozumiała, że Ivy próbuje w ten sposób Theo ukarać. Poruszając się po tego typu obszarach, trzeba mieć na względzie znalezienie odpowiedniego tonu. Nie możemy przecież sprawiać wrażenia, że uważamy za zabawne, kiedy między parą dochodzi do fizycznej przemocy. To nie jest ani trochę śmieszne, co nie zmienia faktu, że poprzez komediową formę jesteśmy w stanie powiedzieć coś o świecie, w którym żyjemy. Skomentować go, nakreślić mechanizmy, które rządzą ludźmi. Oczywiście, trzeba to robić ostrożnie, jakby dodając: „Nie próbujcie tego w domu!”. Jednak gdy ma się na pokładzie Tony’ego McNamarę, który jest mistrzem czarnych komedii, to można czuć się spokojnie i bezpiecznie o takie kwestie.

Widz nie powinien mieć problemu, żeby zrozumieć, że nasi bohaterowie są w bardzo specyficznej relacji. Kochają się, ale ich wzajemne okrucieństwo stało się częścią ich komunikacji – jak Theo to nazywa – to jest ich wymiana zdań.

– Theo trochę za bardzo angażuje się we własną przemianę po tym, gdy wylatuje z pracy, na której punkcie miał obsesję. Wtedy zaczyna przekierowywać wektor uwagi na dzieci i to na nich się koncentruje. Chce je „naprawić”, zrobić z nich sportowców z prawdziwego zdarzenia, bo wcześniej żywiły się głównie cukrem. Ale w swoim działaniu zamyka się na Ivy, wyklucza ją z procesu wychowania dzieci. Odmawia też zmierzenia się z własną porażką. Zamiast się z nią pogodzić i ją zaakceptować, od razu szuka sobie kolejnej obsesji, na której mógłby się skupić. To jest jego wielki problem, on nie przepracowuje swoich emocji, co w pewnym momencie doprowadza go do szaleństwa. To znany mechanizm, że gdy tracisz poczucie własnej wartości na jednym obszarze, próbujesz odbudować je w innym miejscu. Dla Theo jest to o tyle trudne, że wciąż ktoś przypomina mu o porażce. Koledzy mówią mu w żartach, że jest nieudacznikiem, co go boli. Takie ocenianie człowieka w kategorii sukcesu i upadku jest bardzo amerykańskie. Ale Ivy się temu nie poddaje, ona chce go wspierać. To, co naprawdę napędza konflikt między nimi, to fakt, że w trakcie jej awansu i jego upadku – a potem jego odbudowy – przestają się nawzajem widzieć. Każde z nich zajmuje się swoim światem. Zaczynają się nieporozumienia, narasta żal, a dystans się powiększa.

– Myślę, że to pytanie powinien pan zadać Olivii Colman. Ja mogę za to odpowiedzieć za nią. No więc: Olivia mówi wszystko od razu. To jedna z jej supermocy. Jest cały czas sobą – i tym wszystkich rozbraja. Ludzie przy niej myślą sobie: chciałbym być tak autentyczny jak ona! Ja niestety mam odwrotnie – dostosowuję się do innych ludzi, chcę, żeby wszyscy w moim otoczeniu byli zadowoleni. Pragnę cały świat uszczęśliwić.

– Cóż, uczymy się nie z sukcesów, tylko z porażek. Tylko one nas zmuszają do pracy nad sobą „Upadnij. Upadnij znowu. I upadnij lepiej” – to Samuel Beckett powiedział, takie było jego życiowe motto. Przepraszam, Samuelu, że pewnie przekręciłem cytat, ale chodzi o wydźwięk.

– Oczywiście, to może być jeden z powodów, przez które związek przestaje działać. Ale uważam, że uznawanie za czyjąś wadę czegoś, co kiedyś było dla nas zaletą, to ogromny błąd. Moim zdaniem, jeśli chodzi o miłość, to trzeba kochać drugiego człowieka jako całość. Trzeba kochać kogoś w pełni, a nie dlatego, że spełnia jakieś nasze oczekiwania. I trzeba pogodzić się z tym, że nie da się kogoś zmienić. Niestety, my, ludzie, mamy w sobie nieustanną potrzebę dostawania bodźców. Jesteśmy spragnieni nowości, rozrywki, chcemy, żeby się działo. To wynika zarówno z kultury, w której żyjemy, jak i tej, w której nas wychowano. Wiele też zależy od tego, jakiego rodzaju ludźmi się otaczamy. Przez tę pogoń mamy problem, żeby zaakceptować, że ludzie są, jacy są. Oczywiście, możemy kogoś wspierać, pomagać drugiej osobie, ale tylko jeśli ona sama tego chce. Nie można podchodzić do sprawy w stylu: „Okej, kocham go, ale tę jedną rzecz na pewno zmienię po ślubie”. To najprostsza droga do katastrofy. Choć z drugiej strony Olivia Colman śmieje się, że jej się udało zmienić jej męża, który ponoć teraz zawodowo ściele łóżka, a przed ślubem tego nie potrafił! (śmiech).

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version