Bez prezentów, bez fotografa w trakcie uroczystości i charakterystycznej w ostatnich latach pompy, która zamieniała Pierwszą Komunię w małe wesele. Zamiast wystawnych przyjęć, drogich stylizacji i wyścigu na to, kto zorganizuje bardziej imponującą uroczystość, prostota. „Barankowa” forma przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej przyciąga coraz więcej rodzin zmęczonych presją, komercjalizacją i przesadnym rozmachem komunijnych uroczystości.

Nie było prób, wielkich przygotowań i, jak podkreśla Kasia, presji. Wraz z mężem zdecydowali, że ich córka weźmie udział w „barankowych” przygotowaniach do Pierwszej Komunii Świętej. — Jako młoda osoba byłam związana z przykościelnymi wspólnotami i zależało mi, żeby dzieci wychowywać w żywej wierze, żebyśmy mogli ją przeżywać razem — opowiada.

Przez około osiem miesięcy całą rodziną uczestniczyli w spotkaniach. — Rozmawialiśmy o Kościele i wierze. Chodziło o to, żeby dziecko mogło to przeżyć, zrozumieć, o co w wierze chodzi — mówi Kasia. Przygotowania miały interaktywny charakter. — Było kolorowanie, scenki, opowieści, formy, które angażowały dzieci, ale wciągały też nas. Robiliśmy razem coś wartościowego, co wzmacniało nasze relacje i służyło duchowemu wzrostowi — podkreśla.

Kluczowy dla Kasi był także brak presji. — Na początku prowadzący jasno powiedzieli, że podczas uroczystości nie będzie fotografa. Dzieci nie muszą uczyć się, kiedy wyjść z ławki, jak stać, kiedy wygłosić podziękowania. Nie ma tego usztywnienia i dzięki temu znika stres — wyjaśnia.

Stres znika również u rodziców. Kasia wspomina uroczystość jako spokojną i bardzo kameralną. — Atmosfera była rodzinna. Moja córka nie odczuwała żadnego napięcia, wszystko działo się naturalnie. To naprawdę przypominało rodzinne święto — tłumaczy. Po komunijnej uroczystości zaprosili najbliższych na obiad. — Najważniejszy był wspólny czas. To doświadczenie utwierdziło mnie w przekonaniu, że warto pokazywać dzieciom wiarę opartą na relacji, wsparciu i wspólnocie — zapewnia. A po świętowaniu zabrali córkę na wspólny wyjazd. — Pojechaliśmy do Włoch, do miejsc związanych z patronką naszej Róży, czyli świętą Ritą. Zwiedzaliśmy, ale też odpoczywaliśmy — dodaje.

Baranki to przygotowanie dzieci do Pierwszej Spowiedzi i Komunii Świętej w które od początku włączone są całe rodziny. — Przygotowanie w perspektywie dobra. Stawiamy na prostotę i zwyczajność. Chodzi o to, by sakrament był naprawdę doświadczeniem pokuty i pojednania, a potem Eucharystii. Przeżywamy to razem, w rodzinie, tak, by w centrum był Jezus, a nie cała otoczka, którą wielu z nas pamięta z własnych przygotowań — mówi s. Beata Zawiślak, odpowiadająca za formację i organizację.

Spotkania ruszają wraz z początkiem roku szkolnego. — Skupiamy się na tym, czym żyje Kościół tu i teraz. Inspirujemy się Rokiem Liturgicznym. W Adwencie inspirujemy się Adwentem. Chodzi o to, by rodziny uczyły się przeżywać wiarę na co dzień — tłumaczy. Grupy spotykają się cyklicznie, zwykle liczą 10-12 rodzin. Formację prowadzą kapłan, oraz rodziny, które same przeszły tę drogę. — To odpowiedź na potrzebę powrotu do istoty sakramentów. Sama dobrze wspominam swoją Komunię, ale pamiętam też stres i zamieszanie towarzyszące przygotowaniom. A przecież istotą sakramentów nie jest zdawanie formułek. Chcemy, żeby dzieci kojarzyły ten czas z ciepłem, dobrem i łagodnością — podkreśla siostra zakonna.

Zuzanna Marczyńska-Maliszewska, autorka bloga „Za dużo myślę” i zawodowa fotografka, o „barankowych” komuniach dowiedziała się przypadkiem, w pracy. Trafiła na jedną z takich uroczystości, gdy realizowała zlecenie. — Przyszłam pod koniec mszy, zdjęcia miałam robić dopiero później. Zachwyciła mnie prostota tej ceremonii, ale też ogromne zaangażowanie całych rodzin. Widziałam, że to coś zupełnie innego —wspomina.

Miała świeże porównanie. Miesiąc później jej najstarszy syn przystępował do tradycyjnej Pierwszej Komunii. — Zobaczyłam ten sztampowy przebieg uroczystości i uświadomiłam sobie, że od moich czasów niewiele się zmieniło. Choć zorganizowaliśmy kameralne przyjęcie i poprosiliśmy o skromne prezenty, to i tak to nie było to samo — przyznaje. To doświadczenie przesądziło o decyzji. Wraz z mężem zapisali dwóch młodszych synów, uczniów pierwszej i trzeciej klasy, do formacji „Baranków”. — W formacji barankowej mogą uczestniczyć też młodsze dzieci. Synowie, zwłaszcza jeden, są buntowniczy. Miałam poczucie, że w standardowym trybie nic go nie poruszy — mówi.

Chłopcy nie przyjęli tej decyzji z ogromnym entuzjazmem, ale ostatecznie włączyli się w przygotowania. Te miały wyraźnie inny charakter niż szkolna katecheza. — Byliśmy na dwóch turach rekolekcji, we wrześniu i w marcu. Poza tym mniej więcej raz w miesiącu odbywały się spotkania. Po mszy mieliśmy wspólną katechezę, potem dzieci miały zajęcia tematyczne, a rodzice własne rozmowy. Dzieliliśmy się trudnościami, wątpliwościami, tym, co dzieje się w naszych rodzinach. To było bardzo cenne — opowiada.

Jak podkreśla, jednym z priorytetów tej drogi było wzmacnianie relacji rodzinnych. — To naprawdę wspierające doświadczenie. Buduje nie tylko dzieci, ale i relację między rodzicami. Skupia się na talentach, wartościach, na tym, co w nas dobre — mówi. Przygotowania obejmowały także niestandardowe podejście do spowiedzi. — Zamiast listy grzechów, dzieci przygotowywały tak zwaną linię darów. Chodziło o to, żeby najpierw zastanowić się za co jesteśmy wdzięczni, jakie mamy talenty, podejść do sakramentu z perspektywy dobra. Dopiero potem pojawiało się to, co się nie udało, czego nie wykorzystały. To nie jest łatwe do wytłumaczenia dzieciom, każde rozumie to na swój sposób, ale z mojej perspektywy to dużo mniej obciążające dla psychiki dziecka niż tradycyjna spowiedź — tłumaczy. Zuzanna i jej mąż byli obok, żeby synowie czuli ich obecność. — Kapłan nie był anonimowy, dzieci go znały, a rozmowa zastępowała formułki. Oczywiście wszystkie elementy konieczne do zachowania ważności spowiedzi również występują, paradoksalnie nie jest niezbędny konfesjonał. Całość kończyła się radośnie, były balony, ciasteczka i dzieci już w komunijnych albach — wspomina.

Sama uroczystość komunijna również odbiegała od znanego schematu.— Zwraca się uwagę na prostotę. Wszystkie dzieci mają jednakowe alby, dziewczynki wianki. Nie ma fotografa czy kamerzysty, który rozprasza, nie ma prezentów. Sama msza jest krótsza, bo odpadają rozbudowane formuły i podziękowania — wylicza. W ich grupie było zaledwie 20 dzieci, co stworzyło kameralną atmosferę. — Na zakończenie dzieci dostały dzwoneczki i na nich grały i potrząsały nimi w rytm pieśni na wyjście — wspomina.

Zuzanna nie ma wątpliwości, że decyzja, którą podjęli wspólnie z mężem, była dobra. — Chłopcy byli naprawdę szczęśliwi. Nie będę udawać, że zawsze było idealnie, czasem nie chcieli iść na spotkania. Ale w dniu uroczystości byli autentycznie zadowoleni. Poznali też nowych kolegów i koleżanki, także przygotowania miały również charakter towarzyski — mówi. Prezenty dostaną bliżej dnia dziecka. — Nie będą poszkodowani. Ale w dniu komunii nic nie odciągało ich uwagi. I my, i oni skupiliśmy się na tym, co naprawdę ważne — podsumowuje.

Jednym z kluczowych elementów przygotowań, jak tłumaczy s.Beata Zawiślak, jest wzmacnianie dzieci i ich rodziców. — Od początku rozmawiamy o darach i talentach. Rodziny zapisują je, malują, wracają do nich, zastanawiają się, jak je wykorzystują. Dzieci mówią o tym bardzo naturalnie: że potrafią śpiewać, że mają dar czułości. W świecie pełnym hejtu i trudności w kontekście zdrowia psychicznego to szczególnie ważne, żeby wzmacniać ich poczucie własnej wartości — zaznacza.

Zwieńczeniem przygotowań jest najpierw Pierwsza Spowiedź. — Dzieci znają księdza, rodzice są obok, modlą się, a one skupiają się w Spowiedzi na swoich talentach i tym, jak je wykorzystały. To jest właśnie perspektywa dobra i miłosierdzia Bożego — wyjaśnia.

Pierwsza Komunia także odbiega od utartego schematu. — Prosimy, by nie był to dzień prezentów. Te podarować dzieciom można i warto na wiele innych okazji. Tego dnia dzieci są w albach, uczestniczą w standardowej mszy. Bez wierszyków, podziękowań. Rodzice czytają, śpiewają, prowadzą dziecko do ołtarza. Nie ma fotografa w trakcie liturgii. Chodzi o wspólnotę, z Jezusem i między sobą — mówi s. Zawiślak. Z roku na rok „barankowych” grup przybywa. — Kiedy zaczynałam, było ich około 20 w całej Polsce. Dziś jest ponad 110. Nie trafiają tu tylko idealne rodziny. Przychodzą też ci, którzy mają wątpliwości czy trudności. W tej wspólnocie uczą się, że można inaczej. Powstają relacje, które dają realne wsparcie — podsumowuje.

Komunie w formacji „barankowej” szybko zyskują na popularności. To nowy trend? — Uciekamy od presji silnie związanej z utrzymaniem statusu społecznego. W ostatnich latach szczególnie mocno dała się ona we znaki — zauważa dr Magda Piłat-Borcuch, socjolożka z UJK w Kielcach. Którą restaurację wybrać? Ile włożyć do koperty? Alba czy sukienka? Lista pytań towarzyszących tradycyjnym przygotowaniom komunijnym zdaje się nie mieć końca. — To dokładnie te same dylematy, które pojawiają się przy weselach. W tym schematycznym modelu dziecko w wielu przypadkach schodzi gdzieś na dalszy plan. Najważniejsza staje się organizacja przyjęcia i pokazanie swojego statusu społecznego. A przecież w tym wszystkim gubi się sens tego dnia — tłumaczy ekspertka.

Presja towarzysząca przygotowaniom ma swoją cenę. I to podwójną. — Ekonomiczną, bo przyjęcia komunijne stały się bardzo drogie. Owszem, są osoby, które stać na wszystko, ale dla wielu rodzin to ogromne obciążenie finansowe, oznaczające rezygnację z wakacji czy innych wydatków — podkreśla socjolożka. Dochodzi do tego koszt emocjonalny. — Bycie rodzicem jest dziś trudne na wielu poziomach. Praca, szkoła, tempo życia, nadmiar bodźców, napięcia i zmiany na świecie. to wszystko się kumuluje. A organizacja przyjęcia dokłada kolejną warstwę presji — wylicza.

Nie bez znaczenia jest też porównywanie się z innymi. — Zamiast skupienia na przeżyciu dziecka i jego wymiarze religijnym, uruchamia się potrzeba autoprezentacji. Chcemy dobrze wypaść przed rodziną. Estetyzacja życia i presja mediów społecznościowych sprawiają, że przyjęcia komunijne stają się spektaklem do pokazania. Zawsze się porównywaliśmy, ale kiedyś z sąsiadami, dziś. z całym światem. To ogromne obciążenie — zaznacza dr Magda Piłat-Borcuch.

Na które coraz częściej brakuje już siły. Dlatego „baranki” stają się alternatywą. — Rośnie w naszym społeczeństwie potrzeba autentyczności. Coraz częściej pytamy, po co właściwie robimy to, co robimy. Szukamy wydarzeń prawdziwych, bliższych naszym wartościom. To odpowiedź na kulturę przepychu. Coraz częściej myślimy, że mniej znaczy więcej, bo w tym „mniej” jest więcej sensu i prawdy — mówi dr Piłat-Borcuch. Zdaniem socjolożki popularność „barankowej” formy przygotowania do Pierwszej Komunii Świętej będzie rosła. — Jako społeczeństwo wracamy do relacyjności, do poszukiwania sensu i autentyczności. Szukamy rytuałów dopasowanych do naszych wartości i potrzeb. W przypadku Komunii barankowych wraca się do istoty wydarzenia — podsumowuje.

Część dzieci może czuć się jednak poszkodowana, że ich rodzice wybrali inną drogę, niż rodzice ich rówieśników. Że coś je omija. — Dzieci funkcjonują w logice porównań i nie dostaną wszystkich tych prezentów, które dostaną ich rówieśnicy. Ale jednocześnie zyskują niezwykle osobiste doświadczenie, są najważniejszymi jego „aktorami”. Wiele zależy również od narracji samych rodziców. Dlatego należy rozmawiać z dziećmi i pokazywać, jaką wartość niesie życie poza normą społeczną, ale w zgodzie z naszym systemem wartości — dodaje socjolożka.

Udział

Leave A Reply

Exit mobile version